Jak ludzie umierają/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Jak ludzie umierają
Podtytuł Nowele
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. Comment on meurt
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Styczeń był ciężki. Nie było roboty, nie było zatem w domu ni chleba, ni ognia. Morisseau’wie przymierali po prostu z nędzy. Ona jest praczką, on murarzem. Mieszkają na Batignolles, w brudnem domisku, które zapowietrza calutką dzielnicę. Izba ich, na piątem piętrze, znajduje się w stanie takiej ruinacyi, że przez szpary w suficie deszcz leje im się na głowy. Ale i tak jeszcze nie uskarżaliby się zbytnio, gdyby przynajmniej ich mały Karolek, dziesięcioletnia odrobina, mógł mieć trochę lepsze pożywienie, tak potrzebne dziecku w tym wieku.
Malec jest słabowity, byle czego będzie postękiwał. Ile razy w szkole starał się wbić sobie w głowę lekcye, zawsze powracał do domu chory. Przy tem wszystkiem ma bęben ładną twarzyczkę i jest bardzo inteligentny a mówi rozsądnie nad wiek. W dniach też kiedy rodzice nie są w stanie zdobyć się dla niego nawet na kawałek chleba, ryczą oboje z żalu jak bydlęta, tembardziej że drobiazg mrze w domu po wszystkich piętrach jak muchy, tak tam niezdrowo.
Po ulicach zaczyna się wyrębywanie lodu. Ojcu udało się znaleźć zarobek przy tej pracy. Od rana do wieczora oczyszcza kilofem zamarznięte rynsztoki, aby przynieść do domu o zmierzchu 40 sous. Nim się sezon budowlany rozpocznie, zawsze jest chociaż o czem z głodu nie zdechnąć.
Jednego dnia wszakże, wracając z roboty, zastaje ojciec Karolka w łóżku. Matka nie pojmuje, co dziecku się stało. Posłała go do Courcelles, do ciotki, która jest tandeciarką, czyby się tam dla niego nie znalazła trochę cieplejsza kurtka od tej płóciennej bluzy, w której chłopiec zębami dzwoni z zimna. Ciotka jednakże miała na razie same tylko stare palta męzkie, za przestrone dla malca, który też wrócił z niczem, cały drżący, z miną, jakby był pijany. W tej chwili leży na poduszce z zaognioną twarzą, plecie głupstwa, zdaje mu się, że gra w bilard i pośpiewuje.
Matka powiesiła na oknie strzępy starego szala, aby przysłonić wybitą szybę. Wskutek tego dwie tylko górne szybki przepuszczają nieco blasku szarych niebios. Nędza wypróżniła do dna komodę, wszystka bielizna znajduje się w zastawie. Pewnego wieczora sprzedali nawet stół i dwa krzesła. Karolek sypiał na ziemi zazwyczaj. Odkąd jest chory wszakże, umieszczono go w łóżku, ale i tutaj zażywa wygód nieświetnych, bo prawie wszystko włósie z materaca, garść po garści w miarę jak głód doskwierał, wyniesiono na tandetę dla tych paru groszy, jakie za każdym razem można było w ten sposób uzyskać. Obecnie rodzice sypiają w kącie izby na słomianym barłogu, któregoby i pies nie chciał.
Przypatrują się teraz oboje, jak dzieciak przewraca się niespokojnie po łóżku. Co się malcowi mogło u licha stać, że tak plecie od rzeczy?!... Musiało go chyba co ukąsić, albo się napił czego niezdrowego. Przybyła w odwiedziny sąsiadka, pani Bonnet, obwąchawszy dziecko, powiada, że to jest febra. Zna się ona na tem wybornie, ponieważ straciła męża przez tę samą chorobę.
