Hrabia Monte Christo/Część X/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Hrabia Monte Christo
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Comte de Monte-Cristo
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część X
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
WALENTYNA.

Czytelnicy nasi domyślili się zapewne, dokąd to Morrel spieszył się tak bardzo.
Noirtier i Walentyna zezwolili, by ich odwiedzał dwa razy w tygodniu, i nic chyba, prócz jednej śmierci, nie mogłoby go zmusić, by nie skorzystał z tego prawa. — Wolno mu było przychodzić o jednej i tej samej zawsze godzinie, o dziesiątej rano mianowicie; czyż dziwić mu się więc można, iż się spieszył?
Gdy wszedł, Walentyna już czekała na niego. Niespokojna i pomieszana zaprowadziła go do starca. Zaś niepokój ten pochodził z tej przyczyny, iż awantura Morcefa narobiła w mieście całem dużego hałasu. I w domu pana de Villeforta, jak wszędzie zresztą, nie wątpiono, że następstwem tak gorszącego zajścia musiał być pojedynek. Walentyna odgadła natychmiast intuicją kochającej kobiety, że jej Maksymiljan, nikt inny, będzie świadkiem hrabiego; znając zaś odwagę swego kochanka i jego głęboką przyjaźń dla hrabiego, lękała się, czy porywczy młodzieniec będzie miał dość umiarkowania, ażeby poprzestać na roli biernego świadka.
To też, gdy tylko Morrel ukazał się w pokoju Noirtiera, natychmiast zasypany został gradem zapytań, dotyczących przebiegu walki. Wiadomość, że Albert przeprosił hrabiego, zdziwiła ogromnie nietylko Noirtiera, ale nawet i Walentynę, lecz ostatecznie ta wyraziła radość, iż skończyło się wszystko bez rozlewu krwi.
— A teraz — powiedziała panna de Villefort, gdy skończono mówić o powyższem zajściu, i, wskazując, by Morrel usiadł obok starca, siadła na niskim taburecie — teraz pomówimy trochę o naszych własnych interesach. Przypominasz już sobie, że kochany dziadek nasz nosił się czas jakiś z myślą opuszczenia domu pana de Villeforta i wynajęcia sobie gdziekolwiek mieszkania?
— Mam ciągle w pamięci ten zamiar i uważam go za bardzo słuszny.
— Uciesz się zatem, bo dziadek wrócił do niego. Dziadek jest zdania, iż powietrze na przedmieściu Saint Honore bardzo mi nie służy.
— Dziadek twój, droga Walentyno, zdaje się mieć bezwzględną słuszność. Już od dwóch tygodni wydajesz się być cierpiącą i wyglądasz z dnia nad dzień gorzej.
— Jest w tem może trochę prawdy, gdyż w istocie czuję się nie najlepiej, to też drogi dziadunio wziął się do leczenia mnie, więc mam nadzieję szybkiego powrotu do zdrowia. Lecz tego nie można uważać bynajmniej za jakąś chorobę, ot, czuję się trochę osłabiona, straciłam apetyt, mam przytem wrażenie, jakby organizm mój walczył z czemś, do czego nie może się przyzwyczaić.
Noirtier słuchał z największą uwagą każdego słowa Walentyny.
— I jakąż kurację zalecił ci dziadek? — zapytał Morrel.
— Biorę lekarstwo dziadunia raz na dzień, zwiększając stopniowo dozę. Zaczęłam od łyżeczki, a teraz już doszłam do czterech. Dziadunio twierdzi, że jest to doskonały środek, skuteczny na wszystkie choroby.
Przy słowach tych Walentyna starała się uśmiechnąć, lecz na twarzyczce jej ujawniło się tylko bolesne skrzywienie.
Maksymiljan, rozkochany do ostatnich granic, patrzył na nią w milczeniu i zauważył z przerażeniem, że bladość jej zwykła przybrała jakieś ołowiane tony, oczy gorzały gorączkowym blaskiem, śnieżne zawsze ręce zżółkły i wydłużyły się.
— I lekarstwo dziadka pomaga pani?
— Czy ja wiem? Lecz pewnie pomaga. Jest ono bardzo gorzkie, gorzkie do tego stopnia, że czegokolwiek się po niem napiję, to mi się zdaje, że jest gorzkie również.
Noirtier spojrzał pytającym wzrokiem na wnuczkę.
