<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Józef Jerzy Hordyński-Fed’kowicz
Podtytuł Poeta rusiński na Ukrainie.
Szkic literacki
Wydawca Nakładem autora
Data wyd. 1892
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.

Rozpoczęła się dla Fed’kowicza uciążliwa służba „w kamaszach.“
Duch armii i sposób traktowania żołnierzy, zmienił się od tego czasu ogromnie, wówczas jednak sama myśl służby wojskowej, rodziła przestrach w żywszych, swobodniejszych umysłach. Wskutek dawnego, tradycyjnego systemu, każdy żołnierz musiał się zmienić w manekina, w maszynę bezduszną, wykonującą ewolucye regulaminem przepisane; każdy zaś oficer dziczał w tem otoczeniu, zanikały w nim uczucia ludzkie; ze średniowiecznej rycerskości, pozostały im były srogość, brutalstwo, spaczone poczucie honoru, — cnoty zaś i zapał rycerstwa, pogubili w dziejowym pochodzie; nowy patryotyzm federacyjno-państwowy, ożywiający dziś szeregi armii, nie był się jeszcze zrodził.
Fed’kowiczowi ostrzyżono włosy i jako „rekruta“ zaliczono do czerniowieckiego, piechotnego pułku. Młody umysł poety, który w ostatnich latach pod wpływem jedynego przyjaciela i opiekuna, niemieckiego malarza, stawał się po części kosmopolitycznym, kłonił się w uwielbieniu dla niemieckiej poezyi; nagle otrzeźwił się z tej obcej naleciałości, znalazł się bowiem wśród samych rodaków, dzieci gór bukowińskich, łeginiów[1] karpackich; ich piosnki i opowieści rozbudziły w młodzieńcu na nowo przywiązanie do jego „zielonej“ Bukowiny. Stał się też wkrótce ulubieńcem całej „kompanii“, w której los mu służyć rozkazał. Wieczorem zbierali się młodzi Huculi do jednej izby i zabawiali się śpiewaniem tęsknych, „sumnych“ dum karpackich, albo słuchali opowieści o dawnych czasach. W opowieściach tych celował właśnie Fed’kowicz. Opisując (w liście do Didyckiego) tę epokę swego życia, mówi on, że opowieści zasłyszane w dzieciństwie od siostry, odzywały się w jego pamięci i sprawiły to, iż z ich pomocą zyskał serce swych towarzyszy.
Oprócz przywiązania żołnierzy, udało się Fed’kowiczowi zyskać i potężnego protektora. Kapitan dowodzący kompanią, do której wcielono młodego rekruta, nazywał się Appel i był wykształconym i ludzkim człowiekiem. Światły ten oficer, poznał się na nadzwyczajnych zdolnościach Fed’kowicza, i chcąc mu ulżyć trochę w służbie, wziął go do siebie jako „prywatnego służącego“. Z czasem tak go polubił, że uwolnił go zupełnie od wszelkich posług, uważał raczej za towarzysza, a nawet zajmował się dokończeniem jego wykształcenia, tak iż dokładną znajomość niemieckiego i francuzkiego języka zawdzięczał Fed’kowicz zacnemu kapitanowi.
W wojsku również spotkał się Fed’kowicz po raz pierwszy z Polakami; przyjaźni szczerej z żadnym z nich nie zawarł, może wspomnienie niegodziwego postępowania własnego ojca odstręczało go od tego. Nienawiści jednak do Polaków nie miał już i wówczas, a w pismach swych raz tylko wspomina z niechęcią o Polaku: malując brutalnego kapitana, każe mu odezwać się po polsku.
Służba wojskowa ułożyła mu się wreszcie dość znośnie; oficerowie go lubili, towarzysze — a od chwili gdy został podoficerem — podkomendni przepadali za „ojcem Fed’kowiczem“ i całowali go po rękach, prosząc o huculskie piosnki. Przed samą wojną włoską, 19 kwietnia 1859 r. mianowano go oficerem w tym samym pułku. Wkrótce znalazł się nasz poeta w ogniu — na lombardzkich równinach. Wrażenia z tej krwawej walki, pozostawiły niezatarte ślady w jego umyśle i wycisnęły piętno na całej jego twórczości poetyckiej. Zimne, skostniałe oblicza zabitych, cicha rezygnacya konających, jęki i żałościwe skargi rannych, stały się dla młodego oficera materyałem, z którego miał później wysnuć najpiękniejsze swe pieśni.
Czy był w ogniu pod Solferino? Tego nie udało mi się napewno dośledzić. Niewątpliwą jednak jest pono jego obecność w bitwie pod Castenedollo. Wrażeniom z tej bitwy poświęcił jedną ze swych pierwszych dum.
