Dzieci pana majstra/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Dzieci pana majstra
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1937
Druk Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
JAK SIĘ ZACHOWALI W OGRODZIE WRÓŻKI
NIEPROSZENI GOŚCIE, I JAKA ICH
ZA TO SPOTKAŁA KARA.

Sad stał w myślach pogrążony,
strojny, bujny, rozłożysty,
kryjąc w liściach wyzłocony
owoc — wonny i soczysty.

Słońcu niosąc dziękczynienie,
sad zapada w słodką ciszę.
Trawę długie znaczą cienie,
żaden liść się nie kołysze.

Wtem coś kłębi się nad murem,
i w czarownej tej ustroni
coś zawrzasło takim chórem,
że mi jeszcze w uszach dzwoni.


Jakaż wrzasków tych przyczyna,
Każdy mi pytanie zada.
A to w ogród jak lawina
pana majstra banda wpada.

Poniedziałek na ich czele
po indyjsku jak nie świśnie,
jak nie huknie: — Na morele!
na brzoskwinie! hej, na wiśnie!

Za starszego brata śladem
już zgłodniałe basałyki
pędzą naprzód zwartem stadem,
zbrojne w kije i patyki.

W mig na grusze, na jabłonie
pnie się chciwych malców rzesza;
ten pień chwycił w obie dłonie,
ten się u gałęzi wiesza.

Sińce? Guzy? Bagatela,
Skoro owoc gradem leci
i kobiercem się rozściela
pod żarłocznym wzrokiem dzieci.


Toż to radość! To wesele!
Ten pod drzewem milczkiem kuca
w usta wielkie pcha morele
a pestkami w dzieci rzuca.

Tamci dwoje popod murem
winogrona szarpią wonne,
co się wiją długim sznurem
ciężkie, słodkie i bezbronne.

Czwartek pełen animuszu,
ten z łakomstwa zawsze słynie,
szuka ziarnek, niżej uszu
pogrążony w wielką dynię.

A najstarszy pan dobrodziej
taki rozmach w sobie czuje,
że, co tylko jest w ogrodzie,
zjada, łamie i tratuje.

Młodsi za nim drą się, piszczą,
choć wypchali już kieszenie,
jeszcze depcą, jeszcze niszczą,
jeszcze sieją spustoszenie.

W chwilkę później, nie do wiary,
co uczynił ich szał dziki;
jakby przeszły tu Tatary,
jakby przeszły rozbójniki.


Sad, co w skarbów swych ozdobie
stał pachnący, barwny, strojny,
teraz chylił się w żałobie,
jakby tknięty dłonią wojny.

Wszędzie szczerby, wszędzie rany:
tam prześwieca zdarta kora,
tu winograd podeptany,
tam się zwiesza gałąź chora.

W tem bezmyślnem spustoszeniu
tak się wszystko odmieniło,
że aż słońce w przerażeniu
chmurką sobie twarz zakryło.

A dzieciarnia objedzona,
ocierając czoła w pocie,
słodkim łupem objuczona,
myśli wreszcie o odwrocie.

Bo pan-brat im tak powiada:
— Gdy nas wróżka tu zastanie
to, choć sama się objada,
nam z pewnością sprawi lanie...


Uciec?... Hm, to sprawa łatwa,
droga przez mur przecież krótka,
lecz... tu na się spojrzy dziatwa —
gdzież podziała się Sobótka?!

Radzi zatem zespół cały,
aż tu... hukły gdzieś wystrzały.

(To dla Butki-bohaterki
zapalono fajerwerki.)

Wtorka lęk ogarnął srogi;
skoczył niby kamień z procy:
— Dzieci! prędko za pas nogi!
uciekajmy, co w nas mocy!

Lecz... czy naraz ich zaklęto?
coś ich chwyta w splot gałęzi,
coś ich siłą niepojętą
skuwa, szarpie, trzyma, więzi.

Przez sad w blasków aureoli
wróżka zbliża się powoli...

Idzie z twarzą oniemiałą,
łuna gniewu ją oblewa:
— Co się z moim sadem stało?
moje biedne, drogie drzewa!


Na te słowa nieszczęśliwy
sad rozjęczał się boleśnie:
płaczą grusze, płaczą śliwy
i jabłonki, i czereśnie.

Aż wisienka smukła, tkliwa,
umęczoną główkę kłoni
i cichutko się odzywa:
— To sprawili, wróżko, oni!

Zaczem piękna Cud-królewna
twarz obraca pałającą
i spostrzega groźna, gniewna,
winowajców bandę drżącą.

— Nigdyż dla mnie przez minutę
gwiazda szczęścia nie zaświeci?
Życie będzie zawsze strute
przez swawolę chciwych dzieci?

I znów sad mój ukochany
będzie chory i kaleki,
niezgojone zawsze rany
krwawić będą całe wieki!


Ach, zgrzeszyliście nad miarę,
lecz wam znaną jest nauka:
— Kto przewini, weźmie karę,
znajdzie guza, kto go szuka!

Tu z pierścieniem wzniosła rękę:
— Za nikczemny wasz uczynek,
za drzew biednych srogą mękę
zmieniam was w gromadę świnek!

Patrzą dzieci w osłupieniu,
strach ubielił im twarzyczki.
Już z ich nóżek w okamgnieniu
świńskie robią się raciczki.

Gdzie ich ręce? gdzie ich szyje?
próżno łkają z głębi duszy:
zamiast nosów mają ryje,
z boków brzydkie kłapią uszy.