— Tak jest, dziadku kochany. Mówię szczerą prawdę. Przed przyjściem do ciebie nalałam sobie szklankę wody z sokiem, no i nie mogłam wypić wszystkiego, do tego stopnia zdawała się ona być gorzką.
Noirtier zbladł i dał znak, że chce mówić.
Walentyna wstała natychmiast i poszła po słownik, lecz, zanim doszła do stołu, zachwiała się cała.
— Cóż to — zawołała — czyżby chmury tak nagle przysłoniły słońce? Zupełnie pociemniało mi w oczach. Ale to nic — dodała po chwili z dość wesołym uśmiechem — już mi przeszło, już mi zupełnie dobrze. To też się nie trwóżcie, mój kochany dziaduniu i ty, Maksymiljanie.
W tej samej chwili dał się słyszeć turkot pojazdu na dziedzińcu. Walentyna wybiegła natychmiast do sąsiedniego pokoju, by zobaczyć, kto przyjechał? — i wróciła natychmiast.
— To pani Danglars przyjechała, wraz z córką. A zatem — do widzenia, muszę iść, gdyż inaczej przyszliby tutaj po mnie. Do widzenia więc. Nie żegnam cię, Maksymiljanie, bo może powrócę jeszcze.
Zaledwie drzwi zamknęły się za Walentyną, Noirtier dał Morrelowi znak, by wziął słownik do ręki.
Morrel położył natychmiast żądany przedmiot na kolanach starca, Walentyna bowiem nauczyła go już, jak można porozumieć się z dziadkiem; to też bez większych trudności, po paru minutach pracy, zrozumiał myśl starca, która wyrażała się w słowach:
— Przynieś szklankę oraz karafkę, z pokoju Walentyny.
Morrel natychmiast zadzwonił na służącego, który zajął miejsce Wawrzyńca, i w imieniu Noirtiera powtórzył mu powyższy rozkaz.
Służący powrócił po paru minutach z próżną karafką i z wiadomością, że resztę wody z sokiem wylał pan Edwardek do korytka dla kaczek.
Noirtier, po wysłuchaniu tej wieści wzniósł oczy ku niebu, a następnie utkwił je w drzwiach, przez które wyszła Walentyna.
Gdy się to działo, pani de Villefort oczekiwała już na przybyłych gości. Obie damy weszły do salonu wymuszenie sztywne, co wskazywać miało na urzędowy charakter wizyty.
Osoby z tej samej sfery towarzyskiej rozumieją najmniejszy odcień w postępowaniu, to też pani de Villefort na urzędowe wejście odpowiedziała miną poważną i uroczystą.
To samo powtórzyło się z Walentyną, gdy ta weszła do salonu.
— Kochana przyjaciółko — rozpoczęła rozmowę baronowa, gdy obie panienki ujęły się za ręce — przybyłam do ciebie, ażeby ciebie pierwszą zawiadomić o bliskim związku mej córki z księciem Cavalcantim.
Tutaj dodać musimy w nawiasie wiadomość, że to sam Danglars ozdobił nazwisko Cavalcantich tytułem książęcym; pomysłowy bankier bowiem zauważył, nie bez słuszności, ostatecznie, że „książę“ brzmi o wiele lepiej, aniżeli prosty „hrabia“, zaś nikt nie będzie przecież sprawdzać, jak to tam jest istotnie za Alpami?...
— Przyjmij pani ode mnie — rzekła po deklaracji tej pani de Villefort — me szczere powinszowania. Młody książę Cavalcanti bowiem wygląda na młodzieńca wychowanego bardzo dobrze. Bardzo dobrze...
— O!... — powiedziała baronowa z uśmiechem — książę Cavalcanti paryżaninem dopiero będzie. Ma on bowiem jeszcze w sobie coś z cudzoziemszczyzny, to też my, francuzi, od pierwszego rzutu oka rozpoznać możemy w nim arystokratę, jeżeli nie niemieckiego, to już włoskiego napewno. Ma za to wyjątkowo dobre serce i umysł bardzo bystry.
— Niech mama i to jeszcze zechce dodać — wtrąciła Eugenja, przeglądająca albumy leżące na stole, — że papa ma do tego człowieka jakąś szczególną skłonność.
— No, a ty, Eugenjo? — zapytała pani de Villefort.
