Hordubal/Księga pierwsza/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Hordubal
Wydawca "Wiedza" Spółdzielnia Wydawnicza
Data wyd. 1948
Druk "Wiedza" Spółdzielnia Wydawnicza, Wrocław
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Paweł Hulka-Laskowski
Tytuł orygin. Hordubal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XII

Gdzieżby mógł być? Wlazł za stodołę i rozmyśla. Na przykład myśli tak: dajmy na to, że jestem stary. Ale bardzo proszę, co to znowu takiego? Żyjesz z dnia na dzień, dziś tak samo jak wczoraj i nagle — stary! Jakby na ciebie czary rzucono. Już nie schwytasz spłoszonego konia za grzywę, nie pobijesz się w karczmie. Zamiast chwytać konia, podnosisz — dziecko. Być może, że dawniej byłbym chwytał konia. I żebyś wiedziała, kiedyś pobiłem się nawet w karczmie, chwalebnie się pobiłem z Geryczem. Zapytaj Wasyla, Polano. I nagle — stary! Polana nie jest stara.
Ale niechby sobie był i stary. Dobrze i dziecko podnieść. Ech, Polano, mógłbym ci pokazać, na ten przykład, jaki ze mnie gazda. Mogłabyś sobie żyć jak szlachcianka, dziewki posyłać do roboty i tylko rozkazywać. Hej, Maryka, kurom ziarno syp, a żwawo! Aksenia, daj krowom wody! Prawda, że mi skradli trzy tysiące dolarów, ale mam jeszcze siedem set, można by zacząć to i owo. Tak, duszko, nie na próżno byłem w Ameryce. Młody, niemłody, przynajmniej poznałem, jak tam jest na świecie. A tu raptem gadają, że nie opłaca się hodowla krów. Głupstwo! Trzeba umieć je sprzedać. W Ameryce, dajmy na to, chłop nie czeka, aż przyjdzie do niego rzeźnik, ale sam jedzie do miasta i zawiera umowę: tyle a tyle sztuk rocznie, tyle a tyle miar mleka dziennie, all right. Tak się to robi. Czemu by tego nie można było robić i tutaj? Kupić wózek i konika — sprzedaj swoje konie, Polano, ja chcę konika, z którym można porozmawiać i którym można jeździć do miasta. No, Amerykanin, zna się na rzeczy, nie na próżno był w świecie. Do domu wozi pieniędzy pełen trzos. Przyjdą potem sąsiedzi: czy nie mógłbyś, Juraju, sprzedać w mieście parę gęsi? Czemu nie, lecz nie tak, żeby z gąską pod pachą szukać kupca. Ale pięćdziesiąt czy sto gęsi tygodniowo — mieć takie gospody i hajda z towarem do miasta! Tak się, sąsiedzi, robi business. Albo drzewo opałowe — pięćdziesiąt wozów drzewa! Kartofle — wagonami. Patrzcie no, ten Hordubal, jakich rozumów nazwoził sobie z Ameryki! I ty sama, Polano, powiesz jeszcze, że Juraj jest mądry i że żaden młodzik nie byłby żwawszy od niego. Hej, Maryka, Aksenia, zzujcie buty gaździe, bo wrócił z targu. A co ty robiłaś, duszko, przez cały boży dzień? Gospodarki ci doglądałam, z czeladzią się kłóciłam, a potem, no tak, Juraju, czekałam na ciebie.
Hordubal siedzi na jakimś pniaku i mruga. Spróbować by można, czemu nie? Chłop jest młody, dopóki coś przedsiębierze. Nie to, to co innego. Choćby na przykład, kupić skałę pod Menczulem, kamień tam jest jak marmur, i wozić takie bloki do miasta. Bo czyż mają na równinie jaki kamień? Tylko błoto i kurz, nawet niebo jest tam zakurzone. Sam mógłbym łamać kamień. Małoż się go nałamałem w Ameryce? I z dynamitem, bratku, potrafię się obchodzić. Wykujesz dziurę, założysz ładunek — wszyscy uciekać — i bum! Oto, Polano, taka jest robota dla chłopa. W porównaniu z tym łapanie ogierka to głupstwo. Trzymasz w ręku czerwoną chorągiew i krzyczysz: baczność, wybuch! Wspaniałe będą wybuchy, a ty, drugi, uganiaj się po wsi za koniem.
I wiele innych rzeczy znalazłoby się jeszcze. Cóż wy macie na równinie? Nic, równinę i tyle. Ale tu, koło Kisłej Wody, jest tyle żelaza, że i woda jest rdzawa od niego. Pod Tatarką jest jakiś kamień błyszczący, czarny jak smoła. Mawiają kobiety, że w górach są skarby. Przewąchać te szczyty, aż za Durny, za Czorny wierch, za Tatyńską, za Tupą — któż wie, co dałoby się znaleźć. A, bratku, dzisiaj szuka się i pod ziemią. W domu nic, ani słowa. A potem którego dnia: jutro, Polano, jadę do Pragi, z panami o czymś pogadać — i dość. A tu raptem zjeżdżają panowie i prosto do Hordubalów. Dzień dobry i czy pan Hordubal w domu? I od razu, panie Hordubal, tak i, panie Hordubal, owak. Znalazł pan taki minerał, jakiego już od lat pięćdziesięciu szukamy. — No, czemu by nie mogło być i tak? Mówisz, że pole jest pełne kamieni, a czy wiesz, z czego ten kamień jest? Nie wiesz, to nie gadaj!
Hordubal zawstydził się troszkę. Może to jest głupie, no tak, ale kamień pod Menczulem to nie żadne głupstwo. Na to trzeba by mieć woły, parę, dwie pary wołów, przypuśćmy takich podolskich, szarych, z rogami jak rozwarte ramiona. Hej, co by to były za zwierzęta! I dalejże z ładunkiem kamienia na równinę! Heta, wołki, wje! Ruszaj, stary, od się! A ty, ze swoimi konikami, na bok przed wołami, aż za rów! A czyje to woły? Hordubala. Nikt w całej okolicy nie ma takich zwierząt.
Z zanadrza wyjmuje Hordubal woreczek i przelicza pieniądze. Siedemset dolarów, to przeszło dwadzieścia tysięcy. Ładne pieniądze, Polano! Z takimi pieniędzmi można rozpoczynać nowe życie. No, sama jeszcze zobaczysz, co za chłop z tego Juraja. Rozum to także siła. Dobrze płacą za konia, co łeb zadziera do góry, ale spojrzyj na takiego wołka: kiwa łbem, nosi jarzmo na karku, ale roboty zrobi więcej.
Juraj kiwa głową i wlecze się na podwórko. Na podwórku Polana łuszczy groszek. Tylko brwi podnosi do góry, zgarnia z fartucha puste strączyny i wchodzi do izby.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Paweł Hulka-Laskowski.