Jak ludzie umierają/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Jak ludzie umierają
Podtytuł Nowele
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. Comment on meurt
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Pan Rousseau ożenił się w dwudziestym roku życia z dziewiętnastoletnią sierotą Adelą Lemercier. W dniu ślubu posiadali oboje całego majątku 70 franków. Rozpoczęli z tem od sprzedaży papieru listowego i laku w bramie jakiegoś domu. Później najęli sobie już dziurę, sklepik nie dużo większy niż dłoń, w którym siedzieli lat 10, rozszerzając zwolna swój handel. Dziś posiadają magazyn materyałów pisemnych przy ulicy de Clichy, który wart na ślepo 50.000 franków.
Adela niezbyt świetnem oddawna już cieszy się zdrowiem. Kaszlała cokolwiek zawsze. Duszne sklepowe powietrze, siedzący tryb życia za ladą, niewiele są warte. Lekarz, do którego mąż zwracał się po poradę, zalecał jej wypoczynek i spacery w pogodne dni. Lecz to są rady, do których nie podobna się zastosować komuś, co pragnie jak najprędzej zdobyć skromną rentę i wieźć dzięki niej spokojny byt. Adela więc mówi, że chętnie sobie odpocznie i że będzie się przechadzać całemi dniami, ale dopiero później, skoro sprzedawszy sklep, wycofają się z interesów i przeniosą się na prowincyę.
Pan Rousseau niepokoi się o żonę bardzo w dnie, kiedy Adela bywa bledsza i kiedy na twarz jej występują ceglaste wypieki. Tylko że mając na głowie cały magazyn, nie jest w stanie chodzić za nią krok w krok i przeszkadzać jej w popełnianiu różnych nieroztropności. Całemi tygodniami nieraz brak mu jednej choćby wolnej minuty, by módz pogadać z żoną o jej zdrowiu. Gdy potem nagle doleci go jej suchy kaszel, oburza się na nią, każe jej okryć się szalem i bierze ją na spacer na pola elizejskie. Adela jednak wraca z spaceru jeszcze słabsza i jeszcze bardziej kaszląca; handlowe sprawy porywają pana Rousseau a choroba idzie na nowo w niepamięć aż do nowej kryzys. Tak to w zawodzie kupieckim: człowiek umiera, bo nie ma czasu się leczyć.
Dnia pewnego pan Rousseau bierze lekarza na bok i zapytuje go otwarcie, czy życiu żony grozi jakie niebezpieczeństwo. Lekarz oświadcza zrazu, że należy pokładać ufność w naturze, że widział wiele osób, daleko ciężej chorych, którym udawało się wygrzebać. Następnie jednak, pod naciskiem pytań, wyznaje, że pani Rousseau ma suchoty i to nawet w dosyć wysokim stopniu. Mąż, usłyszawszy to, blednie. Kocha on Adelę za te długie, wspólne wysiłki, jakie podejmować musieli, zanim chleb biały stał się na ich stole codziennym. Ma w niej nietylko żonę, lecz także wspólnika, którego ruchliwość i inteligencya dobrze mu są znane. Gdyby ją utracił, byłby to cios zarówno dla jego serca, jak i dla jego handlu. Tymczasem wszakże trzeba mu zebrać całą odwagę, trudno bowiem zamknąć sklep, aby się w łzach módz rozpływać. Stara się tedy niczego po sobie nie okazać, aby nie przestraszać Adeli widokiem zapłakanych oczu. Wysila się na swój zwykły humor. Po upływie miesiąca jednak, przypomniawszy sobie te smutne rzeczy, nabiera przekonania, że lekarze mogą się mylić czasami. Żona jego nie ma przecież wcale wyglądu osoby chorej. I w końcu zaczyna patrzeć na jej powolną śmierć bez obaw prawie, zajęty swemi sprawami, przygotowany już co prawda na katastrofę, ale gdzieś w bardzo dalekiej przyszłości.