Usłyszawszy to, matka wybucha płaczem, przytulając do piersi Karolka. Ojciec stracił zupełnie głowę, pędzi po lekarza. Sprowadził niebawem doktora z ogromnie pańską miną i przesadnem obejściem, który słucha, przyłożywszy dziecku do pleców ucho, i opukuje mu piersi w milczeniu. Pani Bonnet biegnie tymczasem do siebie po ołówek i papier, aby było czem napisać receptę. W chwili gdy lekarz zabierał się do wyjścia, milcząc niewzruszenie, matka zapytuje go zdławionym głosem:
— Cóż jemu jest, proszę pana konsyliarza?
— Pleuritis — odparł krótko bez wszelkich wyjaśnień. Poczem dodał:
— Jesteście państwo zapisani w biurze dobroczynności?
— Nie proszę pana... Żyliśmy przecie przez lato z własnej pracy... Zima dopiero sponiewierała nas tak.
— Tem gorzej, tem gorzej!
Odszedł, przyrzekając zajrzeć nazajutrz. Pani Bonnet pożyczyła strapionemu stadłu 20 sous na aptekę. Dodawszy do tego 40 sous, zarobionych przez Morisseau’a, kupili także dwa funty mięsa, trochę węgla i świec. Po napaleniu w piecu noc zeszła jako tako. Chory dzieciak, jakby ukołysany do snu panującem w izbie ciepłem, przestał majaczyć. Małe jego rączyny pałają jednak. Widząc go uspokojonym przez gorączkę, rodzice odzyskują także na razie spokój, nazajutrz jednak, wobec miny lekarza, wzruszającego nad łóżkiem ramionami w taki sposób, jakby chciał dać do poznania, że nie ma już żadnej nadziei, — strach ich ogarnia napowrót i pogrąża w bezradnem ogłupieniu.
Pięć dni zbiegło bez żadnej zmiany. Powalone chorobą dziecko spało ciągle. Coraz dokuczliwsza nędza wciskała się, rzecby można, wraz z mroźnym wichrem przez wszystkie szpary okien i sufitu. Drugiego wieczora trzeba było sprzedać ostatnią matczyną koszulę, trzeciego wynieść na tandetę jeszcze parę garści włósia z pod chorego, z materaców, aby starczyło na aptekę. Nakoniec wyczerpało się wszystko, nie było już więcej skąd wziąć.
Morisseau rąbie ciągle lód, lecz zarabiane w ten sposób 40 sous nie wystarczają już obecnie. Ponieważ mrozy dobijają Karolka, ojciec wzdycha do odwilży, bojąc się jej równocześnie, bo z jej nadejściem będzie po zarobku. Wychodząc z rana do kilofa, z radością spogląda na sople lodu, skoro jednak przypomni sobie konające na górze dziecko, poczyna pragnąć ze wszystkich sił promienia słońca, ciepła wiosny, które wymiecie precz śniegi i lody. Gdyby chociaż byli wpisani na listę ubogich w biurze dobroczynności, mieliby przynajmniej zadarmo lekarza i lekarstwa. Matka poszła już nawet w tym celu zgłosić się na merostwo, odpowiedziano jej jednak, że na razie za wiele jest zgłoszeń, musi przeto zaczekać. Mimo tego udało jej się uzyskać kilka kwitów na chleb a jakaś dobroczynna dama dała jej pięć franków. Potem wróciła poprzednia nędza.
Piątego dnia Morisseau przyniósł do domu ostatnie 40 sous. Mróz puścił, odprawiono go więc wraz z innymi. Wtenczas nędza dosięgła szczytu. W piecu ani iskierki, chleb zjedzony do ostatniej kruszyny, na aptekę nie ma grosza. Wśród ścian ociekających wilgocią ojciec i matka, dygocąc z zimna, usiedli nad charczącem dzieckiem. Pani Bonnet przestała ich odwiedzać, bo jest bardzo wrażliwą, a widok ich nieszczęścia sprawiał jej zbyt wielką boleść. Sąsiedzi, przechodząc, z pośpiechem mijają ich drzwi. Matka rzuca się chwilami, w napadzie płaczu, na łóżko i całuje dziecinę, jakby jej tą pieszczotą mogła sprawić ulgę i zdrowie przywrócić. Ojciec natomiast godzinami całemi wystaje ogłupiały przy oknie, unosząc od czasu do czasu brzeg podartego szala, by wyjrzeć na odwilż, kapiącą z dachów grubemi kroplami i oblekającą w czarne, brudne barwy ulicę.