— Ja?... odpowiedziała Eugenja chłodno, tonem pełnym sarkazmu. — O, upewniam panią, że nie pomyślałam o tem nawet, czy i o ile mam dla pana Cavalcantiego jakieś skłonności. Ja wogóle nie czuję w sobie powołania do kłopotów gospodarskich i nie pragnę wcale tego, by być zależną od kaprysów jakiegoś człowieka — jakimkolwiek by on nie był. Powołaniem mojem jest być artystką, to znaczy — być wolną. Wolną, to jest mieć wolny umysł i serce.
Rumieniec wystąpił na twarz Walentyny, gdy usłyszała takie teorje.
— A zresztą — ciągnęła dalej swobodnym tonem panna Danglars — jeżeli mam już iść za mąż, to dziękuję Opatrzności za to, że nie wyszłam za człowieka, który miał zostać moim mężem, za pana Morcefa. Byłabym dziś żoną człowieka, wyzutego z honoru.
— Czyż jednak — próbowała bronić Alberta Walentyna — hańba ojca ma tak nieodzownie spadać i na syna?
— Daruj, kochana przyjaciółko — powiedziała nieubłagana nieprzyjaciółka mężczyzn i małżeństwa — pan wicehrabia de Morcef domaga się udziału w hańbie ojcowskiej sam, swem niegodnem postępowaniem. Wczoraj udawał bohatera... w teatrze, gdy jednak znalazł się na placu i ujrzał pistolety, — zmiękł odrazu i przeprosił pana de Monte Christo, na kolanach nieomal.
Walentynie znaną już była prawda, lecz nie odezwała się słowem, żałując serdecznie, że uczynić tego nie może. Czuła się zresztą znów nad wszelki wyraz chorą i osłabioną; wybić się to musiało najwidoczniej na jej twarzy, gdyż nawet pani Danglars to spostrzegła i powiedziała:
— Ależ ty jesteś cierpiącą, kochana Walentyno?
— Ja? — zdziwiła się panienka, przecierając dłonią rozpalone czoło.
— Ależ tak. Przejrzyj się tylko w zwierciadle. Bledniesz, to znów rumienisz się gwałtownie, naprzemian.
Walentyna była tak zmieniona, iż nawet pani de Villefort to zauważyła.
— Idź do swego pokoju, droga Walentyno — rzekła — nasi goście zechcą ci to wybaczyć. Połóż się na chwilę, obmyj twarz zimną wodą, a zaraz przejdzie ci to chwilowe osłabienie.
Walentyna skwapliwie skorzystała z pozwolenia macochy, skłoniła się pani Danglars, ucałowała Eugenję, życząc jej jeszcze raz szczęścia, i wyszła, kierując swe kroki do pokoju dziadka, oczywiście. Nie zdołała jednak przebyć całej drogi, gdyż w ostatniej chwili pociemniało jej nagle w oczach i, będąc już nieomal na progu pokoju Noirtiera, padła zemdlona.
Morrel usłyszał łoskot padającego ciała, otworzył drzwi i ujrzał swą ukochaną leżącą na ziemi, nieprzytomną. Porwać ją na ręce, zanieść do pokoju i złożyć na szeslongu — było dla niego dziełem jednej chwili.
Walentyna otworzyła wtedy oczy.
— Jakże niezgrabną jestem — rzekła, rzucając gorączkowo wyrazy — czy już na nogach utrzymać się nie potrafię?
— Znowu ten zawrót głowy! — zawołał Morrel, załamując ręce. — Bądź ostrożną, Walentyno, błagam cię!
— Ależ nic mi nie jest. Jestem już zupełnie zdrowa!... Czekaj jednak... Co to jest?... Ach!... ach!... ach!...
I wpadła w śmiech gwałtowny, konwulsyjny. Ból wykrzywił jej twarz, ręce jej zaczęły się kurczyć, drgawki ogarnęły ciało.
Wyraz śmiertelnej trwogi wybił się na twarzy Noirtiera.
Morrel pojął, że należy natychmiast zawezwać pomocy. Pochwycił więc za dzwonek i zaczął wstrząsać nim tak gwałtownie, że w tej samej nieomal chwili przybiegli: pokojowa Walentyny oraz nowy służący Noirtiera.
Trwoga, która od niejakiego czasu cały ten dom przeklęty ogarnęła, dotknęła tak dalece i służących również, że pomieszani wybiegli na korytarz, głośno wzywając pomocy, gdy tylko ujrzeli Walentynę w ataku.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.