Adela powtarza od czasu do czasu:
— Skoro się przeniesiemy na wieś, zobaczysz, jak mi się odrazu polepszy!... Boże! przecież to już niedłużej na to czekać, niżeli jakie ośm lat!... Ani się człowiek obejrzy, jak zlecą!
I panu Rousseau nie przychodzi wcale na myśl, że mogliby się przecież wycofać z interesów natychmiast, poprzestawszy na skromniejszych oszczędnościach. Lecz Adela by na to z pewnością nie przystała. Kiedy się sobie raz powiedziało: tyle a tyle musimy zebrać — należy umieć wytrwać w postanowieniu.
Pomimo to wszystko z panią Rousseau dwa razy już było tak źle, że musiała czas jakiś odleżeć w łóżku. Dźwignęła się jakoś oba razy, by zejść natychmiast do sklepu. Sąsiedzi zaczynali jednak odzywać się: — „To kobieciątko długo nie pociągnie.“ — I nie mylili się. Akurat w chwili sporządzania rocznego inwentarza położyła się do łóżka po raz trzeci. Rano przyszedł lekarz, pomówił z nią, zapisał lekarstwa z miną, zdradzającą roztargnienie. Pan Rousseau, pouczony o istotnym stanie rzeczy, wie, że fatalne rozwiązanie jest już tym razem o krok tylko. Ale inwentarz zatrzymuje go w sklepie, najwyżej na jakieś pięć minut może się wyrwać do mieszkania od czasu do czasu. Przybiegł również w chwili wizyty lekarza, poczem oddalił się razem z nim i wpadł znowu na minutę przed samem drugiem śniadaniem. O godzinie 11. w nocy położył się spać w sąsiednim pokoju, kazawszy ustawić sobie tam składane łóżko. Przy żonie została służąca Franciszka. Okropne dziewczysko z tej Franciszki: owerniaczka z ogromnemi, niezgrabnemi łapami, wielce wątpliwej schludności i ugrzecznienia. Potrąca umierającą, przynosi jej ziółka zachmurzona jak zbój i hałasuje w niemożliwy sposób, sprzątając pokój, który mimo tego pozostaje w kompletnym nieporządku: zawalane flaszki zapełniają całą komodą, miednica wiecznie brudna, cuchnące ścierki wiszą na poręczach krzeseł, pokój jest tak zapchany gratami i naczyniami, że nie wie się doprawdy, gdzie nogę postawić. Pani Rousseau jednakże nie uskarża się wcale i poprzestaje na pukaniu w ścianę pięścią, kiedy służąca zbyt długo nie zjawia się na jej wołanie. Franciszka bowiem ma przecie coś więcej na głowie, niż stać nad swoją panią; do niej należy sprzątanie sklepu na dole, ona gotuje dla pana i subiektów, nie mówiąc już o rozmaitych posyłkach i innych czynnościach nieprzewidzianych. To też pani Rousseau nie może od swej sługi wymagać, aby siedziała przy niej bez ustanku. Sługa zagląda do chorej pani kiedy ma czas.
Zresztą Adela nie zaprzestaje w łóżku nawet troszczyć się bezustannie o sklep, dociekając myślą, jak też tam idzie sprzedaż. Co wieczór wypytuje męża, jaki był targ. Inwentarz siedzi jej klinem w głowie. Ile razy mąż wpadnie do niej na górę na parę minut, nie mówi z nim wcale o swojem zdrowiu, lecz dowiaduje się jedynie, jak się też zapowiada tegoroczny zysk. Martwi się ogromnie, słysząc, że rok był mierny: tysiąc czterysta franków mniej niż zeszłego roku. Trawiona gorączką, jeszcze się troszczy o zeszłotygodniowe zamówienia, porządkuje rachunki i nie przestaje zajmować się ruchem w sklepie. Ona też pierwsza wysyła zawsze męża na dół, jeźli się nazbyt długo przy jej łóżku zasiedzi. Jego obecność jej przecie nie uzdrowi, a odbić się może szkodliwie na interesach. Przysięgłaby, że kiedy męża na dole nie ma, subiekci zbywają kupujących i powtarza mu raz po raz:
— Idź już, idź, mój drogi. Mówię ci, że mi nic nie trzeba. A nie zapomnij zamówić regestrów, bo już nam mało co zostało... Zbliża się czas, gdzie ich najwięcej odchodzi.