A przez dziury hajdawerków
głupio, śmiesznie i szyderczo,
pozwijane w kształt świderków,
ogoneczki świńskie sterczą.


Wróżka ku nim ręką skinie:
— Gdy sumienie się w was wzbudzi,
to i kary czar przeminie...
Idźcie teraz precz — do ludzi!


Zrozpaczone strasznym losem,
chcą dziateczki dobyć krzyku
i wraz jękły świńskim głosem:
— Krum, krum, kwiku! kwiku! kwiku!

Ledwie rozległ się w przestrzeni
przeraźliwy kwik prosiątek,
ktoś z pomiędzy traw zieleni
w sadu wtacza się zakątek.

To prześlicznie ustrojona,
krągła, biała i tłuściutka,
rojem duszków otoczona,
co tchu pędzi — mała Butka.

Już przebiegła sad dziewczyna
i złoconą pędzi dróżką,
krzycząc: — Gdzieś tu kwicy świnka,
pokaz świnkę Butce, wlózko!

Usłyszawszy głos siostrzyczki,
już prosiątka całą zgrają
ryjki, uszy i raciczki
ku malutkiej wyciągają.


Butka wlepia w nie oczęta,
z rozdziawioną patrzy buźką —
aż zakrzyknie: — Te plosięta,
to siom nase dzieci, wlózko!

O, tu Cwaltek jest bęcwałek,
a tu Śloda jest milutka,
a tu duzy Poniedziałek!
Wsystkich, wsystkich ma Sobótka!

I przed wróżką przerażoną
już w ramionka świnki chwyta,
a prosiątek śmieszne grono
z kwikiem, piskiem Butkę wita.

Taka radość niepojęta
rozjaśniła malców twarze,
że już żadne nie pamięta
o przewinie i o karze.

A maleńka im szczebiota,
jak to była w ślicznej sali,
jak tam wszystko jest ze złota,
jak pierogów Butce dali...


— I jest taki tlon z kolalu,
i mak łysy był na gzędzie,
i ja byłam tam na balu,
i znów Butka tańczyć będzie!

I mnie wlózka tak chwaliła
psed wsystkiemi stlasydłami,
zem nic w sadzie nie lusyła! —
kończy, płaszcząc rączętami.

Ledwie słowa te wyrzekła,
lament wkoło się podnosi;
dzieciom struga łez pociekła,
i różowe pyszczki rosi.

(Tak łakomstwo swoje, zda się,
opłakują poniewczasie).

I tak wszystkie kwiczą rzewnie,
że to Butkę niepokoi —
więc się zwraca ku królewnie,
co milcząca przy niej stoi.


— Wlózko, powiedz mi w tej chwili,
cego oni wsystkie placą?
cego ryjki w łapki skryli
i na Butkę się nie patsą?

Na to wróżka smutna, blada,
na jej główce rękę kładzie
i ze smutkiem opowiada,
co robiły dzieci w sadzie.

— Kres położyć chcąc swawoli,
zamieniłam je w prosięta,
lecz jeżeli cię to boli,
to twa wola dla mnie święta.

Tyś, Sobótko, dziś królową,
pierścień w twoje ręce zdaję,
rzeknij tylko jedno słowo,
a co rzekniesz, niech się staje

Tu na pulchną Butki rączkę
nałożyła swą obrączkę.


Patrzą świnki w Butkę chciwie,
ich zbawienie jest w jej ręku,
więc krumkają niecierpliwie,
ryjkiem kręcąc, pełne lęku.

Z mowy wróżki Butka mała
tyle tylko zrozumiała,
że na każde jej żądanie,
co zapragnie, to się stanie.

Popatrzyła na świneczki —
ach, jak one kwiczą ślicznie,
jakie mają ogoneczki
i jak krzywią się komicznie!

I wraz cienkim głoskiem dzwoni,
z roześmianą krzycząc minką:
— Chciem być taka jak i oni,
Butka chcie być takze świnką!

Ledwie kończy tę myśl pustą,
już się zmienia w świnkę szóstą.


Próżno wróżka zrozpaczona
ręce wzniosła w jej obronie.
Butka w prosię zamieniona
z kwikiem skacze już koło niej.


Bladość wróżki twarz okryła,
bo uczuła z nagłem drżeniem,
że cudowna czarów siła
opuściła ją z pierścieniem.

Co to będzie?! Wielki Boże!
Wszak maleństwo to niewinne
tysiąc nieszczęść ściągnąć może
przez zachcenia swe dziecinne.

Cud-królewna płaczu bliska
na pierścionek z trwogą patrzy
i w ramionach Butkę ściska,
coś jej szepce, coś tłumaczy,

i namówić chce koniecznie,
by wracała z nią do sali,
bo tam będzie jej bezpiecznie
wśród marmurów i korali.

Wreszcie zbladłe chyląc lica,
o pierścionek szeptem prosi
ale mała swawolnica
tylko śmiechem się zanosi.


Obejrzała się ku bramie
i raciczką dzieci trąca:
— Butka chce to zanieść mamie.
Chodźcie, bo już Butka śpiąca.

— „Kwik!“ — zawrzasły wraz wisusy,
banda o nic się nie pyta,
w ogród żwawe daje susy
i do domu rwie z kopyta!

Zrozumiawszy, co się święci,
— „Kra! kra!“ — pisły dwa gawronki
i za Butką bez pamięci
gnają, wznosząc swe ogonki.

Nim się wróżka obejrzała,
nim pojęła, co się stało,
już z pierścionkiem Butka mała
znikła w bramie z bandą całą.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.