Po wojnie, wprost z włoskiej ziemi powrócił pułk, w którym służył Fed’kowicz, do ojczyzny i stanął na kwaterach w Czerniowcach. Właśnie w czasie tego pobytu w stolicy Bukowiny, Fed’kowicz nabrał samowiedzy o swem rusińskiem pochodzeniu, nauczył się pisać po rusku i stał się jednym z najgłośniejszych poetów mało-ruskiego plemienia. Najwybitniejszą osobistością, z którą się Fed’kowicz zapoznał w Czerniowcach, był nauczyciel w gimnazyum czerniowieckiem, Niemiec, Rudolf Neubauer, pisujący liryczne utwory w niemieckim języku. Wkrótce zawiązała się między nimi serdeczna przyjaźń. Systematyczny profesor, starał się wypełnić luki w wykształceniu młodego oficera; uznał w nim talent poetycki i zachęcał gorąco do próbowania szczęścia na piśmienniczem polu. Pierwsze utwory swe napisał Fed’kowicz w obcym języku. Utwory te drukowane w jakiemś piśmie niemieckiem, wychodzącem w Czerniowcach, wydane później w zbiorowem wydaniu, bezimiennie, nosiły tytuł: Am Tscheremusch, Gedichte eines Uzulen. Były to niezaprzeczenie pierwsze „poezye“ Fed’kowicza; wprawdzie wspominał on, że jeszcze w Jassach pod wpływem malarza R. pisywał „wiersze,“ nie przywiązywał jednak do tamtych utworów żadnej wagi, i uważał je za nieudolne, chłopięce próby talentu.
W domu Neubauera poznał się poeta z dwoma Rusinami: Antonim Kobylańskim i Konstantym Goblarem, dzisiejszym nauczycielem w realnem gimnazyum w Stryju. Ci dwaj panowie dzielą pomiędzy siebie zaszczyt nauczenia Fed’kowicza pisać po rusińsku. Na usilne prośby Kobylańskiego, napisał Fed’kowicz pierwszą dumę po rusińsku p. t. Nocleg i wydrukował ją w czasopiśmie Słowo na słowo. Za pośrednictwem tych dwóch rodaków, poznał nasz poeta wielu wybitniejszych Rusinów na Bukowinie, zbliżył się do młodzieży i — jak sam przyznawał — wówczas dopiero nauczył się prawdziwie cenić i kochać rusiński język.
Niedługo jednak trwały te piękne dni; wkrótce pułk otrzymał rozkaz wymarszu, i znowu młody śpiewak musiał opuszczać tylko co odzyskaną, a tak już szczerze pokochaną ojczyznę. W miasteczku Ardal, w ziemi siedmiogrodzkiej, gdzie dostał pułk czerniowicki nowe kwatery, zachorował nasz poeta ciężko, wskutek przeziębienia się podczas marszu. Długa, przykra rekonwalescencya, przykuła go na długie miesiące do szpitalnego łoża. Wówczas to, wolny od wszelkich zajęć służbowych, oddał się zupełnie pisaniu; w ardalskim lazarecie zrodziły się więc prawie wszystkie utwory zamieszczone w zbiorowej książeczce, wydanej przez p. Didyckiego we Lwowie 1862 r. p. t. Poesyi Josifa Fed’kowycza.
Zdrowie podkopane długą a uporczywą chorobą, długo, długo mu nie dopisywało. Lękali się o jego życie przyjaciele i nowo zdobyci wielbiciele jego talentu. Najgorszą była recydywa, w którą popadł w dzień Nowego roku 1863, natychmiast po powrocie z wojskowej parady. Dnia 11 stycznia t. zw. „młoda ruska gromada we Lwowie“ otrzymała od niego list, w którym z rezygnacyą pisał: Leżu w liżku i czekaju smerty.
Wyzdrowiał jednak. Być może, że silna wola popychająca go ku tylko co rozpoczętej karyerze literackiej, dźwignęła go z łoża niemocy i dodała sił do zwyciężenia choroby. Zaraz po wyzdrowieniu opuścił służbę wojskową a w dymisyi, jako powód uwolnienia go podano: chroniczną chorobę oczu. I oto koniec drugiej epoki w życiu Fed’kowicza. Służba wojskowa, aczkolwiek czasem przykra a nawet wstrętna dla marzycielskiej natury naszego poety, dla talentu jego była bardzo korzystną: dała mu ona oryginalność i sposobność zebrania wrażeń takich, jakich bez niej nigdyby nie miał możności zebrać.





  1. Łegin — parobek, mołojec.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.