Choroby wieku/XXVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXVIII.

Powróćmy jeszcze na chwilę do Demborów. Niebezpieczeństwo może nie było jeszcze tak wielkie, jak przestrach, który je zolbrzymiał. Dla ludzi, którym nawet na myśl nie przyszło nigdy, by utracić mogli prawnie i uczciwie nabytą własność — groźba zmiany stanu zadała boleść niewypowiedzianą. Nigdy żadne z nich nie przypuściło na chwilę, by zamiast wzrostu przyjść mógł upadek, a na ten cios ani lekarstwa w duszy, ani nawet rezygnacji wydobyć z siebie nie mogli. Dembor osłupiał w pierwszej chwili, zdało mu się to snem jakimś przykrym i zmorą nieprawdopodobną. Wprawdzie obrachowawszy się widział, że w najgorszym razie cośby mu jeszcze zostać musiało, ale stosunkowo do znaczenia teraźniejszego, do potęgi jaką posiadał, ta resztka byłaby nieznaczącym, lichym skrawkiem, którym obdzielić się było trudno.
Tak wszystko w świecie jest warunkowem, co dla jednego stanowi niedościgniony ogrom, dla drugiego jest prawie niczem. Po zaspokojeniu pierwszych istotnych potrzeb, od dostatku do bogactwa nieskończony gościniec, którego nie widać celu. Im więcej się posiada, tem więcej pragnie. Sam człowiek potrzebuje mało, ale w miarę możności tworzy sobie potrzeby sztuczne i cele coraz nowe, by się rozpostarł z żądzą i zawsze miał czego pragnąć.
Jednym z tych celów jest pomnożenie bogactwa w widokach dobra kraju, a tem teraz wojują ci, którzy tchnąc egoizmem, przyznać się do niego nie chcą.
Nie przeczę, że dobry byt materjalny wywiera wpływ przeważny na ukształcenie moralne i wyrobienie się duchowe, ale cywilizacja teraźniejsza zaślepia nas, nie dając rozpoznać granicy, gdzie się kończy rozumna zapobiegliwość i postęp rozsądny, a poczyna szał handlarski, spekulacyjny i zupełne zmaterjalizowanie ludzkości. Stara Europa wyrobiła sobie całkiem fałszywą teorję, której słucha właśnie dla tego, że jest dogodną a fałszywą, że pochlebia wszystkiemu co wiedzie ją do zguby, najgorszym zachceniom, najpodlejszej chciwości. Cywilizacja dzisiejsza całkiem i wyłącznie materjalna, wartość człowieka mierzy jego praktycznością, wartość wynalazku zastosowaniem, i dla tego nie ma w łonie jej ani bohaterów i istotnie wielkich ludzi, ani wielkich prawd zasadniczych. Znajdzie się jakiś Cobden, zrobi się stearyna, wygotuje kauczuk, i wyrośnie Ludwik Napoleon, ale z tych zasad w jakich żyjemy, nie może powstać ani prorok, ani bohater, ani poeta wiekowy, ani Kolumb, coby miał widzenie nowego świata, ani żadna wielka prawda, któraby odrodziła ludzkość. Wszystko maluczkie i praktyczne jak my sami... kraj każdy przekonany, że byle dobry byt i bogactwo, na ich pognoju wyrośnie już samorodnie wszystko, czego więcej być może potrzeba — pilnuje tylko materjalnego postępu, ulepsza pługi, buduje fabryki, zapobiega materjalnej nędzy, a gotuje daleko straszniejszą duchową. W krajach, gdzie już ta cywilizacja stanęła na najwyższym szczeblu rozwinienia, widzimy jej owoce — w pośród kolei, fabryk, wśród nagromadzonych bogactw, ludność zbestwiona i wynędzniała, ogłupiona, bez kawałka chleba często, lub w dostatku a bez czucia i myśli, wystawia najstraszniejszy kontrast bogactwa materjalnego i nędzy moralnej, odrętwiałości i zestarzenia straszliwego. Nigdzie jeszcze równolegle postęp materjalny nie sprowadził za sobą rozwinienia i spotęgowania moralnego — chleb będzie, ale serc nie stanie.
Ludzie sumienniejsi poczęli się postrzegać zapóźno, i wielcy przedsiębiorcy zatroskali się już o szkółki, o książki, o wychowanie dzieci, ale i tu sfałszowane pojęcia poprowadziły drogą niewłaściwą. Wszędzie falanster i zepsuty klasztor bez wiary zastępuje rodzinę, wszędzie najemnik w imieniu społeczeństwa, staje na miejscu ojca, matki, płatna nauka ma starczyć za serdeczną, domową, a stowarzyszenie, które dało wielkie owoce w spekulacji, zastosowywa się i tu, jak do wszystkiego — ale tu już bezskutecznie. Formy są, ducha nie ma. Przypuściwszy nawet, że pilne staranie zaradzi moralnemu zepsuciu, jakie ten stan rzeczy w Europie wyrodzić musi — świat, który stworzy cywilizacja ta, będzieli światem wedle myśli Bożej, czy wedle idei ludzkiej??
Nie — jest kres, na którym się zatrzymać potrzeba, by ludzkości w stado wyrobników bezmyślne nie przerobić! Jeszcze dziś lud nasz nie zepsuty, bo nie zmaterjalizowany, śpiewający pieśń swoją odwieczną, patrzący z radością w słonko, trochę leniwy, ale umiejący kochać i płakać, lepszy jest od równej mu klasy w krajach, w których cywilizacja nas wyprzedziła.
