Choroby wieku/XXXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXXI.

Od dwóch dni obrzucony papierami, okrywszy czoło umbrelką zieloną, Manusiewicz siedział zamknięty w osobnym pokoiku, do którego nikogo nie wpuszczał, gdyż miał tę wadę, że sobie roboty nie dawał przerywać, i nachodzących go nie w porę, czasem nawet trochę niegrzecznie odpędzał. Zrana po kawie szedł zaraz do kancelarji, pisał i czytał do obiadu, po obiedzie zdrzemnąwszy się, powracał znów do herbaty tylko i na wieczerzę dopiero schodził do salonu, okulary do futerałów pochowawszy. Ale dotąd nikt na jego twarzy poczciwej, zamyślonej, zwykle smętnej i nachmurzonej poznać nie mógł, co tam się z rozpatrzenia papierów pokazywało. Wzywany do niektórych objaśnień Michał, ani badający go poufale rotmistrz, nic się dowiedzieć nie umieli, Manusiewicz zbywał ich niekiedy zżymając się niecierpliwie.
— A! poczekajcież! poczekajcie... nie razem Kraków zbudowany, co ja wam powiem, ja sam jeszcze nic nie wiem... Co mam darmo banialuki prawić... dajcie mi czas... ja tak w chwili pochwycić nie mogę wszystkiego, stary jestem maruda...
Nic nie mówiąc i nie dając poznać po sobie co myśli, pracował mecenas tydzień, dopytywał, spisywał, sprowadzał, dochodził, jeździł po folwarkach, posyłał do akt, nareszcie w sobotę wieczorem po wieczerzy gdy się rozchodzili z salonu, kiwnął nieznacznie na rotmistrza i w milczeniu przez dziedziniec poprowadził go z sobą do mieszkania.
Rotmistrz pośpieszył niespokojny trochę.
— No, rzekł zawsze gorąco kąpany — nie piecz-że mnie już stary na wolnym ogniu — juściż do tej pory wiedzieć musisz.
— Właśnie mój rotmistrzu, potom cię i wezwał, żeby z tobą rozumnie pogadać.
— Choćby głupio, abyś raz przecie gębę otworzył...
— A! jak głupio, to lepiej milczeć, rzekł uśmiechając się smutno ormianin — posłuchajże no stary, dodał ciszej i podchodząc do niego — tu nie ma co w bawełnę obwijać... nie dobrze jest...
— No, a cóż tam złego!
— Rozpatrzywszy się, rozliczywszy, rozmyśliwszy, rozrachowawszy wszystkie sperandy, ot dzieciom nie wiele zostaje. Mogąć one kawęczyć i powoli się wypłacać wierzycielom, bo im tam nikt dokuczać nie będzie i kredyt by znalazły, ale na to życie stracą w niewoli, i trudno jeszcze żeby się oczyściły. Majątek duży, ale w trzech częściach cudzy... jak to im powiedzieć? zgryzą się bardzo biedne dzieciaki... jak myślisz?
— A juściż nie powiem żeby im było miło — odparł rotmistrz, ale Michał i sam czuł że coś koło nich nie najlepiej, kiedy asindzieja wzywał. On i Anna przygotowani są na wszystko! Nie juścić jednak i Porzecza się im wyrzec przyjdzie?
— Porzecza samego, nie wiem, rzekł Manusiewicz, ale reszty majątku pewnie, jeśli chcą pokoju i swobody.
— Oddać w cudze ręce ten kątek ziemi, ukochany, z tylą dla nich drogiemi pamiątkami, bardzoby było boleśnie... rozdzielić się z ludziskami do których są przywiązani, to trudno pomyślić.
— Mogłoby im też Porzecze zostać, rzekł Manusiewicz powoli... Zresztą, słuchajno Rotmistrzu, jeśli się chcą zaprządz do niewdzięcznej pracy i życie oddać dla zatrzymania przy sobie całej majętności, jeśli Michał zechce poszukać bogatego ożenienia i zaprzedać się za kilka kroć... jeśli się wyrzecze artystycznej swej żyłki, ekonomować postanowi i rachmistrzować, ha! ha! — któż wie, choć to niebezpieczny azard, ale za lat dwadzieścia wyrobić się mogą.
— E! to już djabła warto, zawołał rotmistrz, rada nie waszecina... co im potem! Byle im kątek został, a chleba kawałek spokojny, dzieci nie będą żądać więcej, Porzecze taki warte do dwóch kroć z towarzystwem.
— Tak, z remanentami zostanie im sto kilkadziesiąt tysięcy, odparł Manusiewicz, ale to nie dosyć wyrzec się kilku folwarków, trzeba będzie zmienić trochę za pański tryb życia, służbę zmniejszyć, na szlachecką zejść tradycję i wyrzec tego państwa, do którego może przywykli.
— Gdzie zaś! oburzył się stryj — a to chyba ich nie znasz — byleby mieli przytulisko dla siebie i kawałek chleba skromny, którymby się ze staremi przyjaciołmi podzielić mogli, nie będą płakać za pozorem dostatku i komedją bogactwa. To poczciwe dzieci!
— Ale jakże im to oznajmić żeby ich nie martwić? — rzekł Manusiewicz zamyślając się.
— Już ja ci się tego podejmę kiedy chcesz, odparł rotmistrz, głowy nie potracą jak Demborowie, którym ten ich proces o mało życia nie odebrał... bo ci słyszę powarjowali formalnie z samego strachu.
— Widzisz waćpan, rzekł Manusiewicz przechadzając się — jeśli chcą spokoju i swobody, mogą się dziś korzystnie wyprzedać, bo majątki dobrze stoją, a ziemia nie lada, kupcy się znajdą na folwarki pojedyńcze... Porzecze mogą sobie oczyścić, a jeśli im Bóg da czego się pracą dorobić, toć ziemi dosyć na świecie, nie przepadnie. Ale jak to im to powiedzieć?
— A cóż, otwarcie, mają wóz czy przewóz, niech wybierają co lepiej. Ja się o nich nie boję, więcej ma Bóg niż rozdał, choćby zresztą i na własną pracę zejść przyszło, młodym to nie tak straszno. Albo to i bogatsi od nich tego losu nie doświadczali?
— Ale ty im to sam jakoś powiesz rotmistrzu, odezwał się mecenas smutnie zwieszając głowę, bo to ja jestem gburzysko niezgrabne i delikatnie, a ostrożnie nie potrafię... a prosto z mostu, jakoś mi dziecisków żal...
— I, wstydź się stary, ściskając go zawołał rotmistrz — czy to już tak wielkie nieszczęście pozbyć się długów, choćby przyszło i trochę poły ponadrzynać? Spokój święty i czyste sumienie, dobrodziejstwo wielkie... dzieci poczciwe i rozumne... Już ja to na siebie biorę, — jutro po mszy świętej pójdziemy do pokoju Anusi, rozmówimy się i zobaczysz jak to pójdzie gładko.
Starzy pocałowali się raz jeszcze ze łzami w oczach i milcząc zamyśleni rozeszli.
Rotmistrz choć tak nadrabiał fantazją, ale kładąc się spać westchnął głęboko.
— Ot! żebym był jak ostatni głupiec, rzekł do siebie, nie stracił ojcowizny, jakby to było dobrze teraz im ją oddać! Masz stary za swoje! było grosza szanować... żeby drugim nie być ciężarem!!!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.