Choroby wieku/XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXVI.

Tak się odbyło pierwsze spotkanie biednych sierot z naturalnym ich opiekunem, i oboje strach przejął w obec tej tak nieubłaganej konieczności robienia gwałtownie grosza, powiększania majątku, wywracania wszystkiego, w imie dobra ich i powszechnego. Przestraszeni wrócili wieczorem do swojego mieszkania i długo w noc dumali nad przyszłością. — Michał dojrzewał w tej pracy wewnętrznej, Anna nabierała sił dla niego, widząc jak go wiele życia zmiana kosztować będzie.
Niespodziany traf przyszedł w pomoc sierotom, właśnie w chwili, gdy nie wiedzieli już jak się bronić najlepszym chęciom najradykalniejszego z wujów. W kilka dni po ich przybyciu do Demborowa, gdy o Porzeczu i jego przyszłości najgoręcej rozprawiano, usiłując ich przekonać, że jeśli nie Tymlo, oni sami do góry nogami wszystko w niem przewrócić powinni — Dembor odebrał przerażającą wiadomość, że proces ów o którym wspomnieliśmy, lat kilkadziesiąt ciągnący się, który uważano za rzecz niezmiernie małej wagi, nabrał nagle grożącego znaczenia.
Dobra dziedziczne, a nawet nabyte przezeń później, pretensjami uroszczonemi zagrożone zostały, gdyż nieprawne a długoletnie posiadanie pierwszych którego dowodzono, pociągało za sobą kalkulację z dochodów, i niesłychane zrodzić mogło rachunki. Wypadek ten w chwili największego ubezpieczenia i spokoju spadł jak piorun na Demborów — posiadanie długie, samo przeciągnienie procesu jeszcze ojcowskiego, dawało jakąś pewność, nigdy na myśl nawet nie przyszło panu Janowi, żeby go kto wyzuć mógł i śmiał z majętności, z tak pracowicie urządzonej i silnie dźwigniętej fortuny, której się niemal dorobił, oczyszczając i podnosząc jej wartość.
Jakkolwiek mężny i pan siebie we wszystkiem, Dembor noc przebywszy bezsenną, wstał z łóżka po tej wiadomości zmieniony do niepoznania, zesłabły, zachwiany tak, a niemający się czego uchwycić, że kilku dni potrzebował żeby znów sobą owładnąć. Po całym domu przestrach się rozszedł i twarze wywróciły okropną, nieopisaną boleścią... zapomniano zupełnie o sierotach. Tymlo zaczął się zaraz wybierać do stolicy, Dembor po całych dniach pisał noty i szperał w papierach, sama pani grała komedję odwagi i rezygnacji z talentem panny Rachel, w duchu wierząc, że to strachy na Lachy dla utargowania czegoś, a mąż niebezpieczeństwo usunie — oczy panny Emilji zaszły mgłą jakiejś melancholji.
Dom ten przed kilką dniami tak chłodny, tak regularnym żyjący żywotem, wstrząsł się cały i osmutniał jakby nań spadła żałoba, jakby przeszła śmierć... Dzieciom z Porzecza nie wypadało w takiej chwili opuszczać wujostwa, ale na nie nikt nie zwracał uwagi, a serdeczne ich pociechy, czerpane w źródle z którego nigdy nikt pijać nie był zwykł, zdawały się niesmaczne i nudne. Michał i Anna uczuli to inaczej, ale nie mniej pewnie od tych, dla których groźba ubóstwa sama już tak była straszną; — pojęli sercem, że to co dla innych byłoby nieszczęściem dotkliwem, ale przemijającem i podrzędnem, dla ludzi którzy zbudowali całą swą przyszłość na dostatkach, nieopisaną, ostateczną stawało się klęską. — Nie było w sercach tej rodziny uczucia do któregoby mogła się uciec po ratunek, nie było schronienia przed burzą, ani środka do podźwignienia.
Ale w jaki sposób tak praktyczny i tak wyłącznie staraniu o pomnożenie majętności oddany człowiek mógł się narazić na całkowitą jej utratę? — tego nie pojmowali, ani Michał ani Anna zdać sobie sprawy nie umieli z nieopatrzności Dembora. Istotnie, winy w tem jego było najmniej — spadkiem po ojcu wziął proces i jego skutki pan Dembor — jestże co na świecie tak podległego rachubie niechybnej, tak stałego i pewnego, na czemby się oprzeć, czemuby całkowicie zaufać można? Jestże położenie któregoby jedno tchnienie woli Bożej zdruzgotać i w proch obrócić nie mogło? Jestże człowiek któryby zaufawszy w dostatkach Hioba, nie mógł się zbudzić w Hioba barłogu??
Dzieci pani Solskiej zapomniawszy z czem przybyły, o sobie i o własnem strapieniu, bolejąc nad cudzem, całe się oddały na posługę nieszczęśliwym krewnym, których przestrach upadku przeraził tak śmiertelnie...
Nic się jeszcze w ich położeniu nie zmieniło, nic im nie odebrano, nie wydarto ani cząsteczki tych skarbów, które dla każdego z członków rodziny innej a nie mniejszej jak u Dembora były wagi — a już cierpieli okrutnie — cóżby się stało z niemi, gdyby istotnie dotknęła ich nędza i los zepchnął na dno spółeczne, zkąd z takim trudem dobywać się przychodzi, gdzie życie tylko rezygnacja chrześcjańska osładza???
Tymlo trzeciego dnia po odebranej wiadomości wyjechał pocztą do stolicy dla pilnowania nieodstępnie tak nagle ważną stającej się sprawy, Dembor w drugą ruszył stronę, nawet pani sama swych literacko-społecznych stosunków chcąc użyć na korzyść interesu, wybierała się z córką do miasta, więc dzieci nasze musiały wreszcie uczuć, że tu były całkiem niepotrzebne, raczej zawadą niż pomocą.
Dembor na odjezdnem pozwolił im robić co chciały, żeby się od nich uwolnić, i własnem zaprzątnieniem wytłumaczył z tego, że się niemi zająć nie może. Nie nalegał więcej o reformy żadne, nie starał przekonywać o ich potrzebie, bolał już tylko nad sobą, i nie myślał na cudzą chorobę wynajdywać lekarstwa...
Jednego więc poranku Iwaś z wielką swoją radością zaprzęgał znowu gniadosze do starego powozu, Piotruś poprzywiązywał tłumoki, i dzieci powróciły do Porzecza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.