<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Intruz
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1899
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aleksandra Callier
Tytuł orygin. Intrus
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Poniosłem tę gałązkę Julianie a po niej wiele innych jeszcze. Nie powracałem nigdy do Badioli bez łupu darów kwitnących. Jednego ranka, kiedy trzymałem w ręku pęk rozkwitłej tarniny, spotkałem się z matką w przedsionku. Byłem nieco zdyszany, zgrzany, pomieszany, jakby lekko upojony. Spytałem ją:
— Gdzie jest Juliana?
— Na górze, w swoim pokoju — odpowiedziała mi, śmiejąc się.
Wszedłem pośpieszny na schody, przebiegłem korytarz i wszedłem wprost do jej pokojów, wołając:
— Juliano, Juliano, gdzie jesteś?
Mania i Natalka wybiegły na moje spotkanie, witając mnie radośnie; uszczęśliwione widokiem kwiatów kręciły się, jak szalone.
— Chodź, chodź z nami — wołały. — Mama jest tu, w sypialnym pokoju. Chodź!
Kiedym przestąpił próg, serce zabiło mi mocniej. Stałem przed Julianą uśmiechniętą i pomieszaną. Rzuciłem jej do nóg pęk przyniesionych kwiatów.
— Patrzaj!
— O! jakież to śliczne! — zawołała, pochylając się nad świeżym skarbem wonnego kwiecia.
Miała na sobie jedno z tych ubrań ulubionych przez nią, szerokich, barwy zielonej, przypominającej liść aloesu. Nie była jeszcze uczesaną i włosy zaledwie zlekka przytrzymane szpilkami, okrywały jej kark i zasłaniały uszy gęstemi zwojami. Zapach tarniny, ten zapach, w którym się łączy tymianek z gorzkim migdałem, owiewał ją całą, zalewał pokój.
— Uważaj, żebyś się nie zakłóła — powiedziałem. — Widzisz moje ręce?
I pokazałem jej podrapania, krwawiące jeszcze, jakby po to, aby dodać większej ceny memu darowi. „O! gdybyż teraz ujęła mnie za ręce!“ — pomyślałem. I w umyśle moim zarysowało się niejasne wspomnienie dnia bardzo już odległego, kiedy ona całowała mi ręce podrapane cierniami, kiedy chciała wyssać krople krwi, spływające jedna po drugiej. „Gdybyż teraz ujęła mnie za ręce i gdyby tym jedynym gestem udzieliła mi zupełnego przebaczenia i powierzyła mi się cała!“
W tych czasach wciąż oczekiwałem podobnej chwili. W rzeczy samej nie byłbym mógł powiedzieć, zkąd mi przychodziła taka ufność; ale byłem pewien, że Juliana prędzej czy później odda mi się w ten sposób, jednym gestem prostym i niemym, którym „udzieli mi absolutnego przebaczenia i wróci do mnie całkowicie“.
Ona uśmiechnęła się. Chmura bólu przesunęła się po jej twarzy nadmiernie bladej, w jej oczach niezwykle zapadłych.
— Czy nie czujesz się teraz zdrowszą, odkąd tu jesteś? — spytałem się, podchodząc do niej bliżej.
— Tak, tak, lepiej — odpowiedziała.
A potem po chwili milczenia:
— A ty?
— O! ja jestem uzdrowiony. Alboż nie widzisz?
— Tak, to prawda.
W tych czasach, ilekroć mówiła do mnie, głos jej miewał jakąś intonacyę wahającą się i dziwaczną. która wydawała mi się pełną wdzięku, choć dziś niepodobieństwem jest dla mnie ją określić. Powiedziałbyś, że była bezustannie zajętą powstrzymywaniem jakiegoś słowa, cisnącego się jej na usta i szukaniem natomiast innego. Co więcej, głos jej, jeśli można tak powiedzieć, miał w sobie więcej coś „niewieściego“; utracił dawną swą stanowczość a nawet pewną część dźwięczności dawnej; przyćmił się, jak instrument, którego ton tłumi się z umysłu. Ale ponieważ głos ten dla mnie miał tylko serdeczne dźwięki, jakaż przeszkoda wzbraniała nam jeszcze uścisku? Jaka przeszkoda utrzymywała między nami ten rozdział dotychczasowy?
