Choroby wieku/XXX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXX.

Tymczasem Michał i Anna powróciwszy do Porzecza, rozpoczęli dawne życie pierwszym trybem, ale z nowym zapałem. Widok Demborowa przywiązał ich więcej jeszcze do cichego i miłego ustronia, w którem tak dobrze im było. Dla Michała tylko gospodarstwo Demborowskie było bodźcem do pracy. Nie przyjmując całkowicie zasad wuja, poczuł się jednak do pilnego obowiązku wejrzenia w stan majątkowy i usiłowań polepszenia bytu, jeśli nie sobie, to tym którzy go otaczali... Michał, choć duszą całkiem artysta, nie był z tych ludzi, którzy się do obowiązkowej pracy acz nie miłej, bez wstrętu zaprządz nie umieją — żywioł artystyczny był dlań wszędzie, wieś kochał, a cokolwiek czynił to z przejęciem i zapałem. Zdawało mu się też wbrew wszystkiemu co dziś przyjęto za pewnik, że pierwsze ukształcenie artysty jest na wsi, że samotność podnosi duszę, zapatrywanie się na naturę otwiera ją, żywot prosty i cichy oczyszcza i spotęgowuje człowieka, nie zachciewało mu się za granicę, ani tęsknił za innem pięknem nad to, którego pierwiastki miał w koło siebie. Zdawało mu się że zadaniem artysty nie jest zcudzoziemczenie i skosmopolityzowanie, ale użycie tych żywiołów jakiemi go Bóg otoczył, i wyciągnienie poezji z rodzinnych nasion własnej ziemi i życia.
Powróciwszy z Demborowa, Michał wejrzał zaraz pilniej w gospodarstwo i interesa Porzecza, które dotąd znał tylko powierzchownie, i oswajając się z niemi dostrzegł, że położenie ich było daleko trudniejsze i gorsze niżeli sobie wyobrażali, a zaradzić mu bez wielkich i stanowczych ofiar nie było podobna... Szereg maleńkich dłużków codzień wyrastał, zaległości różne pokazywały się co chwila, wielka majętność którą wzięli w spadku, była tylko złudzeniem.
Za życia matki i dzieciństwa sierot spłaciło się nieco ciężarów nagromadzonych nieopatrznością ojcowską, ale pod koniec pani Solska zaniedbała się trochę, nie wszystkie spłaty uiszczano w terminie, co chwila upominał się ktoś o zaciągnione procenta, wystarczyć na wszystko zdawało się niepodobieństwem.
Michał przerażony osmutniał, i nie bardzo wiedział co począć, obawiał się mówić o tem Annie żeby jej nie przestraszyć, sądząc że o prawdziwym stanie interesów wiedzieć nie może — i niespokojny pobiegł po radę do rotmistrza.
— Stryju kochany, rzekł do niego, kryjąc jak mógł swój smutek — trochę nie wiem jak sobie począć, przy mojem niedoświadczeniu. — Prawdą a Bogiem, mamy na Porzeczu długów więcej niż sądziłem z początku, nie wiem czy nam życia wystarczy na rozplątanie tego węzła... i czy z tego wyjść potrafimy... coby tu robić wypadało?
— A tego to i ja tobie nie powiem, moje kochanie, odparł wpatrując się w niego bacznie rotmistrz, który siatkę wiązał — to tylko wiem, że choćby najgorzej przyszło, o was się nie boję. Bóg poczciwym nie poskąpi swej opieki, a czy finalnie na czterech wioskach będziecie gospodarowali i żyli, czy na jednej, czy bez żadnej, to mi się znowu nie tak bardzo ważnem zdaje zadaniem! Zresztą ja nie fachowy jak wiecie, trzebaby się prawnika poradzić.
— Ale kogoż i jak, żeby Anny nie przestraszyć?
— Anna ma rozum, nie masz się co lękać o nią, a co się tycze wyboru człowieka, co tu myśleć długo, weźmiecie starego Manusiewicza. — Przyjaciel waszego domu od lat dwudziestu, głowa dobra, serce poczciwe... u mnie zaś, kochanie, przedewszystkiem serce... ono da nawet głowę temu co jej nie ma, a głowa serca nie zrobi, to darmo.
— Poślijmyż po Manusiewicza, ale jakoś tak żeby się Anna nie domyślała po co.
— To trudno, moje serce, ale Anusia, hic mulier, nie trzeba się o nią obawiać.
Michał wyszedł pisać list, i zaledwie się za nim drzwi zamknęły, Anusia wbiegła do stryja z minką wesołą na pozór, ale trochę zafrasowaną, obejrzała się naprzód, popytała o brata i przypadłszy do stryja szepnęła mu:
— Kochany stryjciu... boję się o Michała, widzę go jakoś od dwóch dni niespokojnym... niechce mi powiedzieć czego. Musi się martwić interesami.
— Toby był głupi moje serce, rzekł chłodno staruszek, albo jest na nie rada, albo nie ma, w obu razach trzeba zrobić co można, a życia sobie truć nie warto.