Jednego rana lekarz zapowiada, że więcej nie przyjdzie. Chłopiec jest stracony.
— Odwilż go dobiła — rzecze.
Wówczas to Morisseau pogroził niebu pięścią. Wszystko więc godzi w życie biedaka!.. I mróz go zabija!... i odwilż także!... Och! żeby tylko kobieta chciała, roznieciłby on wnet, zatkawszy komin, takie ognisko, któreby im pozwoliło raz na zawsze, wszystkim trojgu, uwolnić się od dalszych męczarni. Wnetby był koniec wszystkiemu.
Tymczasem matka wybrała się raz jeszcze do merostwa, gdzie przyrzeczono jej już pomoc tym razem, czekali więc. Cóż to był za straszny dzień!... Od sufitu wiało bez przerwy przenikające zimno a w jednym z kątów izby deszcz lał się ciurkiem, że trzeba było cebrzyk podstawić. Od wczoraj nie mieli oboje nic w ustach, Karolek tylko wypił filiżankę tyzanny, przyniesionej z litości przez stróżkę. Ojciec siedzi przy stole, podparłszy głowę rękoma, wpółogłupiały, z szumem w uszach. Matka biegnie za każdym szmerem ku drzwiom, sądząc, że to nakoniec przyobiecana pomoc nadchodzi. Szósta wybiła, nie doczekali się niczego. Dżdżysty zmierzch zapada powoli, posępny jak samo konanie.
Naraz wśród zapadającej nocy Karolek poczyna bełkotać urywanym głosem:
— Mamo... mamo...
Matka podbiega, palące tchnienie bucha jej w twarz, lecz żaden jęk więcej nie daje się słyszeć z piersi dziecka — leży ono przed nią, ledwie widzialne w mroku, z odrzuconą w tył głową na szyjce wyciągniętej. Kobieta poczyna wołać oszalałym głosem:
— Światła!... światła prędko!.. Karolku... odezwijże się!...
Nie ma jednak ani kawałka świecy. Pocierając w popłochu zapałki, łamie je w palcach. Wreszcie poczyna obmacywać twarz dziecka drżącymi rękoma.
— Boże mój!.. Umarł!.. Zobaczno Morisseau!.. Umarł!..
Ojciec dźwiga głowę, oślepiony ciemnością.
— Umarł?.. Więc czegoż chcesz?!.. To i lepiej.
Na odgłos łkań kobiety pani Bonnet zdecydowała się znowu przekroczyć ich próg z płonącą lampą w ręku. W chwili gdy obie kobiety ogarniały na prędce zwłoki dziecka, dało się słyszeć pukanie; to przyrzeczona pomoc przybywa: dziesięć franków — oraz kwity na chleb i mięso. Morisseau przyjmuje to wybuchem idyotycznego śmiechu, wykrzykując, że w biurze dobroczynności zawsze się muszą spóźnić na pociąg.
Jakiż on biedny, ten dziecięcy trupek!.. Chude to jak szczypa, niby piórko leciutkie!... Gdyby położyć na posłaniu podjętego z ulicy gołębia, którego mróz zabił, nie więcejby zajął miejsca.
Pani Bonnet, która odzyskała znowu całą swą uprzejmość, czyni tymczasem uwagę, że dziecię nie odzyska już przez to życia, jeśli rodzice nic jeść nie będą. Ofiaruje się tedy pójść po chleb i mięso oraz kupić świec. Przystają na wszystko. Za powrotem sąsiadka nakrywa stół i stawia na nim gorącą kiełbasę. W piecu ogień poczyna trzeszczeć, w izbie robi się przyjemnie. Oczy matki jednakże zachodzą co chwila łzami, które w dużych kroplach spadają jej na chleb. Jakby to Karolkowi było dobrze w tem cieple, z jakim smakiem zajadałoby biedactwo kiełbasę!...