W ciągu tego okresu, który w historyi mojej duszy pozostanie na zawsze tajemniczym, przenikliwość moja wrodzona, jak się zdało, opuściła mnie absolutnie. Wszystkie tak straszne poprzednio zdolności analityczne, te nawet, które dawniej tyle sprawiały mi cierpień, były widocznie wyczerpane. Niezliczone wrażenia, niezliczone uczucia, odnośne do tej epoki życia, dzisiaj stały się dla mnie niezrozumiałemi, niedającemi się wytłomaczyć, ponieważ nie mam żadnej wskazówki, która dopomogłaby mi do wyśledzenia ich pierwiastku, do określenia ich charakteru. Jest pewna przerwa, na skutek braku połączenia między tym okresem mego życia psychicznego a innemi.
Niegdyś słyszałem opowiadaną baśń, gdzie młody książę, po przygodach długiej pielgrzymki, wreszcie odnajduje kobietę, którą ścigał gorącą swą miłością. Młodzieniec drżał przejęty nadzieją a kobieta uśmiechała się doń całkiem zblisko. Ale welon jakiś czynił nietykalną ową uśmiechnioną kobietę, welon z nieznanej jakiejś materyi, tak subtelnej, że się zlewała z powietrzem; a przecież ten welon był przeszkodą nie dozwalającą młodzieńcowi uścisnąć tę, którą kochał.
Baśń ta dopomaga mi cokolwiek do przedstawienia mego szczególnego wówczas stanowiska wobec Juliany. Czułem, że między nią a mną jakaś rzecz nieznana utrzymuje wciąż przedział. Ale równocześnie miałem wiarę głęboką, że prędzej czy później ów „gest prosty a milczący“ zburzy tę przeszkodę i wróci mi szczęście.
Tymczasem jakże mi się podobał pokój Juliany! Wybity był jasną materyą nieco spłowiałą, o kwiatach bardzo bladych, z głęboką alkową. Jakąż wonią napełniały go bukiety tarniny!
Ona ozwała się, pobladłszy więcej jeszcze:
— Ten zapach jest tak przenikliwy! Odurza formalnie. Nie czujesz tego?
Podeszła otworzyć okno.
Potem dodała:
— Maniu, zawołaj mis Edytę.
Nauczycielka weszła.
— Panno Edyto, proszę zanieś te kwiaty do pokoju, gdzie fortepian; włóż je pani w wazony. A ostrożnie, bo możesz się pokłóć.
Mania i Natalka chciały nieść część bukietów. My pozostaliśmy sami. Ona powróciła znów do okna i oparła się o framugę, plecami zwrócona do światła.
Przemówiłem:
— Masz może jakie zajęcie? Czy mam odejść?
— Nie, nie; zostań, siadaj. Opowiedz mi twoją ranną przechadzkę. Jak też daleko zaszedłeś?
Wymawiała te frazesy z jakimś pośpiechem. Ponieważ poręcz okna była na wysokości jej bioder, wsparła o nią łokcie, tak że biust jej przeginał się w tył nieco oprawnej w ramy okna. Twarz ku mnie zwrócona przodem, pełną była cienia, zwłaszcza we wgłębieniu oczu; włosy zaś, których szczyt kąpał się w świetle, tworzyły rodzaj wązkiej aureoli; światło oblewało także powierzchnię ramion. Jedna noga, ta, która utrzymywała ciężar ciała, unosiła zlekka rąbek sukni, ukazując kawałek pończoszki popielatej i pantofelek połyskujący. W tej pozie, w tem oświetleniu — postać jej nabierała jakiejś niezwykłej ponęty. Smuga błękitnawego krajobrazu, odcinająca się z pośród dwóch szczytów gór, tworzyła tło dalekie po za jej głową.
I w tej chwili nagle, jakby w objawieniu piorunującem, ujrzałem w niej kobietę upragnioną, kobietę, która budzi żądze mężczyzny; i cała krew zapłonęła we mnie ogniem wspomnień i pragnień jej pieszczoty.
Rozmawiałem z oczyma wciąż utkwionemi w jej twarzy. A im dłużej patrzyłem, tem większego doznawałem niepokoju. I ona także bez wszelkiego wątpienia czytać musiała te uczucia w mojem spojrzeniu, ponieważ niepokój jej stał się widocznym. Mnie z dręczącą niepewnością snuła się ciągle ta jedna myśl po głowie: „Gdybym śmiał tylko! Gdybym tak zbliżył się teraz do niej, objął ją w ramiona!“... Pozorna swoboda, którą usiłowałem utrzymać w rozmowie potocznej, wkrótce przecież mnie opuściła. Począłem się mieszać. Zakłopotanie moje wzrastało z każdą chwilą, stawało się nie do zniesienia.
Z przyległych pokojów głosy Mani, Natalki i Edyty dochodziły tu niewyraźnie.
