<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Bez stypendjum
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom IV
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
BEZ STYPENDJUM.

W małym pokoju drugorzędnej restauracji, siedzieli dwaj panowie: jeden nad rosołem, drugi nad zupą pomidorową. Pierwszy nazywał się pan Ludwik, był blondynem łysym i liczył około czterdziestu lat; drugi mianował się panem Józefem, był mocno szpakowaty i już przekroczył piąty krzyżyk. Rozmawiali półgłosem.
— Co wam znowu do głowy strzeliło z tym Ziewalskim? — mówił pan Ludwik. — Żaden z niego pracownik, a wy odrazu daliście mu tysiąc dwieście rubli...
— Firma płaci tylko sześćset — odrzekł pan Józef. — Drugie sześćset dokłada mu z własnej kieszeni nasz dyrektor Adamczyk.
— Swędzi go kieszeń?...
— Dyrektor może sobie pozwolić — mówił pan Józef. — Kawaler, ma trzy tysiące pensji, a w roku zeszłym dostał siedemnaście tysięcy dywidendy.
— Fiu!... — zdziwił się pan Ludwik. — Piękna dywidenda!...
— Jego motory jeszcze piękniejsze... Taki nawał obstalunków, że musimy zdublować produkcję, no — i rozumie się personel.
— Wszystko to jednak nie wyjaśnia mi, dlaczego Adamczyk dopłaca Ziewalskiemu z własnej kieszeni...
— Adamczyk mówi, że gdyby nie Ziewalski, on nie byłby tem, czem jest dzisiaj.
— Więc może to Ziewalski wynalazł motor, nie Adamczyk?
— O... pan bo zawsze lubi żartować!... Bonifacy — zwrócił się do kelnera pan Józef — dajcie mi zrazy z kaszą... Motor wynalazł Adamczyk nie żaden Ziewalski.
— A mnie, Bonifacy, pieczeń z kapustą — dorzucił pan Ludwik. — Nie wiem, za co Adamczyk płaci Ziewalskiemu, więc dziwię się...
— Jeżeli kto czegoś nie wie, nie powinien dziwić się, ale zapytać takich, którzy wiedzą.
— A pan wie?...
— Phy!... przecie ja Adamczyka znam od takiego bachora — rzekł pan Józef, wyciągnąwszy rękę na wysokość stołu. — Przecie on mnie sprowadził z fabryki komorowskiej do Warszawy...
— I panu także dodaje co z własnej kieszeni?...
— Ja nie potrzebuję dokładek, chwalić Boga!... Choć może do tego, czem jest dziś Adamczyk, przyczyniłem się lepiej i uczciwiej, niż Ziewalski.
— Musi być ciekawa historja? — wtrącił pan Ludwik.
— Piramidalnie ciekawa! Zaraz się pan przekona... Bonifacy, szklaneczkę jasnego...
— A mnie kufelek ciemnego.
— Trzeba wiedzieć — zaczął pan Józef — że Adamczyk jest synem kowala, który miał kuźnię w naszym Komorowie. Kiedy stary umarł, na zapalenie płuc, zostawił żonę, córkę, dwu synów, domek i kilka morgów gruntu. Córka wyszła za organistę, porządnego człowieka; starszy syn ma handel kolonjalny i powodzi mu się wcale nienajgorzej, a młodszy, który jest dziś dyrektorem i współwłaścicielem fabryki, ukończywszy szkołę elementarną, uczył się potem prywatnie u profesora i już w dwunastym roku zaczął kręcić się około naszej fabryki machin rolniczych, niby w Komorowie.
Był to bardzo bystry chłopak, ciekawy i ambitny. Znał się z synami naszego dyrektora, naszego kasjera i ciągle wypytywał się ich: czego się uczą? jak to jest w szkołach?... jakim sposobem można zostać dyrektorem albo inżynierem?... Bo widzi pan, jego matka, kobieta niezwykłego rozumu, chciała wykierować go na lekarza, ale on sam ciągnął do mechaniki. Pamiętam, że nieraz godzinami przesiadywał w tokarni, w rysowni, w odlewni, a oczy to mu się paliły jak wilkowi... O, bystry był!... Majstrowie często mówili mi o nim... Bonifacy, dajcie marchewki z groszkiem...
— A mnie makaronu włoskiego — dorzucił pan Ludwik.
— Pomijam wiele drobnych wydarzeń, w których Adamczyk okazywał rozsądek i piękny charakter, a przechodzę do rzeczy głównej. Pokonawszy niemałe trudności, dostał się wkońcu mój chłopak do prywatnej szkoły realnej w Warszawie. Z początku pomagała mu matka. Lecz gdy trzeba było wyposażyć siostrę, dać na handel pieniędzy starszemu bratu, więc w rezultacie dla młodszego zabrakło i nadszedł taki rok, że mój Adamczyk począł naprawdę myślić o porzuceniu szóstej klasy i o powrocie do Komorowa, do naszej fabryki.
