Choroby wieku/XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXV.

— Potrzeba pracować, oszczędzać, zbogacić się naprzód koniecznie... to obowiązek najpierwszy, to podstawa wszystkiego... mówił dalej — to zasada!
— Będziemy pracować jak potrafimy, rzekł Michał.
— A naprzód ład wprowadzić, dodał wuj — wasza najzacniejsza matka zbyt była dobra i nadto z niej ludzie korzystali, pełno tam u was przy dworze darmozjadów, rezydentów, gracjalistów, nadto dobroczynności podsycającej tylko próżniactwo.
Anna zarumieniła się.
— Ukochany wuju, nie mówmy o tem, żywo zawołała składając ręce jak do modlitwy, świętem to dla nas co zrobiła matka, a tę spuściznę po niej musimy zachować nietkniętą i wolę jej pośmiertną spełniać do ostatka... rychlej się wyrzeczem wszystkiego dla siebie, niż uszczuplim cokolwiek tym, których nam przekazała... choćby to nie wiem jak nas kosztować miało.
Dembor znowu ruszył lekko ramionami.
— Jeżeli się zechcecie w ten sposób ślepo przywiązać do wszystkiego co wam zostawiła matka, wszelka reforma stanie się niepodobieństwem, nie ma co i mówić o tem. I ja cenię i szanuję jej pamięć, ale to zakrawa na śmieszność i przykuwa nas do tego stanu w którym jesteście, z którego, powtarzam, bez radykalnych reform wyjść nie można...
— Na cóżbyśmy z niego tak gwałtownie wychodzić mieli? spytał Michał.
— Jakto? nie chciałbyś mieć więcej dla siebie i dla siostry?
— Nie wiem, odparł młody chłopiec — ja mało potrzebuję, Anna mniej jeszcze, a mienie to raczej ciężar niż przybytek...
— Osobliwsze teorje! czyste obłąkanie! rzekł uśmiechając się Dembor — wam się głowy pozawracały... w ten sposób nic do czynienia nie pozostaje.
Anna usiłując zbyt absolutne wyrzeczenie brata poprawić, dodała:
— Ale kochany wuju zrobimy co każesz... szanując tylko wolę matki...
— A gdyby się ona omyliła?
— To nawet matki omyłkę.
— Najlepsze serce! dorzucił wuj — ale ona jak wy, po staroświecku i uczuciem, nie rozsądkiem rozstrzygała wszystko. Można z najlepszemi chęciami iść drogą fałszywą, wiem że stan włościan w Porzeczu dosyć dobry, ale go okupujecie ciągłemi z waszej strony ofiarami niepotrzebnemi, oniby sobie wystarczyli sami, gdyby ich tylko dopilnować. Zresztą choć ze stratą jednorazową, lepiej oczynszować i oddzielić się od nich, ażeby wiedzieli co ich, co nasze i co nam są winni. Podsycacie próżniactwo, zachęcacie do gnuśności i nigdy nie jesteście pewni co macie.
Ani Anna ani Michał nie chcieli się już odzywać, Dembor mówił sam.
— Tracą na tem i oni i wy — potrzeba reformy, koniecznie potrzeba reformy. Dajcie mi w ręce Porzecze na lat kilkanaście, a obowiążę się spłacić długi i oddać wam je z podwojonemi intratami, uregulowane według pewnych zasad. Polecić to myślę Tymlowi, który zrobi z tego angielską, postępową, wzorową fermę, nie poznacie Porzecza.
— A! wuju, zawołała Anna, to dla nas pełne pamiątek miejsce; niechże Bóg broni!
Dembor obrócił się, popatrzał długo na nią, i bez oznaki wzruszenia i niecierpliwości, chłodno choć w nim czuć było tłumioną irytację, zakończył:
— Jak sobie chcecie, róbcie jak wam lepiej, nie śpieszcie się tylko z ostatniem słowem, bo byście mogli tego żałować... Potrzeba coś postanowić przecie i wziąć się do czegoś.
Michał podniósł głowę.
— Myślimy i chcemy pracować — ale, kochany wuju, nie niszcząc pamiątek po matce i nie zmieniając gwałtownie tego co uświęciły wieki. Polepszenia mogą przyjść powolnie, stopniowo, i wyniknąć z samej potrzeby, bez naśladowania obcych, które nas zniemczy, wynarodowi, zanglizuje, zetrze cechy słowiańskie i rodowe. Nasz kraj, jego przeszłość, urządzenie dzisiejsze, natura, charakter, wskażą możliwe udoskonalenia, kierunek ich i granice.
— Jak na artystę nie źle się wykręcasz — rzekł wuj zakładając wedle zwyczaju ręce na piersi z uśmiechem zawsze dosyć pogardliwym. Ale znane mi są te teorje odkładające wszystko na jutro... no! drugim razem pomówimy o tem obszerniej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.