Dziennik wygnańca/12-ty dzień po nowiu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dziennik wygnańca
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom XIII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały dziennik
Pobierz jako: Pobierz Cały dziennik jako ePub Pobierz Cały dziennik jako PDF Pobierz Cały dziennik jako MOBI
Indeks stron

12-ty dzień po nowiu.

Miną lata, wiele ich pewnie minie, nim kto znajdzie to pismo, które starać się będę od zepsucia ochronić. Chcę mieć nadzieję, że los dozwoli, aby to był człowiek z ludzką duszą; proszę go więc, aby wypełnił moją ostatnią wolę, czyli raczéj prośbę, którą w kilku językach późniéj napiszę i przy tym dzienniku na osobnéj karteczce zostawię. Prosto mojéj chaty, na północ, za pierwszym pagórkiem jest cmentarz. Nie dochodząc do kamiennego środkowego krzyża na kroków dwadzieścia trzy, leży bryła granitu tarniem zakryta — tam prosiłem i jeszcze prosić będę, aby mnie pochowano — dlaczegóżby mi tego mieli odmówić? zrozumiano moją prośbę. Ztamtąd więc ty, który to czytasz, każesz dobyć kości moje, spalić, a popiół weźmiesz i złożysz na mojéj rodzinnéj ziemi.
Gdzie łańcuch gór od południa, na wschód rozległe płaszczyzny, gdzie wierzba przy drodze rośnie, gdzie chaty nędzne a ludzie gościnni, gdzie przez bory wśród nocy bezbronny idzie bezpiecznie, tam ojczyzna moja, tam złożysz popiół kości moich, o to cię proszę. Lecz gdyby cię droga wiodła w kraj daléj, gdybyś je aż tam zawiózł, gdzie grób ojca i matki, ach! wtenczas spełniłbyś największe życzenia umierającego. Jeżeli wyjeżdżając z lasu ujrzysz przed sobą kościół z wieżą, przy nich świerk stary, tam moi rodzice spoczywają. Jeżeli ujrzysz na lewo nad rzeką domek jak obsadzony kwiatami, bielący się wśród topól, tam moja żona, tam byłem szczęśliwy. Przed domem na murawie rozłożysta lipa, przy niéj bawiały się dzieci; może też i zobaczysz chłopczyka pięcioletniego... jasne włoski kręcąc się spadają mu na barki, brew ma ciemną, oko czarne; to mój Karol. Dziewczynkę... trzy lata jéj było, jak ją odjechałem, teraz nie wiem... dziewczynkę z ciemnym włosem, z ciemnem okiem, z uśmiechem aniołka, to moja Emilka. Może z niemi będzie Marya! Marya moja! jéj powiesz, co przynosisz, bo matkę jeszcze mają. Ach! Bóg nie zostawiłby ich zupełnie sierotami. Bez zmysłów była gdym odjeżdżał... ale przyszła do siebie, pewnie przyszła. Wiele, wiele płakała... ach, tak byłem kochany!... ale spojrzała na dzieci... dla nich żyć trzeba. Droga Maryo! biedna Maryo! jak ciebie raziła tych dzieci wesołość, które spytawszy się gdzie tato? kiedy przyjdzie? wróciły do swoich zabaw, nie wiedząc niestety, że na zawsze straciły przewodnika, przyjaciela, opiekuna. I tobie, biedna Maryo, kto w drodze życia towarzyszyć będzie? przy czyjem sercu teraz spoczniesz? kto pojmie, kto zrozumie twoją kochającą duszę? Sama zostałaś, dzieci jeszcze za małe, wdową zostałaś — grób męża zamknięty, ale serce jeszcze bije gorąco, bije dla ciebie i dla...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.