<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bezimienna
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1912
Druk Drukiem Piotra Laskauera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.

— Pani masz matkę?
— Której nie znam prawie — przerwała Hela.
— Los wasz ją mocno obchodzi.
— Nie wiem....
— Ja wiem o tem, ja... Jeśli jest rzeczą możliwą, byś pani była wolną, to się stanie.
W rysach jenerałowej odmalowało się zdumienie, które jej usta zamknęło, popatrzyła długo na Müllera.
— Na co mi się to zdało? — rzekła — pożyczane życie moje tu wlec, czy tam.
— Przy sercu matki.
— Matki! — powtórzyła cicho — matki!
Długie milczenie panowało chwilę.
— Ale to być nie może — zawołała — mojem przeznaczeniem jest być pastwą tego człowieka... śmierć nawet wydrzeć mnie nie mogła z tych objęć nienawistnych. Żądał mnie, teraz kocha, później nienawidzieć będzie i mścić się może, ale jak szatan pastwy nie puści! Co pomoże wyrywać się przeznaczeniu, targać te więzy, które niewidoma losu ręka włożyła... któż zrozumie tę tajemnicę, tę dolę, tę sprawiedliwość niesprawiedliwą, ten sąd katowski, który na mnie wydał, ja nie wiem kto... Trzeba być posłuszną i męczeństwo wypić do dna.
— Ani mów tak pani, ani myśl...
— Po co żyć — dodała cicho — kiedy on zabity!
— Kto zabity? — zapytał lekarz.
Hela spojrzała i milczała.
— Powiedz mi pani przecie kto? kto ten on?
— Jego nie wskrzesicie — dodała jenerałowa.
Müller głową potrząsał.
— Czy to tajemnica? — spytał.
— Śmierć odkrywa wszystkie — odparła Hela. — Słyszeliście, doktorze, pewnie o jenerale Kościuszce. To był mój dobry brat... przyjaciel...
I łzy puściły się jej z oczu.
— Ale jakiż jest związek między tym kimś zabitym a Kościuszką? — zapytał doktór.
— Wszak nie żyje? — jęknęła Hela.
Müller spostrzegł dopiero teraz, że jenerał zapewne przez rachubę oznajmił jej śmierć naczelnego wodza, obawiał się zbytniego radości wybuchu, gdyby jej oznajmił, że Kościuszko żył, choć w niewolę został uprowadzony, i namyślał się, co miał czynić.
Hela patrzyła mu w twarz, jakby z niej coś wyczytać chciała, widziała w niej zdumienie, które nie było bez znaczenia... oczy jej zajaśniały nagle, porwała się z łoża, chwyciła go za rękę.
— Na miłość Bożą, siedź pani cicho! zdradzisz mnie ruchem, postawą, wyrazem twarzy.
— On żyje! — podchwyciła Hela.
— Cicho! cicho...
— On żyje?
— Żyje, ranny w niewoli, lecz żyje... milcz pani.
— Więc i ja żyć chcę! i ja! — zawołała, rękę doktora niosąc do ust — bądź błogosławiony, żeś mi ocalił życie. Będę posłuszną, będę spokojną, będę zdrową.
— Na teraz tylko spokoju i obojętności — podchwycił doktór — jenerał może co chwila powrócić... wpadnie tu. Niech nie wyczyta nic z twarzy! na miłość Bożą! Jeśli pani możesz, bądź dla niego trochę milszą... a proś go, aby ci tu kilka dni dał odpocząć.
Hela pożerała każdy wyraz doktora, twarz jej lekko zarumieniona zmieniła się, rozjaśniła, wypiękniała iskrą życia. Muller zdumiony i przerażony patrzył na tę metamorfozę.
— Zaklinam panią! spokojności! spokojności! on pozna od jednego wejrzenia. Pani potrzebujesz być chorą, aby tu spocząć.
— Nie bój się — rzekła — dość, by wszedł, a znajdzie mnie taką, jak zawsze. Mów, rozkazuj, co mam czynić?
— Bądź trochę łaskawszą dla niego i proś — o spoczynek...
Gdyby tak być mogło, żeby on pojechał, a mnie tu z wami zostawił?
Ostatnie wyrazy domówił prawie niepochwyconym głosem, gdyż w sieniach poznał chód jenerała.
