<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Artykuł pana Wojciecha
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Kalendarz Illustrowany „Echa“ na Rok Zwyczajny 1878
Wydawca Jan Noskowski
Data wyd. 1878
Druk Jan Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.
O widzeniach człowieka piszącego rzodkiew przez „ż,” oraz o muchach co wypiły atrament.

Takich bohaterów jak pan Wojciech znajduje się w każdym powiecie kilkunastu.
Należą oni wszyscy prawie do tej poczciwej i zacnej klasy ludzi, co posiada piękną tradycyę i wąsy, jeździ wózkiem węgierskim i w czterdziestu pięciu wypadkach na sto, pisze rzodkiew przez ż, i żal przez rz.
Siedział on na swoim dwusto morgowym folwarczku, a tem się od sąsiadów wyróżniał, że był kawalerem dość już w lata zapędzonym, że głowa jego pozbywała się powoli tak zwanego bożego poszycia i że w sercu jego wrzało gorące i niekłamane uczucie ku nadobnej pannie Małgorzacie, pięknej, świeżej, malutkiej i okrągłej jak prawdziwa małgorzatka (gruszka).
Ludzie panu Wojciechowi podobni bardzo często kłamią w terminach zwrotu zaciągniętych pożyczek, w miłości jednak są solidni i pewni jak bank.
Lecz cóż począć w obec tej wielkiej i doświadczonej prawdy, że z jeżem ku psu, a z łysiną ku niewieście nie przystępuj!
Cóż począć w obec nieubłaganych metryk, które mówią wyraźnie, że panu Wojciechowi już czterdzieści zim ubiegło, a pannie Małgorzacie zaledwie się dopiero dziewiętnasta wiosna przestała uśmiechać.
A obraz tej panny Małgorzaty głęboko tkwił w sercu naszego bohatera, w sercu, które pomimo dość podeszłego — jak na serce — wieku, nie wykochało się jeszcze i zachowało całą młodzieńczą potęgę. Nie przechodziło ono bowiem przez burze owych doświadczeń, prób, zawodów i rozpaczy, które dzisiejsze młode pokolenie zaczyna poznawać będąc jeszcze w gimnazyum.
I sądzisz zacny czytelniku, że kiedy na kartkach tej powiastki stanął urodzony Wojciech, kawaler i urodzona Małgorzata, panna, to już brakuje chyba tylko proboszcza, któryby ową urodzoną parę błogosławieństwem na dalszą wędrówkę życiową opatrzył?
Niestety, nie do stóp ołtarza, nie do krainy szczęścia i zachwytów, nie po drodze różami zasłanej sądzono było stąpać panu Wojciechowi od chwili w której przypadkowe zetknięcie się wróbli, kota, psa, kuchcika i gospodyni olśniło go złocistym promieniem prawdy i powiedziało mu, na czem się mizerny żywot ludzki zasadza...
Nieraz, gdy słońce już zaszło, gdy żółta, domowej roboty świeca woskowa jak błędny ognik migotała w sypialni pana Wojciecha, mąż ten opierał głowę na dłoni i marzył.
W marzeniach jego jak w kalejdoskopie przesuwały się rozmaite obrazy, piękne, piękniejsze, jeszcze piękniejsze, a nad temi dominował zawsze obraz najpiękniejszy, bo obraz panny Małgorzaty, która istotnie piękną była jak obraz.
I zdawało mu się, że widzi klacz swoją kasztanowatą, trzyletnią źrebicę dziś jeszcze, jak ta rośnie, pięknieje, jak chodzi, jak nogami wyrzuca, jak ogon odsadza, a gromada kupców targuje się między sobą, kłóci, przepycha, potrąca i jak wreszcie jeden z tych panów wydobywa zatłuszczony pugilares, kładzie na stole pięćset rubli gotówką i uprowadza kasztankę...
Był to zaiste piękny obraz.
A potem widzi się pan Wojciech na polu, a tam pszenica wyrasta jak trzcina, kartofle jak pięście, buraki jak dynie, na dziedzińcu folwarcznym uwijają się fury, w sieni szwargoczą kupcy z miasteczka, kłaniają się i znoszą ogromną moc pieniędzy, listów zastawnych, pożyczek premiowych i wszelkich procentowych papierów.
Był to drugi obraz, piękniejszy od poprzedniego.
W trzecim, najpiękniejszym ze wszystkich obrazie, widział pan Wojciech siebie samego, w koczyku, jadącego do kościoła, a obok siebie widział siedzącą piękną Małgorzatę, w całej pełni wdzięków i powabów, w sukni jedwabnej, szalu tureckim i kapeluszu, na którym kwitły cztery tuziny róż, lewkonii, georgin i wszelakiego kwiecia...
„Silną jest miłość jako śmierci moc, a mocno trzyma jako piekieł kleszcze“ woła poeta wschodni... i ma racyą, bo od dwóch lat, od czasu jak panna Małgorzata na dorosłą pannę wyrosła, nie ma pan Wojciech spokoju, nie ma chwili wytchnienia, nie może fajki wypalić spokojnie.
Miłość, niby jakiś robak, toczy jego staro-kawalerskie serce i chwili wytchnienia mu nie daje.
Wraz z nim wstaje ona rano, idzie do stajni, obór i stodoły, wraz z nim siada na konia i w pole wyrusza, wraz z nim jada obiad, sypia po obiedzie, wydaje dyspozycye ekonomowi, krzyczy na fornali, wraz z nim zasypia i ani minuty wolnej mu nie pozostawia.