Powstałem, zbliżyłem się do okna i stanąłem obok Juliany. Już miałem pochylić się ku niej i wymówić nakoniec te słowa, które po tylekroć wypowiadałem w duchu, w rozmowach snutych w wyobraźni. Ale obawa, że lada chwila mogą mi przeszkodzić, powstrzymywała mnie. Pomyślałem, że chwila jest źle wybraną może, że kto wie, czy miałbym dość czasu na wypowiedzenie jej wszystkiego, na otworzenie przed nią serca mego do głębi, opowiedzenie jej całych dziejów mego życia wewnętrznego w ciągu ostatnich tygodni, tajemniczego uleczania mej duszy, rozbudzenia się strun najserdeczniejszych dla mnie, od kwitnięcia najlepszych marzeń moich, głębokości mego nowego uczucia, upornych moich nadziei. Pomyślałem, że mógłbym może nie mieć dość czasu na opowiedzenie jej szczegółów wydarzeń dni ostatnich, że nie mógłbym dopowiedzieć jej tych wyznań niewinnych, słodkich dla ucha kobiety kochającej, uroczych swą szczerością, bez porównania więcej przekonywających niż wszelka wymowa.
W rzeczy samej trzeba, by mi się udało ją przekonać o wielkiej prawdzie tych wyznań i uczuć, w którą trudno jej będzie uwierzyć po tylu rozczarowaniach; by mi się udało przekonać ją, że dzisiejszy mój powrót do niej nie byt już kłamliwym, ale nawskroś szczerym, stanowczym, że spowodowany był potrzebą życiową całej mojej istoty. Bez wątpienia dziś ona nie ufała temu jeszcze; bez wątpienia ta nieufność właśnie była przyczyną jej hamowania się ciągłego, jej ostrożności. Między nami stawał wciąż cień wspomnienia okrutnego... Do mnie należało cień ten rozproszyć, zbliżyć duszę moją do jej duszy tak sciśle, by już nie mogła stać odtąd między nami. Ale na to potrzeba było sposobności, chwili sprzyjającej w miejscu swobodnem, tajemniczem a cichem, zamieszkiwnem tylko przez wspomnienia. Trzeba było willi Bzów.
Teraz tymczasem milczeliśmy oboje w framudze okna, stojąc tuż obok siebie. Z przyległych pokojów dobiegały głosy Mani, Natalki i Edyty niewyraźne. Woń białej tarniny uleciała. Z poza firanek, zawieszonych u wejścia do alkowy, widać było w głębi łóżko i oczy moje biegły tam bezustannie, ciekawe tego mroku, pożądliwe niemal.
Juliana pochyliła głowę, może dlatego także, że czuła ciężar rozkoszny a niepokojący tej ciszy. Lekki wietrzyk poruszał oswobodzonym puklem włosów na jej skroni. Ruch niespokojny tego pukla ciemnego, płowego nieco, na który promień słońca kładł złote odblaski, na skroni bladej, jak opłatek, przyprawiał mnie o niemoc. I patrząc nań w myśli widziałem owo ciemne znamię, zkąd po tylekroć innemi czasy tryskała dla mnie iskierka pokus.
Wtedy nie mogąc już zapanować nad sobą, z pewnego rodzaju obawą i zuchwalstwem zarazem podniosłem rękę, by przytwierdzić ten loczek figlarny; palce drżały mi, dotykając jej włosów i musnął ucho, szyję, ale zaledwie tylko, najlżejszą z pieszczot.
— Co ty robisz? — wymówiła Juliana i drgnęła całem ciałem, zwracając ku mnie wzrok, pełen pomieszania, nieprzytomny prawie, bardziej może jeszcze drżąca, niż ja w tej chwili.
I usunęła się od okna. Potem czując, że idę za nią, zrobiła kilka kroków naprzód, jakby pragnąc uciec przedemną, pomieszana.
— O! Juliano, dlaczego, dlaczego? — zawołałem zatrzymując się.
Ale natychmiast:
— To prawda. Jestem jeszcze niegodny. Daruj!...
W tej chwili ozwały się dzwony kaplicy a Mania i Natalka, wpadłszy do pokoju, podbiegły do matki z okrzykami radości, wieszając jej się na szyi jedna po drugiej i okrywając twarz pocałunkami; potem od niej przybiegły do mnie a ja je podniosłem w górę jedną po drugiej.
Dzwony dzwoniły wciąż zawzięcie; cała Badiola zdawała się zalaną drganiem spiżu. Była to Wielka Sobota, godzina rezurekcyi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Aleksandra Callier.