Anna Karenina (Tołstoj, 1898)/Część czwarta/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Anna Karenina
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wyd. 1898-1900
Druk Drukarnia »Czasu« Fr. Kluczyckiego i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz J. Wołowski
Tytuł orygin. Анна Каренина
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.

Po rozmowie z Aleksiejem Aleksandrowiczem Wroński wyszedł na ganek domu Kareninych i stanął, zaledwie zdając sobie sprawę, gdzie znajduje się i dokąd ma jechać lub iść. Czuł się zawstydzonym, upokorzonym, winnym i pozbawionym możności zmycia swego upokorzenia; czuł się wykolejonym ze zwykłego trybu życia, którym dotychczas kroczył z taką dumą i łatwością. Nagle wszystkie przyzwyczajenia i zasady jego życia, które dotąd wydawały się niewzruszonemi, okazały się chwiejnemi i nie dającemi się zastosować. Oszukiwany mąż, który dotąd zdawał się być mizernem stworzeniem, wypadkową i trochę komiczną przeszkodą na drodze do szczęścia, został nagle postawionym przez tę przeszkodę właśnie na wzbudzającej szacunek wysokości, i ten mąż, postawiony na tej wysokości, okazał się nie fałszywym, nie złym, nie śmiesznym, lecz owszem dobrym, prawym i wspaniałomyślnym. Wroński nie mógł nie poznać się na tem. Role zmieniły się nagle; Wroński widział jego wyższość i swoje poniżenie, słuszność po jego, niesłuszność po swojej stronie; ujrzał, że mąż nawet i w nieszczęściu swojem był szlachetnym, a on sam lichym i tuzinkowym w swem oszustwie. Lecz to poczucie niższości wobec człowieka, którym tak niesprawiedliwie pogardzał, było tylko małą częścią jego troski, gdyż czuł się teraz niewypowiedzianie nieszczęśliwym, ponieważ namiętność jego ku Annie, która, o ile mu się zdawało, ostatniemi czasy, ochłódła, obecnie, gdy wiedział, że Annę utracił już na zawsze, wzmogła się tak, jak nigdy przedtem. I teraz właśnie, gdy ją poznał, i pokochał tak, jak naprawdę trzeba kochać, został upokorzonym w jej oczach i utracił ją na zawsze, pozostawiając o sobie li tylko smutne wspomnienie. Najstraszniejszą jednak była ta śmieszna, haniebna pozycya jego, gdy Karenin odejmował mu ręce od twarzy, którą piekło uczucie wstydu. Wroński stał na ganku domu Kareninych, straciwszy zupełnie głowę i nie wiedząc co czynić.
— Każe pan sprowadzić dorożkę? — zapytał Wrońskiego szwajcar.
— Dobrze, dorożkę.
Powróciwszy do domu po dwóch bezsennych nocach, Wroński, nie rozbierając się wcale, położył się na kanapie z podłożonemi pod głowę rękoma. Głowa ciężyła mu; wspomnienia i najdziwaczniejsze myśli przesuwały się przez nią z niezwykłą szybkością; chwilami, pod wpływem zupełnie świeżego wrażenia, widział lekarstwo, które, nalewając chorej na łyżkę, wylał; chwilami białe jej ręce, chwilami zaś Karenina, klęczącego koło łoża chorej żony.
„Zasnąć! zapomnieć!“ — postanowił Wroński ze spokojną pewnością zdrowego człowieka, przekonanego, że gdy jest zmęczonym i gdy chce mu się spać, to zaraz zaśnie. I rzeczywiście zaczęło mu się natychmiast mącić w głowie i Wroński pogrążył się w przepaść zapomnienia. Fale morza tego sennego życia poczynały się już zawierać nad jego głową, gdy w tem nagle doznał wrażenia jakoby silnego prądu elektrycznego; rzucił się tak mocno, że całem ciałem podskoczył na sprężynach kanapy i, oparłszy się na rękach, ukląkł z przestrachem. Oczy miał otwarte szeroko, jakby zupełnie nie spał. Ogólne osłabienie i ociężałość głowy, których tak silnie doświadczał przed chwilą, zniknęły zupełnie, jakby ręką odjęte.
„Może pan wdeptać mnie w błoto“, słyszał słowa Aleksieja Aleksandrowicza i widział go przed sobą, jak również i twarz Anny, pokrytą gorączkowymi wypiekami: błyszczące jej oczy patrzały czule i z miłością nie na niego, lecz na Aleksieja Aleksandrowicza; Wroński widział też i siebie samego w chwili, gdy Karenin odejmował mu ręce od twarzy i sam sobie wydawał się głupio i śmiesznie wyglądającym. Po chwili znowu wyciągnął nogi i położył się z zamkniętemi oczyma na kanapie.
„Zasnąć! zasnąć!“ — powtarzał. Lecz gdy zamykał oczy, jeszcze wyraźniej widział twarz Anny.
„Tego niema i nie będzie, i ona chce zatrzeć to w swoich wspomnieniach. A ja nie mogę żyć bez tego... jakżeż więc pogodzimy się, jakżeż więc pogodzimy się?“... — rzekł głośno i nieprzytomnie, i począł powtarzać tych parę wyrazów. Powtarzanie to powstrzymywało tworzenie się nowych obrazów i wspomnień, które odczuwał, jak kłębiły się po głowie. Lecz powtarzanie paru wyrazów powstrzymywało wyobraźnię nie na długo; z nadzwyczajną szybkością przesuwały mu się przed oczyma lepsze, szczęśliwsze chwile, a wraz z niemi i niedawno doznane poniżenie. — „Odejmij ręce!“ — mówi głos Anny. On odejmuje ręce, i Wroński czuje teraz jeszcze piekące rumieńce wstydu i śmieszny, głupi wyraz twarzy.