Otóż, co się wtedy zdarzyło. Pewnego dnia woła Adamczyka dyrektor szkoły i mówi: „Trafia się stypendjum, dwieście pięćdziesiąt rubli. Jesteś doskonały uczeń, więc mógłbyś je dostać, ale — masz współzawodnika, Ziewalskiego. Dobrze byłoby, gdybyście się porozumieli.“
Adamczyk mało nie oszalał z radości, a ponieważ miał u jakiegoś szewca obiady za korepetycje, więc był gotów podzielić się ową sumą stypendjalną z Ziewalskim. Tymczasem na drugi dzień Ziewalski sam przyleciał do niego z taką propozycją: „Mój kochany, jeżeli mi nie ustąpisz stypendjum, to ja sobie życie odbiorę, a ty z dwustu pięćdziesięcioma rublami zostaniesz — durniem do końca świata...“ „Dlaczego mam zostać durniem?...“ pyta Adamczyk. „A bo ja mam matkę, która wprawdzie pobiera emeryturę, ale to nam nie wystarcza. Więc — albo muszę mieć stypendjum, albo nie będę mógł skończyć szkoły, a w takim razie odbiorę sobie życie...“
— On tak do dziś dnia straszy ludzi... — wtrącił pan Ludwik.
— Słuchaj-no pan dalej — ciągnął pan Józef — „Moja matka — odpowiedział Adamczyk — nie ma żadnej emerytury, ale jeżeli chcesz, to moglibyśmy podzielić się temi pieniędzmi...“ „Czem się tu dzielić? — krzyknął Ziewalski. — Trzeba też mieć trochę wstydu w oczach: to stypendjum jest szlacheckie, a tyś przecie nie szlachcic...“ „A niechże was dwieście pięćdziesiąt djabłów porwie! — odpowiedział mu Adamczyk. — Nie chcę waszego stypendjum, choćbym miał z głodu umrzeć...“ Mówił mi Adamczyk, że po wyjściu Ziewalskiego ów zapłakał, ale — tego samego dnia rzucił szkołę, w której nawet wpisu nie mógł zapłacić i — wrócił do naszego Komorowa, gdzie ze względu na dawną znajomość, odrazu wyrobiliśmy mu miejsce.
Pracował dwa lata wzorowo; tylko dyrektor zarzucał mu, że co pół roku zmienia warsztaty. Zaczął od ślusarni, przeszedł do kuźni, potem do stolarni, ze stolarni do giserni... A ile miał czasu wolnego, uczył się w dalszym ciągu rysunków, matematyki, języków... Zarabiał czterdzieści do pięćdziesięciu rubli miesięcznie, mieszkał u matki i żył jak pustelnik, ciągle odkładając pieniądze do naszej kasy.
W parę lat musiał iść do wojska. Myśleliśmy, że się zmarnuje. Gdzietam; zdał egzamin i został oficerem. Znowu myśleliśmy, że już będzie pilnował się karjery wojskowej. Gdzie zaś. Wrócił do fabryki i jeszcze przez trzy lata pracował to jako majster w warsztatach, to jako rysownik w biurze.
Teraz wszyscy zwrócili na niego uwagę, sam dyrektor zaczął go przyjmować u siebie i może nawet oddałby mu jedną ze swych pięciu córek... Ale Adamczyk nie myślał o żeniaczce i pewnego dnia — pożegnał nas. Wyjechał do Mitweidy...
Proszę pana, tam — w pół roku poznali się na nim i dali mu posadę przy warsztatach, skutkiem czego miał darmo naukę, mieszkanie i jedzenie. A po czterech latach nietylko ukończył szkołę z odznaczeniem, ale jeszcze wynalazł swój motor, który, jak panu mówię, przyniósł mu w roku zeszłym siedemnaście tysięcy rubli dywidendy.
— Chwat chłop!... — zawołał pan Ludwik. — Bonifacy, proszę jeszcze kufelek ciemnego...
— A ja szklaneczkę jasnego — dodał pan Józef.
— A cóż z tym Ziewalskim? — zapytał pan Ludwik.
— Niedługa historja. Skończył edukację na szkole realnej. Jakiś czas był poetą, później uczył się malować, potem coś tam na skrzypcach... I nareszcie, kiedy mu umarła matka, wziął się do buchalterji. Ożenił się, klepał biedę na marnych posadzinach, a teraz niedawno, jak pan wiesz, przyszedł do Adamczyka i w imię szkolnego koleżeństwa, błagał o jaką dobrą posadę. „Z głodu umieramy — mówił — i jeżeli nie dostanę choćby stu rubli na miesiąc, odbiorę sobie życie...“ No i Adamczyk dał mu posadę i dopłaca sześćset rubli rocznie, za to, że kiedyś Ziewalski odebrał mu szlacheckie stypendjum.
— Z tego pokazuje się — rzekł pan Ludwik — że od stypendjum lepsze są zdolności... Bonifacy, płacić!...
— A najlepszy charakter... Bonifacy, ja miałem zupę, zrazy z kaszą... Charakter panie, charakter!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.