Pani Bonnet upiera się czuwać wraz z nimi. Około pierwszej z północy, kiedy Morisseau, zmorzony snem, chrapnął, oparłszy głowę w nogach łóżka, — obie kobiety wzięły się do gotowania kawy. Zaproszono do towarzystwa drugą sąsiadkę, ośmnastoletnią szwaczkę, która przyniosła w flaszce nieco wódki, chcąc się z swej strony przyczynić czemś do uczty. Poczęły pić wszystkie trzy kawę małemi łyczkami, opowiadając sobie zniżonym głosem wypadki niezwykłych zgonów; stopniowo jednak głosy ich poczynały brzmieć coraz silniej, teren plotek coraz szersze zataczał kręgi, poruszały sprawy całego domu, całej dzielnicy, rozgadały się o zbrodni popełnionej przy ulicy Nallet... Wśród tego matka podnosiła się od czasu do czasu z krzesła i szła zajrzeć na Karolka, jakby dla przekonania się, czy się przypadkiem nie rusza.
Ponieważ nie zawiadomili władz o zgonie zaraz wieczór, cały więc dzień następny zwłoki musiały pozostać w domu, a że mieszkanie składało się z jednej tylko izby, więc jedli, spali i załatwiali wszelkie czynności przy trupie dziecka. Chwilami nawet zapominali o niem zupełnie, — gdy potem nagle im się przypomniał, doznawali wrażenia, że tracą go po raz wtóry.
Nakoniec trzeciego dnia przyniesiono trumnę, niewiększą od pudełka na zabawki; cztery niedbale sklecone deseczki, otrzymane darmo od gminy za wykazaniem przynależności — i dalej w drogę!... żwawo pobiegła gromadka do kościoła za trumną dziecięcą. Składały ją: ojciec, wraz z dwoma kolegami, spotkanymi po drodze, matka, pani Bonnet i młoda szwaczka z sąsiedztwa. Brodzili w błocie powyżej kostek. Deszczu wprawdzie nie było, natomiast panowała mgła tak wilgotna, że od niej przemakały suknie. Po ceremonii kościelnej, załatwionej błyskawicznie, orszak wyruszył dalej przez grzązkie ulice.
Do cmentarza był dyabli kawał drogi, aż za fortyfikacye. Był to duży, pusty, białym murem obwiedziony szmat ziemi, chwastem pokrytej, skopanej tu i owdzie w garby, i zrzadka porosłej mizernemi drzewkami, których sterczące konary czyniły w głębi na widnokręgu kilka brudnych plam.
Kondukt posuwał się zwolna po rozmiękłym gruncie. Tymczasem zaczął padać deszcz, w którego ulewie trzeba było czekać na ukazanie się księdza z niewielkiej kapliczki. Karolek miał spocząć w głębi zbiorowego dołu. Dokoła jeży się las krzyżów, poprzekrzywianych wichrami, gdzieniegdzie na krzyżach gniją wieńce na deszczu, prawdziwe pole żałoby i nędzy!... stratowane, ponure, spęczniałe natłokiem trupów, dostarczanych obficie przez głód i zimna przedmieść.
Skończyło się... Ziemia się sypie, Karolek spoczywa już w grobie, rodzice zatem oddalają się, nie mogąc nawet uklęknąć przed odejściem, bo w grzązkiem błocie zapadają im nogi. Za bramą cmentarza, z racyi że deszcz nie ustaje ani na chwilę, Morisseau, rozporządzający jeszcze trzema frankami z dziesięciu, otrzymanych z biura dobroczynności, zaprasza kolegów i obie sąsiadki do winiarni, aby się czemś pokrzepić. Obsiadłszy stół, wypili niebawem dwa litry wina, zagryzając serem, poczem koledzy Morisseau’a postawili z swej strony jeszcze dwa litry. W wesołych humorach wraca całe grono do Paryża.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.