Dziennik Serafiny/Dnia 1. Kwietnia

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziennik Serafiny
Rozdział Dnia 1. Kwietnia
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wyd. 1876
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Dnia 1. Kwietnia.

Dziennika pisać nie było sposobu... Wyrzucałam sobie tę niestałość, ale to Pilska, to Mama, to ktoś, to coś przeszkadzało, a nie chciałam żeby mi zaglądano...
Wszystko poszło po mojej woli. We dwa dni po bytności Wujcia stanęło na tem, że mnie Mama od Fellerowej odbierze, nie obrażając jej, pod pozorem rady doktora, który życzy dla moich słabych piersi wiejskie powietrze. — Z moich reńskich kupiłam prezenta dla niej i dla nieznośnego tego czupiradła, Ropeckiej — aby złe humory jakoś złagodzić. Krzywiono się, dąsano, Mama była niewzruszoną...
Niezmiernie zręcznie jeszcze zużytkowała to względem Wujcia, donosząc mu, że poszła za jego radą i że mnie na wieś zabiera!...
Rozstanie z Józią, było zimne, chociaż czyniłam com mogła, aby się nie dąsała na mnie... Zazdroszczą mi wszystkie...
Poobiedzie w wigilję wyjazdu — spędziłam całe z niemi.
— A zatem — odezwała się Pepi, baronówna, i panna Serafina występuje na świat... No... to dopiero pocznie chłopców bałamucić! i kochać się na zabój! to będą romanse i listy...
— Mogę zaręczyć — odpowiedziałam urażona, że już te dziecinne złudzenia przeżyłam wszystkie... Zapewne, kochać się we mnie nikomu zabronić nie mogę... może mnie to bawić... ale o serce i głowę, jestem spokojną...
Plotłyśmy tak i śmiały się do późna... i miałam zręczność im dowieść, że ja już lepiej od nich pojmuję życie i obowiązki... Wiem, że potrzeba wyjść za mąż... nie dla jakiegoś tam szczęścia, jedwabiami haftowanego na atłasie (wyrażenie Mamy) — ale aby grać rolę ma świecie i mieć pozycję niezależną... Wiem... ale tego jeszcze nie napiszę... chociaż wiem...
Ostatnich dni Marca wyruszyłyśmy, po najokropniejszej drodze do Sulimowa... Mama obawia się podróży, koni, karczem... ja wszystkie niewygody zniosłam zajęta myślą mojej przyszłości... W drodze ja tylko byłam wesołą, Pilska dostała fluksji. Mamci było smutno po miłem towarzystwie, które opuściła... Szczęście, że Baron Herman, opiekun Mamy, wyjechał na jej spotkanie... i rozerwał ją trochę...
Dawnom go nie widziała — postarzał się, wyłysiał... opuścił się nieco, ale zawsze bardzo piękny jeszcze mężczyzna i taki — dystyngwowany! Mama jest z nim jak z bratem... on dla niej najposłuszniejszym sługą... Herman znalazł mnie (słyszałam gdy mówił Mamie, nazywa ją po imieniu Georginą...) niezmiernie rozwiniętą, piękną i uroczą...
Nie powiem, żeby mi to nie uczyniło przyjemności... bo Herman to wyrocznia. Ciągle mi się przypatrywał zdaleka i zupełnie teraz innym był dla mnie, bo dawniej obchodził się ze mną jak z dzieckiem... Teraz aux petits soins. Mamcia mówi, że mnie psuje...
Jest mowa o wzięciu Angielki do mnie, którą Księżna zaleciła... Wprawdzie jej nie zna, wie tylko że jest katoliczką, i że pochodzi ze znacznego, zubożałego domu... Zowie się Miss Jenny Bomburry... Powodzenie trochę mnie uzuchwaliło — i myślę sobie... myślę sobie... jak mi się Miss Jenny bardzo niepodoba... no-to ją z pomocą Pilskiej i własnego trochę rozumku, wygryźć potrafię.