Dłuższy czas łudziła się co do swego istotnego stanu, spodziewając się z dnia na dzień, że nazajutrz z pewnością już opuści łóżko i pójdzie zająć za ladą swe dawne miejsce. Snuje nawet projekta: jeżeli będzie mogła niedługo wychodzić, zrobią w niedzielę wycieczkę do St. Cloud. Nigdy jeszcze tak mocno jak teraz nie tęskniła za widokiem drzew. Naraz jednego ranka spoważniała. W bezsennych godzinach nocy zbudziła się w niej niewzruszona pewność, że umrze niedługo. Nie wspomniała nic o tem do samego wieczora, rozważając swój stan, z oczyma wlepionemi w sufit. Wieczorem jednak zatrzymała przy sobie męża i najspokojniej w świecie, jakby mu dawała fakturę do przejrzenia, rzekła:
— Musisz pójść jutro po notaryusza. Mieszka niedaleko stąd, na ulicy St. Lazare.
— Po cóż znów po notaryusza!... — wykrzyknął pan Rousseau. — Przecież jeszcze nie jest tak źle!...
Odpowiedziała mu jednak z właściwą sobie spokojną i roztropną miną:
— Być może! Ale to mnie uspokoi, widzisz, skoro nasze interesa zostaną uporządkowane... Pobraliśmy się na podstawie wspólności majątkowej, kiedy jedno ani drugie nie miało grosza. A ponieważ się uskładało wspólną pracą jaki taki mająteczek, nie chciałabym, aby po mojej śmierci rodzina moja mogła przyjść cię obedrzeć... Moja siostrzyczka Agata nie zasłużyła sobie u mnie niczem na to, żebym jej zostawiła chociażby pół złamanego grosza... O! wolałabym raczej do grobu wszystko zabrać!
Uparła się i mąż musiał nazajutrz przyprowadzić notaryusza. Wypytywała go o wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów, pragnąc zachowania wszelkich ostrożności, aby wszelka możność kwestyonowania jej ostatniej woli została wykluczoną. Skoro po sporządzeniu testamentu notaryusz oddalił się, wyciągnęła się na posłaniu, szepcąc:
— No, teraz umrę spokojnie... Byłabym może przyszła do siebie na wsi, nie mogę się też zaprzeć, że wsi mi trochę żal... Ale co tam... Ty za to pojedziesz na wieś. Przyrzeknij mi, że się przeniesiesz tam, gdzieśmy to ułożyli, do tej wioski, gdzie przyszła na świat twoja matka, koło Melun... To mi sprawi przyjemność...
Pan Rousseau rozpłakał się rzewnemi łzami. Poczęła go pocieszać, udzielać mu rad. Jeśli mu będzie smutno samemu, powinien się ożenić; niech sobie jednak wybierze kobietę nieco starszą, bo panny, idące za wdowców, poślubiają zawsze ich pieniądze. I wymienia mu jednę z wspólnych znajomych, z którą radaby go zobaczyć złączonego małżeństwem po swojej śmierci.
