<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLIII.

Była już pora obiadowa, zjadłem więc resztki zmokniętego chleba, wstąpiwszy po drodze do trzeciorzędnej herbaciarni. Zafundowałem sobie miseczkę grochówki z kluskami, wypiłem też szklankę sodowej w ody. Nie omieszkałem też przeczytać brudnej gazety, która leżała na stoliku. Przeleciałem oczyma wypadki dnia, kradzieże, samobójstwa i inne szczęścia i nieszczęścia ludzkie, któremi dzienniki zwykle są przepełnione. Wzrok mój zatrzymał się na jednym wypadku kradzieży, gdzie schwytano dw u złodziei, których dobrze znałem. Czytając to, czułem się szczęśliwy, że to ja jestem wolnym człowiekiem, a oni, którzy niedawno opuścili Mokotów, znów znajdują się za kratami.
Zdrzemnąłem się trochę opierając głowę o stolik, przy którym siedziałem. Doznałem wrażenia, jakbym się nagle znalazł w celi więziennej. Widziałem szare ściany, zakratowane okna u góry z wgłębieniem w murze, nędzne łóżko żelazne z burą kołdrą, żelazny stolik i stół przykuty do ściany, oko dozorcy zaglądające przez judasza do mojej celi, — to oko, którego nienawidziłem całem mojem jestestwem, wstrętne zdradzieckie oko szatana. Widziałem siebie już ubranego w szary mundur więźnia, — okropne widziadło dawnych mąk w karcerach wypłynęło jak na jawie.
Widocznie wzywałem pomocy, gdyż gospodyni trąciła mnie mocno, wołając:
— Czego pan tak stęka? Tu nie jest „cyrk“, żeby się wylegiwać. Proszę się stąd wynosić, tu nie „bajrak“.
Nie stawiając oporu wyniosłem się, macając się po kiszeni, czy nie skradziono mi mego kapitału. Podczas sprawdzania śmiałem się sam ze siebie, że już się boję złodziei.
Skierowałem teraz swe kroki w kierunku dworca Wileńskiego, z silnem postanowieniem udania się do stron rodzinnych, a nie do Łodzi. Zobaczę, myślałem, jak brat mnie przyjmie. To była ostatnia droga powrotu do ludzi uczciwych. Zapewne brat nie odmówi mi teraz pomocy, zabrawszy wszystko, co pozostało po ojcu.
Na dworcu staczałem walki ze sobą, zanim wykupiłem bilet w kierunku stron rodzinnych. Co zrobię, — przyszło mi do głowy, — gdy brat mnie potraktuje tak, jak kiedyś potraktował mnie ojciec po pierwszym powrocie z rosyjskiego więzienia? Po krótkiej walce ze sobą, doszedłem do przekonania, że brat nietylko mnie przyjmie, lecz że uszczęśliwię go po tylu latach swojem przybyciem. A gdy jeszcze przekonam go, że przyjechałem z zamiarem porzucenia dawnego życia, napewno przyjmie mnie z otwartemi rękoma.
W drodze do domu, do samego miasta Łomży nie spotkałem ani jednej znajomej twarzy. Dopiero na miejscu spostrzegłem kilku dorożkarzy, lecz wstydząc się mego nędznego ubrania, skryłem się między pasażerami i niepostrzeżenie przesunąłem się na ulicę.
Gdy przekroczyłem próg dworca, pierwsze moje spojrzenie padło na Czerwoniak, który stoi w odległości kilkunastu kroków od dworca. Czerwoniak dumnie spoglądał w górę, a czarne kom iny jego wyglądały, jak paszcze potworów, gotowych połknąć cały świat. Zbliżając się do Czerwoniaka, doznałem wrażenia, jakby ktoś pchał mnie w tym kierunku. Jak zahypnotyzowany szedłem z oczyma utkwionemi w małych okienkach Czerwoniaka. Stanąłem naprzeciw niego i nie mogłem zrobić ani kroku naprzód. Czułem, że połowa mego ja znajduje się jeszcze w tych przeklętych murach. Stałem teraz przed tym gmachem jako człowiek wolny, — a jednak czułem, że jakaś część moja wałęsa się tam po celach tego domu... Cierpiałem za ową część, za tego mnie, który tam pozostał na zawsze...
Stałem tak długo zapatrzony w Czerwoniak, aż posterunkowy, spacerujący tam i zpowrotem, zwrócił na mnie swoją uwagę.
— Czego tu chcecie? Marsz stąd, tu nie wolno się zatrzymywać.
Ruszyłem bez słowa w kierunku miasta. Po chwili latarnie uliczne poczęły gasnąć jedna za drugą. Było już dobrze po północy. Włóczyłem się po mieście niezdecydowany, dokąd skierować swe kroki, by znaleźć jakieś schronisko. Ktoś przesunął się obok mnie cicho jak cień. Starczyło rui jedno spojrzenie na sylwetki tych cieni, by poznać w nich ptaszków nocnych. Zapewne udają się, albo wracają z „roboty“, pomyślałem. Był to mężczyzna i kobieta; przesunęli się obok mnie tak cicho, że zatopiony w myślach nie słyszałem zupełnie ich kroków za mną. Zauważyłem, że na nogach mieli gumowe pantofelki, znane mi jako używane do wypraw nocnych „na ślam“.