Baron Herman, który pada przedemną, i który się nie kryje, że mnie wielbi, pomoże mi także u Mamy, bylem tylko pisnęła słówko... Mam już moich sprzymierzeńców...
Codzień bardziej przekonywam się, że z Pilską dać sobie rady także potrafię, bo mi się wygadała, iż w przyszłości rachuje na mnie. Biedna! na własne wdzięki wcale już liczyć nie może... Uważałam, że bardzo mnie sobie jednać stara, a ja chcę być dla niej niezmiernie czułą.
Od niej się też wiele, wiele nauczyć można... paplać lubi... choć ciągle powtarza, że nie czas jest, abym o tem lub owem wiedziała... tak jakoś w porę zamyka usta, że zawsze ostatek odgadnąć mogę...
Sulimów, choć ta młoda wiosna bardzo brzydka, wydał mi się ładny... Pałac, ogród, wszystko u Mamy nadzwyczaj eleganckie i pańskie... choć ciągle słyszę narzekanie na interesa, i Mama się wygadała przy kuzynku Baronie, że gdyby nie on... nigdy by się na właściwem stanowisku utrzymać nie mogła...
Ja Barona bardzo, bardzo lubię... dla Mamy czuły, do mnie bałwochwalczo przywiązany, i człowiek wyższych pojęć. Słysząc go, gdy mówi o świecie, o ludziach... z Mamą... roskosz prawdziwa... rozum w każdem słowie, trafność, dowcip i taki ton doskonały...
Mama daje mi wiele swobody, co i jej też się wypłaca tem, że ona może swój dzień rozporządzić, jak się jej podoba... Objęłam mój apartament z oknem na ogród. Obok pokój bardzo wygodny ma mieć Miss Jenny, przyszła moja guwernantka... ale ja jej nazywać tym tytułem nie myślę. Zapowiedziałam to Mamie i zgodziła się, że ma być dame de compagnie, i nie powinna mną ani do zbytku dyrygować, ani obciążać nauką.
Będę czytała dużo... książki uczą i bawią. Mamy śliczną bibliotekę, francuzką i angielską... do której przystępu nikt mi nie broni... Nie potrzebuję nic więcej. Miss będzie do języka... a że po angielsku umieć potrzeba, bo to należy do dystyngwowanego wychowania... zniosę tę Angielkę. Teraz dopóki ona nie przybędzie, Mama zajęta albo tam o tych nieszczęśliwych interesach z baronem Hermanem po całych dniach szepce, siedząc w gabinecie... ja czytam, albo idę do Pilskiej.
Nie wiem, czy ona mnie bada... ale czasem pocznie coś mówić... coś bardzo, bardzo ciekawego i swemi buremi, kociemi oczyma wpatrzy się we mnie, jakby mi co z duszy dobyć chciała... Ja tego nie lubię... Zaraz jej dałam do zrozumienia, że dzieckiem nie jestem żadnem, i że nie potrzebuje nic taić przedemną... boć przecie na pensji nas tyle było i każda coś z domu przyniosła... to się dużo nauczyło... Zaczęła się śmiać, uściskała mnie i jesteśmy teraz bardzo poufale i serdecznie. Chciwa jest i skąpa; zmiarkowawszy to, ujmuję ją podarunkami, Mama nigdy nie pyta, gdzie się co podziało... a ona lubi prezenciki...
Z Mamą jednego dnia jest serdecznie, to znowu się na nią dąsa, koniec końcem jednak, obie bez siebie żyć nie mogą. O Angielkę ułożyłam się z nią zawcześnie, iż jeżeli nam będzie zawadzała, to się jej pozbędziemy. Dała mi na to słowo.
Baron, który zawsze dla tych interesów Mamy, ciągle u nas przesiaduje i ma nawet gościnne pokoje w pałacu... wczoraj ze mną wieczorem chodził długo i rozmawiał. Zdaje się, że musiał być ze mnie zadowolonym... Zagadnęłam i jego o Angielkę... jest tego zdania, że języka się koniecznie nauczyć potrzeba, choćby się przyszło trochę pomęczyć i ponudzić.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.