<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Guwernantka z Czortowa
Podtytuł Nowella
Pochodzenie „Kuryer Codzienny“, 1879, nr 191-196, 198-200, 202, 204-205
Redaktor Józef Hiż
Wydawca Karol Kucz
Data wyd. 1879
Druk Drukarnia Kuryera Codziennego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Sowie oczy i jastrzębi nos madame de Cornichon, nie utraciły ani trochę wdzięku — z tuszy nie ubyło ani jednego łuta wagi.
Szanowna dama jak zwykle prowadziła swój proceder, ciesząc się zaufaniem licznych klijentów i klijentek.
Ozdobiła swój apartament, sprawiła zielonym aksamitem obite meble, konsole, dywany i lustra.
Siedząc na zielonéj kanapie, wyglądała jak ugotowany rak w pietruszce. Przechylała głowę w tył i patrzyła w lustro, jakby to lustro mogło jéj co innego powiedzieć, prócz... impertynencyi.
Rozszerzyła też działalność swą o tyle, że swój, jak mówiła, krwawo zapracowany fundusik, wypożyczała na umiarkowany procencik, nie żądając innéj ewikcyi, prócz słowa honoru i jakiego złotego lub srebrnego fanciku.
Świat rzadko kiedy poznaje się na prawdziwéj zasłudze, to też i o pani Cornichon rozpuszczano złośliwe plotki, w których naturalnie nie było odrobiny prawdy.
Skutkiem tych plotek, matki przychodziły do kantoru coraz rzadziéj z żądaniem przewodniczek dla dzieci, ale za to można było tam spotkać bardzo eleganckich panów, którzy wchodzili do salonu z cygarami w ustach i zacną osobę nazywali bez ceremonii „mamą Cornichon”.
Mama Cornichon była jedyną znajomą Mani w dużem mieście. Od niéj otrzymała miejsce w Czortowie, do niéj też udała się i teraz, żądając wyszukania nowego obowiązku; ale tu spotkał ją zawód.
Miejsc wakujących nie było, nauczycielek nikt jakoś nie żądał — natomiast mama Cornichon zaczęła do niéj przemawiać w sposób bardzo dwuznaczny.
Usiłowała jéj wytłómaczyć, że są młode osoby, które przez zbyt wyidealizowane pojęcia zawiązują sobie los i skazują się na dobrowolną nędzę — że należy się pozbyć pewnych uprzedzeń i zapatrywać się na życie ze strony praktycznéj.
Na poparcie swoich teoryj, przytoczyła jako przykład życie własne; ostatecznie przecież nie zabiła nikogo, nie okradła, a jednak doszła do czegoś i zamierza kupić sobie dom na Lesznie.
Dowodzenie to wywarło ten skutek — że Mania trzasnęła drzwiami i wyszła, pozostawiając mamę Cornichon w najwyższym stopniu oburzoną na niewdzięczność ludzką.
Zaperzona francuzka chodziła długo po salonie, nie mogąc się wydziwić, że jest ktoś, co własną ręką odpycha szczęście i szuka gorzkiego chleba w pracy.
Nazywała Manię gęsią, dziką, parafialną gęsią, upartą, ograniczoną i głupią.
Spodziewała się, że czas i okoliczności dokonają téj zmiany, któréj wymowa jéj dokonać nie potrafiła i że niewdzięczne dziecko wróci pod opiekuńcze skrzydła dobréj mamy.
Ale nie doczekała tego, ponieważ umarła na apopleksyę po wypiciu kilku szklanek pończu, który passyami lubiła...
Przyjechał też niebawem jakiś młody Korniszonek, zlikwidował interesa, zabrał pieniądze i tym sposobem zwiniętą została tak pożyteczna i zacna instytucya, jak kantor nieboszczki mamy Cornichon...
Mania znalazła sobie mieszkanie przy jakiejś uczciwéj familii, wysoko, na trzeciem piętrze i dostawszy kilka lekcyj na mieście, pracowała na kawałek chleba ciężko.
Piękność jéj zniknęła, twarz zmieniła się i zapadła, tylko oczy pozostały zawsze piękne, jasne, uczciwe.
Stargała zdrowie, czuła jak jakiś ogień wewnętrzny nurtuje w jéj piersiach i pali, ale nie ustawała pracować, nie zastanawiając się nad tem, co będzie gdy zupełnie siły straci?
Nikt nie słyszał żeby się na swój los użalała, owszem, niekiedy nawet widywałem na jéj ustach uśmiech, ten charakterystyczny uśmiech dusz prawdziwie zbolałych, niemający nic wspólnego z wesołością.
Tak uśmiechają się niekiedy umierający, tak i ci, którzy się zrzekli wszelkich nadziei.
Późniéj jeszcze, ktoś ze znajomych opowiadał, że panna Marya została siostrą Maryą i przywdziała szary strój szarytki.
Miała więc tę pociechę, że się zemściła nad światem, bo świat dał jéj sieroctwo, niedolę, pana Leona, mamę Cornichon, a ona przyniosła światu ostatek smutnego życia, służąc i pielęgnując dzieci bez nazwiska.
Pozostaje nam jeszcze powiedziéć słów kilka o pani Helenie.
Jeszcze przez lat parę o ściany błękitnego pokoiku obijały się jéj westchnienia i jęki duszy niepoznanéj, zagrzebanéj w ciszy i głuszy wiejskiéj.
Jeszcze wychodziła na most wyglądać czy nie nadjeżdża jaki rycerz błędny, na wspaniałym rumaku, ale przekonała się nareszcie, że Podlasie obfituje w ogórki tylko i że trudno na niem znaleźć urzeczywistnienie wymarzonych ideałów.
Pogodziła się z losem i dała za wygranę francuzkim romansom.
Przekonała się także, że p. Kalasanty, jakkolwiek pali fajkę i klnie, jest jednak dobrym mężem i uczciwym człowiekiem; oraz dziękowała Bogu codziennie, że jéj marzenia i myśli nie przekroczyły nigdy granicy, która oddziela sny od rzeczywistości....
Wielka to zaiste cnota, być cnotliwą.... na puszczy.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.