Kiedy zaś pan Wojciech ogolony, wyświeżony i ubrany według ostatniej mody, w rajtroku i butach palonych przybywa do Wierzbicy, gdzie rodzice panny Małgorzaty mieszkają, wówczas wzbiera ona jak rzeka po deszczach gwałtownych, i unosi biedne serce w krainę rozkoszy i trwogi, szczęścia i niepewności...
Pan Jan Ananasowicz z Wierzbicy, ojciec ideału pana Wojciecha, jest człowiekiem bardzo zacnym i szanowanym powszechnie, wzywają go sąsiedzi na arbitra w sporach pomiędzy nimi wynikających; zasięgają bardzo często jego rady i uważają go za człowieka poważnego, za paterfamiliasa całego powiatu.
Nawet aureola uczoności otacza tego męża od czasu gdy sąsiedzi wyczytali w gazetach artykuł oznajmiający, że w dobrach Wierzbica Sucha, należących do JW. Ananasowicza, są do sprzedania krowy holenderskie i byk szwajcarski dwuletni. Wiadomość na miejscu w dominium.
Nie ulega kwestyi że sam pan Ananasowicz a nie kto inny był autorem tego artykułu, a że nad tekstem onego wydrukowano bardzo piękną krowę, tem łatwiej więc artykuł utkwił w pamięci.
— To nie głupi człowiek, mówili do siebie sąsiedzi, nie głupi... pisze nawet, szeptali sobie do ucha.
I to właśnie „pisze“ powtarzane pocichu z wyrazem tajemniczości jakiejś i obawy, to wyrabiało niesłychaną popularność panu Janowi i czoło jego otaczało promiennym blaskiem.
Panowie: Gruszkiewicz z Pirogów, Jabłkowski z Naleśnickiej-Woli, Wiśniewski z Miętówki, Dyński z Patykowa, a nawet pan Wyrokiewicz z Popstrykałek uznawali wyższość człowieka „który pisze“ nad tymi którzy tylko (i to dość rzadko) czytują.
Z takim to potentatem chciał wejść w koligacyę pan Wojciech Dymalski, człowiek, jakeśmy to widzieli, cichy i pokornego serca, osiadły na swoich dwustu morgach w wioseczce, figurującej w księgach hypotecznych jako Świstuły wielkie, lit. C.
Wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ten urok uczoności, który pana Jana na trzy mile w koło otaczał i jako księżyc nieomal jaśniał nad całą Wierzbicą Suchą z przyległościami.
Ale ta uczoność!
— Jak ja, człowiek prosty, oświadczę się o rękę córki tak poważnego męża, piszącego nawet artykuły w gazetach?... w jakich słowach wyrażę mu uczucie które mam dla pięknej jego córki, jak będę z nim mówił?
Otóż te kwestye nie dawały sypiać panu Wojciechowi.
Teraz, o ile mi się zdaje, wyjaśnia się dokładnie przyczyną, dla której pan Wojciech siadając pod cieniem grabów w ogrodzie, zastanawiał się nad wyższemi zagadnieniami człowieka, nad życiem i nad wieloma kwestyami bardzo ważnemi a trudnemi do rozwiązania.
Takich posiedzeń pod grabem było bardzo wiele, ostatnie jednak dopiero wydało pożądany rezultat, a przynajmniej wskazało naszemu myślicielowi drogę do pracy dalszej, którą wytrwale prowadzić zamierzał.
Zatrzymajmy się jeszcze chwilkę i posłuchajmy co mówi do siebie pan Wojciech, zanim bieg wypadków wprowadzi nas w (niebardzo zawikłane wprawdzie) zawikłania dramatyczne.
— Czemże jest życie?... Jeden czai się na drugiego, ażeby go złapać, a sam nie wie o tem, że na niego czai się trzeci z tym samym zamiarem i tak dalej — od drobnego robaczka, od liszki która objada najpiękniejszą kapustę, aż do lwa w pustyni, do orła w górach, do człowieka nareszcie...
— »Na czem więc zadanie nasze polega?
«Na tem abyśmy sami łapali co się da, a strzegli się aby nas nie złapano.
«To jest zupełnie jasne.
W tem miejscu pan Wojciech przerwał.
«Ba! niby jasne, a niezupełnie jasne; religia uczy: kochaj bliźniego, jakże ja go będę kochał jeżeli mam na niego czatować i łapać!?
«Nie — odrzućmy na bok łapanie... zobaczmy kto nas łapie, kto się na mnie czai. Już go mam! Ekonom mój Kudłasiewicz, primo. Lecz ja mogę go kochać, a jednak nie dać się okradać.«
»Kto więcej?
»Trzeszczałkiewiczowa gospodyni, o ile wiem, także mnie podbiera — powinienem się więc pilnować, a przytem mogę ją też i kochać...
»Zaraz, czy kochać? nie, lubić — dobrze, lubiąc będę się jej strzegł...
»Kupiec z miasteczka orzyna mnie na cenach; czy kochać go? — a no, kochać, rzecz prosta, ale nie dać się okpić.
»Tak, tak, odgadłem, kochać się i nie dać się, oto filozofia całego życia...«
Z temi słowy pan Wojciech wszedł do pokoju i krzyknął aż się szyby zatrzęsły:
— Atramentu!
Na ten głos wpadła Magda, Kaśka, gospodyni i Jasiek.
— Co wielmożny dziedzic sobie życzy? pyta najstarsza urzędem osoba, to jest gospodyni.
— Atramentu!
— Kiedy nie ma, proszę pana.
— Jak to nie ma? nie kupiłem przeszłego roku?
— I być był, ale że go muchi do szczętu wypili.
Posłano do miasta po atrament, a skutkiem tej okoliczności nowy promień światła cywilizacyi w powiecie spóźnił się o godzin osiemnaście.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.