W pierwszej chwili stanąłem, i nie wiedząc sam dlaczego, chciałem ich zatrzymać i przyłączyć się do wyprawy. Zrobiłem nawet kilka prędkich kroków w ich kierunku. Ale cienie, słysząc moje przyśpieszone kroki, poczęły umykać. Zazdrościłem z całej duszy tej parze. Przeniosłem się myślą do dawnych czasów, kiedy to ja byłem tu władcą nocy. Myślałem o chwilach spędzonych tu na hulankach i zabawach. Miałem okropną chęć zobaczyć się z dawnymi kolegami. Czułem się teraz nieszczęśliwszy od wszystkich moich kolegów, gdyż nie byłem zdolny w mojem nowem życiu do żadnego decydującego kroku. Czułem, że nie potrafię teraz działać ani źle, ani dobrze. Byłem jak zbędna ścierka, która leży i czeka, aż ktoś zrobi z niej użytek.
Jak to zwykle bywa w podobnych nastrojach, starałem się całą winę zwalić na kogoś, przypisując wszystkie nieszczęścia, jakie mnie w życiu spotkały, rozmaitym ludziom, tylko nie sobie. Miałem teraz żal do ojca, matki, chederu, jeszybotu, Soni, policji, sędziów, prokuratorów, do wszystkich w ogóle ludzi, z którymi miałem styczność w mojem nędznem życiu. Na samym ostatku złość moja zwróciła się przeciwko fryzjerce, która mnie wydała. Postanowiłem nawet odnaleźć ją i zemścić się. Nigdy nie szukałem okazji, a nawet nie myślałem o tem, by kogoś zabijać. Ale teraz ogarnęła mnie chęć dokonania morderstwa na tej zdrajczyni. Zapałałem taką chęcią zemsty, że ta myśl jak żądło utkwiła w mojej głowie. Ręce już były gotowe do czynu, ale dusza wzdrygnęła się na myśl o tem.
Skierowałem teraz swoje kroki do znanego mi pasera na Rybakach. Był to ten sam paser, o którym wspominałem w pierwszym tomie: on to posłał mnie, bym poszedł obrabować drugiego pasera, konkurenta. Zapukałem do drzwi obdrapanego domu i po chwili padło zaspane pytanie kobiety: „Kto tam?“
Gdy zawołałem kim jestem, kobieta krzyknęła zdziwiona:
— Kto? To być nie może! — I z temi słowami otworzyła okno.
Patrzała na mnie chwilę, poczem zaprosiła mnie do pokoju, gdzie też zapaliła światło.
Opowiadała mi, że mówiono, że już dawno umarłem w więzieniu mokotowskiem. Elcia podobno kilkakrotnie dopytywała się o mnie. Opowiedziała mi też o stosunkach w mojej rodzinie i o tem, że mąż jej wyjechał na czas dłuższy z domu. Wreszcie zrobiła mi wygodne posłanie w łóżku męża, naprzeciw swego łóżka i kokietowała mnie nie gorzej, jak sześć lat temu...
Rano, bardzo rada z mojego przybycia, dała znać znajomym, a gdy prosiłem, że nie chcę nikogo z dawnych czasów widzieć, rzekła zdziwiona:
— Co się z tobą stało? Widzę, że w Mokotowie umieją przerabiać łudzi. Nie poznaję cię zupełnie. Kraść, mówisz, że już nie chcesz. Do kobiet też jak widzę straciłeś trochę apetyt. Fe, aż mi wstyd, co z Nachalnika zrobili. Ubrany jesteś jak zbankrutowany dorożkarz. Gdzie twój dawny gust? Najlepsze garnitury nosiłeś, a teraz wyglądasz jak żebrak. Popraw się, Nachalniku, — groziła mi kokieteryjnie palcem. — Dam ci garnitur męża i masz zaraz go włożyć, jak nie, to nie chcę cię widzieć w moim domu. Nie można się tak opuszczać, — zakończyła; a gdy widziała, że nic nie odpowiadam, zawołała kapryśnie:
— Ja tak chcę! — tupnęła przytem nóżką, biorąc mnie za ramię i popychając w stronę sypialnego pokoju, bym się przebrał.
Była to kobieta niebrzydka, w niebezpiecznym balzakowskim wieku. Od pierwszej chwili poznałem, że jest bardzo rada z nieobecności męża; znając moje dawne zamiłowanie do kobiet, teraz przy okazji chciała skorzystać. Ciągle mnie wypytywała, jak mogłem obejść się tyle lat bez kobiet. Co robiłem, by zaspokoić potrzeby seksualne w więzieniu? Czy też po zwolnieniu zakosztowałem już kobiety? Gdy zaś starałem się naszą rozmowę skierować na inne tory, nerwom wo szarpała swój szlafrok i znów wracała do poprzedniego tematu.
Przypominając sobie, jakie nieszczęścia tutejsze miłostki sprowadziły na mnie, postanowiłem w duchu tym razem oprzeć się z całych sił tej kobiecie, która naprawdę była jeszcze warta grzechu. Pożegnałem się z gościnną paserką, która teraz patrzała na mnie nienawistnie i piechotą udałem się do domu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.