Tej samej nocy nadchodzi straszliwa agonia. Adela poczyna się dusić, woła, że jej brak powietrza. Sługa usnęła przy niej na krześle. Pan Rousseau, stojący u wezgłowia łóżka, nie jest w stanie uczynić nic więcej, jak ująwszy rękę umierającej, dać jej poznać uściskiem, że znajduje się przy niej, że jej nie opuszcza. Za nadejściem rana ogarnia suchotnicę naraz ogromny spokój. Jest bardzo blada, oczy ma przymknięte, oddycha zwolna. Mężowi zdaje się, że może zejść na dół z Franciszką, aby otworzyć sklep. Wróciwszy, zastaje żonę ciągle bardzo bladą, jakby zesztywniałą w postawie, w jakiej ją opuścił, tylko oczy ma teraz rozwarte. Umarła.
Zbyt dawno pan Rousseau przygotowany był na jej utratę, nie stać go zatem na łzy, jest tylko jakby przywalony ogromnem znużeniem. Schodzi na dół, patrzy, jak Franciszka zamyka napowrót okienice sklepowych okien, potem kreśli na arkuszu papieru słowa: „Zamknięte z powodu wypadku śmierci“ — i przykleja go na drzwiach za pomocą czterech opłatków. Cały ranek zbiega na górze na porządkowaniu pokoju zmarłej. Franciszka zamiata co żywo podłogę, uprząta flaszki z lekarstw, przy zwłokach nieboszczki zaś ustawia płonącą świecę i filiżankę z święconą wodą; spodziewanem jest bowiem przybycie siostry Adeli, owej Agaty, która ma język węża, więc sługa nie chce, aby ją spotkał zarzut niechlujstwa z tej strony. Pan Rousseau wysłał tymczasem jednego z subiektów, aby pozałatwiał niezbędne formalności, sam zaś udał się na probostwo, gdzie stracił sporo czasu na targach o cenę pogrzebu. Z tego, że go spotkało nieszczęście, nie wynika jednak, aby się pozwolił obdzierać. Kochał bardzo swą żonę, jeźli zaś ona może go jeszcze widzieć z tamtego świata, nie ulega wątpliwości, że największą przyjemność jej tem sprawi, jeżeli się wytarguje do ostatniego o pogrzeb. Swoją drogą, ze względu na sąsiadów, chciałby, ażeby obrządek wypadł przyzwoicie. Nakoniec umówił się, że zapłaci 160 franków księdzu a 300 przedsiębiorcy pogrzebowemu. Łącznie z drobnymi wydatkami uczyni to co najmniej 500 franków wydatku.
Za powrotem do domu zastał pan Rousseau siostrę zmarłej przy zwłokach. Agata jest to okaz kobiety wysokiej, suchej, z zaczerwienionemi oczyma oraz sinemi, wązkiemi ustami. Od trzech lat byli oboje z Agatą poróżnieni i nie widywali się z nią zupełnie. Podniósłszy się ceremonialnie, ucałowała szwagra. W obliczu śmierci ustają wszelkie waśni. Pan Rousseau, który zrana nie był w stanie zdobyć się na łzę, wybucha w tej chwili płaczem na widok bladych i zastygłych rysów żony, z wydłużonym nosem, z twarzą jakgdyby mniejszą, którą zaledwie zdołał poznać. Oczy Agaty pozostały suche. Rozsiadłszy się w najlepszym z foteli, wodzi po całym pokoju badawczym wzrokiem, jakgdyby sporządzała szczegółowy inwentarz zapełniających go mebli. Do tej chwili nie dotknęła ni jednym wyrazem kwestyi interesów, widocznem jest wszakże, że jest o nie mocno niespokojna i nie przestaje stawiać sobie w duchu pytania, czy też zmarła pozostawiła testament.
W dzień pogrzebu, w momencie składania zwłok do trumny, zdarza się, że ludzie przedsiębiorcy pogrzebowego przynieśli przez pomyłkę za krótką trumnę, biegną więc co żywo po inną a tymczasem karawan czeka przed bramą a cała dzielnica wzburzona jest zajściem. Nowe stąd męki dla pana Rousseau. Gdyby to przynajmniej przywróciło do użycia Adelę, że ją zatrzymują tak długo!... Nakoniec zniesiono na dół biedną nieboszczkę, poczem trumna wystawiona była wszystkiego tylko przez dziesięć minut w obleczonej kirem bramie. Ze sto osób czeka na dole: okoliczni kupcy, lokatorzy tej samej kamienicy, paru rzemieślników w ubraniach odświętnych. Orszak wyrusza, pan Rousseau idzie za trumną.