— Ale on ucierpieć może, nie dla siebie... dla mnie rzekła Anna. Po prawdzie powiedziawszy stryjaszku, domyślam się, jestem pewna, że interesa Porzeczańskie trochę są zawikłane i nie tak dobrze stoją jak się jemu zdawało. Gotów się tem gryść.
Rotmistrz spojrzał jej w oczy z rozczuleniem i pocałował ją w głowę.
— Nie turbuj się dziecko kochane, Michał ma rozum, właśnie przed chwilą poradziłem mu żeby sobie do pomocy wezwał poczciwego Manusiewicza.
— Ale to właśnie i ja chciałam mu tę myśl poddać.
— Toście chwała Bogu na jedno trafili... idźcież się rozgadajcie.
— Nie, odparła Anna, nie chcę się w to wdawać bardzo troskliwie, Michał pomyślić może, że mnie to tak obchodzi, a mnie nie o siebie wcale, ale o niego szło tylko.
I z tem wybiegła Anna, a Michał wyprawił z listem do starego prawnika.
W kilku słowach powiemy, kto był pan Manusiewicz, dawny mecenas i adwokat, dziś posiadacz małego w okolicy folwarczku.
Samo nazwisko jego wskazywało ormiańskie pochodzenie, jakoż w istocie z rodziny od wieków we Lwowie osiadłej pochodził. Nie wiem jakim trafem bardzo młody jeszcze dostał się do Warszawy na dependenta, mozolnie i powoli małego grosza się dobił, wyszedł na chleb własny i nigdy go nie miał wiele. Uczciwszego człowieka trudno było znaleść, ale ta cnota spartańska i bezinteresowność sprawiły, że przy najszczęśliwszych okolicznościach, ogromne robiąc interesa, zawsze z nich z małą bardzo wychodził korzyścią, a czasem ze szkodą własną. Wzywano go na rady, powierzano mu najdraźliwsze sprawy, ufano całkowicie, ale że wymagającym nie był, wartość swojej pracy sam zniżał, przyjmował co mu dawano i wielkie datki odrzucał, jak skoro po nim żądano czego wątpliwego — bić się musiał ciężko, nim jakiej takiej niezależności dochrapał. Wiele spraw najkorzystniejszych odrzucał jak skoro mu się nie bardzo prawemi okazały, wielu sobie ludzi naraził, ale ani długie ubóstwo, ani prześladowania, nie zbiły go z drogi po której szedł z godnością, zmuszając do szacunku nawet nieprzyjaciół swoich.
Na oko nie była to wcale figura heroiczna. Mały, gruby, czarny, ciężki, i niezgrabny, z twarzy wyglądał na starą włoską karykaturę, z postawy na pragskiego rzeźnika, w towarzystwie chodził jak okradziony, ale przy pracy dopiero i u dzieła poznać go było można lepiej. Niezgrabne rysy rozjaśniały się jakby cudem, oblicze umiało wypięknić, zapalało się oko pod brwią nawisłą, rozprzestrzeniało czoło, otwierały usta, nabierał siły w mowie, energji w ruchach, i przeważnie działał na otaczających, zmuszając ich do podzielenia swego przekonania. Nie ustąpił nikomu w świecie gdy szło o prawdę, nie oszczędzał niczyjej miłości własnej, nie targował się z sumieniem — z drogi nikt go zbić nie potrafił, ani wymódz uległości kosztem przekonań, lub tylko pobłażania złemu. Trzeba go było przyjąć jak był lub całkiem nie zaczepiać.
Z takiemi usposobieniami, do pięćdziesięciu kilku lat różne przechodząc koleje, zawsze spodziewając się czegoś dorobić większego, ostatecznie Manusiewicz ledwie uciułać potrafił około sześciudziesiąt tysięcy złotych, i za te maleńki kupiwszy folwarczek, usiadł odpoczywać. Ale i tu mu pokoju nie dawano, a usłużny był, uczynny i litościwy przy swej szorstkości powierzchownej jak nikt, a z nawyknienia do pracy, szukał zajęcia i sam się na nią nastręczał. Los szczęśliwy posadził go niedaleko Porzecza i poprzyjaźnił z tym domem, pokochał staruszkę panią Solską, która mu po sąsiedzku nieraz dopomagała do gospodarstwa, z rotmistrzem żyli jak bracia, dzieci, sieroty niemal jak własne uważał, szczególniej Anusię, gotów będąc ostatkiem sił i grosza pracować dla nich i bronić ich.
Po śmierci pani Solskiej raz czy dwa już był w Porzeczu, ale że nigdy nic za radę i pracę przyjąć nie chciał, a miał zawsze co czynić w domu gdzie się ledwie niedostatkowi opędzał, żywiąc ubogą rodzinę którą przy sobie utrzymywał, Michał i Anna nie śmieli się do niego udawać i czas mu zabierać. Teraz dopiero gdy rotmistrz wskazał potrzebę powołania Manusiewicza, zarazem uczciwego i zdatnego człowieka, do rozpoznania ogólnego stanu interesów i zawyrokowania o nim, Michał go listem do Porzecza zaprosił.
W parę godzin stary usiadłszy na bryczkę i uzbroiwszy się w dwie pary okularów bez których stąpić nie mógł, bo oczy miał zmęczone, ochotnie i żwawo pospieszył na wezwanie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.