W istocie w chwilkę małą potem otwarły się drzwi zwolna i Puzonów ostrożnie wśliznął się na palcach do pokoju.
Hela zbladła i posmutniała, doktór trzymał ją za puls, a gdy jenerał wszedł, dał mu znak, aby się zachował jak najciszej.
— Jest trochę gorączki — odezwał się po cichu — droga więcej męczy, niż się spodziewałem, rany niedogojone, wzruszenie, osłabienie.
— Czy się pani (jenerał żony nie nazywał inaczej) czujesz słabą?
Hela dała znak głową.
— Przed chwilą skarżyła mi się pani jenerałowa na wielkie znużenie.
— Tak jest — wygasłym głosem odezwała się z cicha — tak pragnęłabym odpocząć!
Puzonów z niecierpliwością potarł czoło.
— Wśród drogi, ja się nie mogę zatrzymać... trochę dalej...
Doktór, nic nie mówiąc, głową potrząsał.
— Wszakżebyśmy mogli, trochę prędzej jadąc, połączyć się z wami.
— Jakto? jakto? myślicie — porywczo zawołał Puzonów — żebym mógł was porzucić! samą! wśród tego kraju...
— Dla którego jestem umarłą — podchwyciła Hela. — A ja tak bardzo pragnęłabym choć parę dni zupełnego spoczynku.
Jenerał wstał z krzesła, począł się przechadzać po pokoju... zżymał się i niecierpliwił.
— Zresztą — ozwała się Hela zwolna — wy wiecie, że mi to wszystko jedno, umrzeć tu, czy tam, prędzej, czy później.
— Ale trzeba, żebyście żyli! musicie żyć! — zawołał Puzonów.
Doktór milczał.
— Prawdziwe nieszczęście! co tu począć? — mówił jenerał — głowę tracę. To niepodobieństwo samą zostawić.
— Ale w ostatnim razie wszakże ja bym został, zostałaby sotnia kozaków, ludzie.
— To wszystko nie dosyć! — krzyknął jenerał. — Czy to ja nie znam Polski, czy ja nie wiem, co tu umieją? Tu wszyscy są w spisku przeciw nam, młodzi i starzy, wszystkich wyznań, wszelkich stanów, tu nikomu ufać nie można.
— Przesadzacie, panie jenerale — rzekł doktór spokojnie.
— Nie! nie! — zawołał jenerał — ten naród potrzeba do nogi wytępić.
— Jenerale! — zawołała Hela — patrząc nań oczyma płomienistemi — ja do tego narodu należę.
Puzonów zaciął usta i skłonił głowę.
— Darujcie mi — rzekł — to głupie słowo nie wiedzieć jak mi się z ust wyrwało... Ale czasem człowiek cierpliwość straci! — dodał — wystawcie sobie, ze trzystu więźniów dwudziestu kilku na złość mi w drodze umarło, a pięćdziesięciu po jednemu pouciekali... osiemdziesiąt głów braknie. Oficer powiada, że po drodze do liczby dołapie kogo spotka, to jeden sposób... Nie spuszczają ich z oka... w ziemię gdzieś wpadają... kat ich wie.
Hela powoli pochyliła się na łoże i złożyła głowę na poduszce. Był to znak, że chciała samą pozostać.
Jenerał zbliżył się do niej, z poza niego Müller dawał jej znaki i Hela łagodniejszym głosem dała mu dobranoc.
— Jenerale — rzekła — jeśli chcesz być dobrym dla mnie, daj mi tu odpocząć, dom wygodny, zostaw mnie na dwa dni, przecież ci nie ucieknę, nie mam po co i dla kogo.
Puzonów, uderzony nieco tem naleganiem, oddalił się zamyślony.
Wyszli. Nie podejrzywał on wcale doktora, nie mógł się domyślać nic, ale jakiś niepokój przeczucia go ogarnął.
Nazajutrz rano, po długich namysłach i walkach z sobą, Puzonów nakazał, aby partya z powodu wielu chorych i nieporządku, jaki się w nią wkradł, odpoczęła w miasteczku dzień cały.
Doktór dowiedział się o tem z rana, a sługa oznajmiła pani, która postanowiła z łóżka nie wstawać.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.