Aby się o tem przekonać, dosyć jest wziąć nawet tablice statystyczne i najściślej obrachować stosunek ludności i występków, lub co lepiej, przejechać nasze kraje ubogie, potem pójść do najpostępowiej urządzonych, poszukać tam i tu serca, miłosierdzia, uczucia braterstwa, poezji nareszcie... zobaczymy gdzie więcej ich będzie.
A po owocach poznając, co ostatecznie daje za rezultat zbyt wyłączne zaprzątnienie się zdobywaniem bogactw — należałoby w porę się obejrzeć, dokąd kraj nasz pozorem postępu prowadzimy. Więcej serca a mniej agronomji, na Boga; teorje Bastiata, Liszta, nie zastąpią ewangelji... Chciałbym tylko żeby mnie dobrze zrozumiano; — powiecie: nic więc robić nie potrzeba, nic przedsiębrać, usiąść z założonemi rękami i zamrzeć w nędzy, płacząc nad rzekami Babylonu...? Nie! to druga zła ostateczność, to drugi kraniec, od którego uciekać potrzeba — ale pomiędzy niemi szerokie pole, na którem naszą drogę wyszukaćby należało. Nikt mi nie zaprzeczy, że narody jak indywidua nie wszystkie jednakie mają charaktery, posłannictwa i przeznaczenie; że najfałszywiejby poczynał, ktoby ludzi nie bacząc na ich usposobienia na jedno kopyto chciał przerabiać, a występnym by był, zamierzający toż samo uczynić z narodem. Przecież najpilniej nam naśladować tych, których charakter, losy i posłannictwo całe od naszych są różne. Może w widokach Opatrzności zachód ze swą cywilizacją materjalną jest potrzebnym przykładem, i gra rolę pijanego Iloty... za cóż my szaleć z nim mamy? za cóż ślad w ślad iść za nim? Jest wiele i u nas do uczynienia, ale na pierwszym celu chleba i dobrego bytu kłaść nie potrzeba, bo ten cel pierwszy stanie się wkrótce jedynym.
Mamy już przed oczyma kraje, w których pomimo kilku słów pięknych a szumnych, barwiących każdą czynność — wszystko co się czyni nie z wyższym celem jakim, ale w widokach tylko materjalnych zdobyczy się przedsiębierze... Cóż za tem? oto ostygnienie ducha, oto zamiast Bożej rozmaitości ludów, z których każdy powinien mieć swoją fizjognomię, rolę i cel odrębny, szczepi się kosmopolityzm chłodny i zobojętnienie za najważniejsze dla ludzkości zadania, a krzewi choroba Bursy i spekulacji. W Ameryce więcej dziś obchodzi wszystkich bawełna i cukier, niż rozszerzanie się głupiego Mormonizmu, a ci co dobijają się swobód własnych, nie dopuszczają emancypacji murzynów dla tego, że ich plantacje ucierpiałyby na niej. W Anglji pod pokrywką najważniejszych kwestji spółczesnych, los fabryk i handlu jest najgłówniejszym motorem wojny i pokoju. Nie ma idei wyższej, szlachetniejszej, wznioślejszej, któraby w tych ciasnych mózgach a ciaśniejszych jeszcze sercach handlarzy i spekulantów pomieścić się mogła. Dziś dobroczyńcą ludzkości zowie się maszynista, a wielkim bohaterem ten co most zbudował, po którym przewożą towary i bydło. Nieznacznie tak skutkiem tego zaprzątnienia materjalizmem, zeszliśmy, schodzimy na przekupniów, na handlarzy, a ten co zarobił najwięcej, co się zbogacił najprędzej, komu się ani razu nie ośliznęła noga, zyskuje w dodatku wieńce nieśmiertelności i imię bohatera.
Ostatnim wyrazem wieku staje się praktyczność, co się udało, co praktyczne, to dobre, co jest (po Heglowsku) jest rozumnie i dobrze... Esempre bene. Fakta stają się konieczne, a byle jaka konieczność moralną, siłą świętą, zdobycz prawną. Iść drogą legalną a praktyczną, oto cel jedyny człowieka postępowego.
Ten błąd u innych przegniłych narodów, ani zadziwia ni smuci — jest w nich skutkiem chorobliwego ich stanu przygotowanego wiekami — ale szczepić sobie zarazę dobrowolnie, uporczywie, ochotnie, z zapałem, jak my dzisiaj czynimy — to przynajmniej nierozumna i niepostępowa. Krzyczeliśmy dawniej na naśladownictwo w literaturze — ale czemże ono było w stosunku do tego małpiarstwa na tak potężną skalę! Tamto mogło za sobą pociągnąć tyko zepsucie smaku, to upadek moralny niepodźwigniony, przetworzenie nas na istoty bez charakteru, bez znaczenia. Zyszcze kraj na gospodarstwie i przemyśle, ale my dla tej odrobiny zarobku wyrzeczem się siebie, i za lat sto nikt nas od żydów, od niemców i od całej rzeszy handlarskiej kosmopolitów nie pozna.
Możnaby myśleć że się za tym właśnie uganiamy celem — i pragniem jeno tego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.