Leżał ciągle, starając się zasnąć, chociaż czuł, że niema najmniejszej nadziei, aby udało mu się zasnąć i powtarzał wciąż szeptem wyrazy, które wypadkiem przyszły mu na myśl, chcąc przeszkodzić w ten sposób tworzeniu się nowych obrazów. Zaczął przysłuchiwać się i usłyszał dziwnym szeptem, szeptem waryata, powtarzane wciąż wyrazy: „nie umiał cenić, nie umiał korzystać!“
„Cóż to?... czyż ja dostaję obłędu?“ — rzekł sam do siebie. — „Być może... z czegóż ludzie warjują? z jakiego powodu strzelają do siebie?“ — odparł sam sobie i otworzywszy oczy, ujrzał ze zdziwieniem koło swej głowy wyhaftowaną poduszkę, którą zrobiła mu Waria, żona brata; dotknął się haftu i spróbował przypomnieć sobie Warię i swe ostatnie widzenie się z nią, lecz myślenie o czemkolwiek innem męczyło go. — „Nie, trzeba koniecznie zasnąć!“ — Przysunął poduszkę i przycisnął do niej głowę, lecz musiał wysilać się, by móc leżyć z zamkniętemi oczyma. Nagle zerwał się i usiadł: „wszystko skończyło się, trzeba pomyśleć, co i jak mam uczynić teraz.“ Przebiegł szybko myślą całe swe życie, wyłączając z niego miłość ku Annie.
„Pragnienie sławy? jak Sierpuchowskoj? Wielki świat? Dwór?“ Na niczem nie mógł zatrzymać swych rozgorączkowanych myśli, gdyż wszystko tylko kiedyś, dawno, miało dla niego pewną treść, obecnie zaś nic już nie było. Wstał z kanapy, zdjął tużurek, rozluźnił pasek i obnażywszy pierś, aby mu lżej było oddychać, przeszedł się po pokoju.
„W ten sposób ludzie warjują“ — powtórzył — „i z takich właśnie powodów strzelają do siebie, aby nie potrzebowali się wstydzić!“ — dodał powoli.
Podszedł ku drzwiom i zamknął je, poczem ze skupionem spojrzeniem i z mocno zaciśniętymi zębami podszedł do stołu, wziął rewolwer, uregulował bębenek i zamyślił się. Z pochyloną głową, zamyślony głęboko, stał tak z rewolwerem w ręku ze dwie minuty.
„Ma się rozumieć“ — rzekł, jak gdyby logiczny, długi i prosty bieg myśli doprowadził go do nieulegającego zaprzeczeniu wniosku. W rzeczy zaś samej to przekonywujące go „ma się rozumieć“ było tylko wynikiem powtórzenia zupełnie takiego samego koła wspomnień i wyobrażeń, jakie myśli jego okrążyły przynajmniej już z dziesięć razy w ciągu godziny: były to te same wspomnienia szczęścia, utraconego już raz na zawsze, to samo przeświadczenie o bezcelowości i bezmyślności wszystkiego, co go oczekiwało jeszcze w życiu, toż samo poczucie swego poniżenia moralnego. Porządek, w jakim następowały te uczucia i wyobrażenia, również był takim samym.
„Ma się rozumieć“ — powtórzył, gdy myśl jego po raz już trzeci skierowała się ku temu samemu zaczarowanemu kołu wspomnień i myśli; przyłożywszy rewolwer do lewej piersi, szarpnął mocno ręką, jak gdyby ściskając coś w pięści i nacisnął kurek. Nie słyszał huku wystrzału, tylko silne uderzenie w piersi zwaliło go z nóg. Chciał schwycić się za róg stołu, wypuścił z ręki rewolwer, zachwiał się i usiadł na podłodze, z zadziwieniem rozglądając się dokoła. Nie poznawał swego pokoju, spoglądając z dołu na powyginane nogi stołu, na kosz do papierów i na tygrysią skórę. Prędkie, skrzypiące kroki służącego, przechodzącego przez salon, kazały mu opamiętać się. Zmusił się na chwilę do równowagi umysłowej i pojął, że znajduje się na podłodze, dostrzegłszy zaś krew na tygrysiej skórze i na swej ręce, zrozumiał, że strzelał do siebie.
„Głupio!... nie trafiłem!“ — szepnął, szukając ręką rewolweru. Rewolwer leżał tuż koło niego, lecz on szukał go dalej. Nie przestając szukać, przechylił się na drugą stronę i nie mając sił utrzymać równowagi, upadł, brocząc we własnej krwi.
Elegancki lokaj z bokobrodami, który niejednokrotnie już uskarżał się przed znajomymi na swe słabe nerwy, przestraszył się do tego stopnia, ujrzawszy swego pana na podłodze, że zostawił go broczącego we krwi i pobiegł po pomoc. W godzinę później przyjechała bratowa Wrońskiego, Waria, i z pomocą trzech doktorów, po których posłała i którzy jednocześnie prawie przyjechali, położyła rannego do łóżka i pozostała, by pielęgnować go.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: J. Wołowski.