Choroby wieku/XXIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXIX.

I znowu zbiliśmy się z drogi! — ani wiemy jak do powieści powrócić! Mieliśmy podobno zajrzeć do pustego Demborowa, a raczej poszukać po świecie rozpierzchnionych groźbą burzy członków rodziny — a poszliśmy Bóg wie gdzie i po co, wiedzeni niepokojem o przyszłość, którą nam z najlepszemi chęciami nieopatrzni ludzie gotują. Należałoby zakończyć tę długą chryję błagalnem wołaniem z Pawłem Świętym:
— Nie wygaszajcie ducha! Nolite spiritum extinguere. Nie wygaszajcie ducha, bo nie w groszu i bogactwie jest przyszłość narodów, ale w duchu jakim tchną.
Ale zdaż się na co wołanie nasze? ot, powróćmy lepiej do jasełek zwykłych... a Bogu polećmy nasze losy i przyszłość... zarozumiałość ludzka upamiętać się może.
Z Demborowa z uczuciem nieopisanej trwogi rozpierzchło się wszystko na strony. — Tymlo, starszy Dembor, pani z córką, pobiegli ocalać wszelkiemi środkami zagrożoną fortunę. Żadne z nich pojąć nie umiało, jak się bez niej obejść potrafią, co poczną? a tymczasem samo niebezpieczeństwo upadku, już siało między rodziną niesmaki i poróżnienie, rozdzielając co złączyć się ściślej jeszcze było powinno.
Wszyscy po cichu obwiniali człowieka, który dotąd za najpraktyczniejszego uchodził. Tymlo nawet nie krył się wcale z wyrzutami przeciw ojcu; pani Demborowa w duchu mogła teraz zwycięzko wywieść przekonanie swoje, że to był umysł ciasny i niedaleko widzący... nawet cicha Emilja szeptała wzdychając: Prawdziwie, to nie do pojęcia, żeby ojciec był tak nieopatrznym!
On, nic w istocie nie winien, spuścił sam głowę jak winowajca i powtarzał po sto razy na dzień zarzuty, jakie mu drudzy tajemnie czynili... rozbierał każdy swój krok, szukał błędów... czuł się niewinnym, a jednak nie mógł darować sobie, że nie przeczuł i nie odwrócił niebezpieczeństwa.
Zachwiał się w nienaruszonej dotąd wierze w siebie, jedynej jaką miał, i obłąkał, tracąc przytomność, jak niebezpiecznie chory, któremu śmierć zajrzała w oczy, chwytał myślą pierwsze lepsze środki zaradcze i skuteczności ich nie umiał już rozróżnić.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.