Jagiellonowie/Stańczyk

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jagiellonowie
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Stańczyk.

Bawi się dwór królewski wesoło, rozgłośnie, wspaniale, — od świateł lśnią komnaty, od blasku klejnotów tęcza w powietrzu, niby kwiaty stubarwne stroje dworu — grzmią surmy, tańczą pary, śmiech, gwar, śpiew, wesele.
I Kraków śmiechem brzmi, bawi się głośno, — na mieszczanach srebro i złoto, aksamity, mieszczanki w pyle suknie za sobą powłóczą, przed wesołą młodzieżą biegną laufry z pochodniami, muzyka z okien płynie, śmiech, okrzyki.
Cały naród się bawi i kraj cały, — w każdym dworze wesela, kuligi, maszkary, goście, biesiady, wino leje się strumieniem, półmiskom końca niema.
Szczęśliwy kraj. Dlaczego nie ma być szczęśliwy, dlaczego nie ma się cieszyć, weselić? Wisła wodę niesie do morza, a z morza wraca złotemi falami i rozlewa je wszędzie, wszędzie, gdzie dosięgnie; — bogaty kraj, potężny, daleko sięga berło Jagiellonów, wiele krajów objęło, o pokrewieństwo z nimi ubiegają się sąsiedni monarchowie, sam cesarz szuka małżonki w ich domu dla wnuków, krewnych swoich.
A nie gwałtem ani podstępem na sąsiednich zasiedli tronach, — miłością łączą ludy, sprawiedliwością jaśnieją i słyną, pociągają ku sobie. Litwa z Polską zjednoczona bez podboju, Ruś garnie się od wschodu, Węgry, Czechy, Pomorze pod ich berłem kwitną, mistrz Albert pruski to syn Jagiellonki, cesarz Maksymiljan pragnie wnuki swoje połączyć z dziećmi czeskiego króla Władysława: — musi w tem korzyść widzieć.
Chłop tylko uczuł ciężar pracy na swych barkach, lecz o tem nikt nie myśli, to nie przejmuje troską: na to go Pan Bóg stworzył.
Tak zwykliśmy najczęściej tłumaczyć własne błędy.
A tymczasem bawią się ludzie, sypią złotem, zwiedzają obce kraje, jaśnieją nauką, zdumiewają hojnością i przepychem.
W jednej z komnat Wawelu na dużem poręczowym krześle siedzi trefniś królewski, Stańczyk. Jego zadaniem śmieszyć pana swego i zabawiać mu gości. Bez śmieszków żaden dwór się przecież nie obejdzie, ma i Zygmunt swojego. Śmieszkowi wszystko wolno: on i gorzką prawdę może powiedzieć panu, byle dowcipnie, zręcznie.
Król go lubi: sprawił mu szatę z pstrych łatek zeszytą, czapkę z dzwonkami i laskę z dzwonkami: skoro się ruszy — brzęczy, gdzie potrząśnie laską — jakby zadzwonił, że go słuchać trzeba.
Lecz teraz Stańczyk laskę opuścił ku ziemi i głowę zwiesił, — myśli, twarz ma niewesołą, — za oknem światła, gwar, śmiechy, zabawa, a Stańczyk patrzy na to takim wzrokiem, jak gdyby chciał powiedzieć:
— A co będzie jutro? Bawicie się, a płaczu nikt nie słyszy? Potężniście, bogaci, lecz — potężniejsi byli — i zniknęli. — Mądrzyście, oświeceni — ale czy przezorni? Po lecie — zima, po dniu noc następuje, po wybuchu wesela serce lęka się smutku.
Tak przedstawił Stańczyka wielki nasz malarz, Matejko.
Z historji znamy kilka jego odpowiedzi, więcej w nich zwykle przestrogi niż śmiechu.
Raz na rynku obskoczyli go chłopcy uliczni, może im coś powiedział, może ich podrażnił, może ze złośliwości potargali na nim ubranie, poszarpali pstre łatki.
Wraca Stańczyk, bolejąc głośno nad swym losem; doskonały powód do śmiechu: tak zabawnie wygląda w podarłem ubraniu!
— Żal mi cię — mówi Zygmunt, — poszkodowanyś mocno, ale że też nie umiałeś obronić się małym chłopakom!
— I ja cię żałuję, królu — odparł Stańczyk,— bardziej jesteś poszkodowany i nie umiałeś także obronić się słabszym.
Była to zręczna przymówka do straty Smoleńska w tym czasie.
Innym razem urządzano polowanie na niedźwiedzia pod Krakowem, w Niepołomicach. Niedźwiedzia do tej zabawy przywieziono aż z Litwy. Wybrał się król z całym dworem, Bona z damami dworskiemi. Ustawiono się na stanowisku, zwierza wypuszczono z klatki i poszczuto psami. Lecz niedźwiedź psy rozszarpał, poturbował chłopów, którzy go naganiali, przewrócił i skaleczył jednego z myśliwych, a wkońcu rzucił się na Bonę, która uciekając, upadła wraz z koniem, potłukła się mocno i mogła życiem przypłacić tę zabawę. Niedźwiedź szalał dalej, szerząc popłoch, aż padł wreszcie pod kulami i toporami łowców.
Potem już rozprawiano wesoło o polowaniu, wyśmiewano się z tchórzów, którzy uciekali, a król żartował sobie ze Stańczyka, który uciekł także, mówiąc, iż postąpił sobie prawdziwie po błazeńsku.
— Eh, — odparł Stańczyk — większe to błazeństwo złowioną dziką bestję wypuszczać na swoją szkodę.
Znowu kiedyś panowie rozmawiali, jakiego też zawodu ludzi jest najwięcej. Jedni twierdzili, iż kupców, inni rzemieślników, ci — rolników, a Stańczyk odezwał się głośno, że najwięcej to jest doktorów.
Roześmieli się wszyscy. Stańczyk proponuje zakład, — powiada, że przekona o tem. Zgadzają się.
Nazajutrz wyszedł sobie od rana na rynek, chustką twarz podwiązawszy. Znali go w Krakowie wszyscy, więc każdy ze współczuciem zbliża się i doradza lekarstwo na zęby. — Stańczyk każdego zapisuje na tabliczce i w parę godzin zebrał taką listę doktorów w Krakowie, iż przekonał swych przeciwników, że doktorem jest każdy, i zakład tym sposobem wygrał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.