Po drodze sąsiedzi, na widok pogrzebu, żegnają się krzyżem, szepcąc: to żona kupca papierowego, prawda?... ta mała, żółta jak wosk kobiecina, na której nie było nic więcej nad skórę i kości?... At! lepiej jej będzie w ziemi. Oto i los nasz, kupców zamożnych, pracujących całe życie, by użyć trochę świata na starość!.. Użyjeż teraz, użyje! biedna pani Rousseau. Pan Rousseau, kroczący za zwłokami z odkrytą głową, sam jeden, wybladły, z rzadkim włosem, powiewającym na wietrze, wywiera na wszystkich dodatnie wrażenie.
Księża uwinęli się w kościele w kilka minut z ceremonią. Agata, siedząca w pierwszej ławce, ma taką minę, jakby rachowała płonące świece. Myśli z pewnością, że szwagier mógł śmiało załatwić to wszystko z trochę mniejszą paradą; bo jeśli nie ma testamentu i ona dziedziczy połowę majątku, część kosztów pogrzebu spadnie tem samem na nią. Księża kończą ostatnią modlitwę, kropidło krąży, orszak opuszcza kościół. Na cmentarz udają się prawie wszyscy obecni. Do trzech żałobnych pojazdów powsiadały damy, biorące udział w pogrzebie. Za karawanem postępuje pan Rousseau, zawsze z odkrytą głową, i ze trzydzieści osób, sami dobrzy znajomi. Całą ozdobę karawanu stanowi czarna draperya, oszyta srebrną frendzlą. Przechodnie uchylają przed ciałem szybko kapeluszy, nie zatrzymując się.
Ponieważ pan Rousseau nie posiada rodzinnego grobu, wynajął przeto po prostu na lat pięć miejsce na cmentarzu Montmartre, postanawiając zakupić później wieczyste prawo własności i odkopawszy zwłoki ulokować je w odpowiednim grobie na stałe.
Karawan zatrzymuje się na końcu jednej z alei cmentarnych, skąd trumnę zaniesiono na ramionach, pomiędzy szeregami nizkich mogił, nad świeży dół, wykopany w sypkim gruncie. Uczestnicy pogrzebu, otoczywszy grób, przestępują z nogi na nogę w milczeniu. Ksiądz, szepnąwszy przez zęby dwadzieścia słów, oddala się. Na wszystkie strony widać na grobach małe, ujęte w żelazną kratę ogródki, pełne goździków i zieleni. Białe kamienie wyglądają w oprawie zielonego tła wesoło, jakby nowiuteńkie. Uwagę pana Rousseau przyciąga szczególniej widok nagrobka w kształcie kolumny z symboliczną urną na wierzchu. (Zaraz nazajutrz zjawił się u niego kamieniarz, aby go kusić pękiem projektów i planów. Pomyślał wówczas, że skoro nabędzie wieczyste prawo własności grobu, postawi żonie natychmiast nagrobek w kształcie kolumny z taką piękną wazą).
Tymczasem Agata zabiera go z sobą z cmentarza a wróciwszy do sklepu, bierze na odwagę i wytacza kwestyę majątku. Zaledwie jednak usłyszała, że jest testament, zerwała się jak oparzona i wyszła, trzaskając drzwiami. Noga jej nie postanie więcej w tym kramie!...
Pana Rousseau raz po raz porywają nawroty żalu, które go omal nie uduszą. Co jednakże najsilniej działa na jego umysł, najbardziej mąci mu w głowie, to myśl — że jego magazyn przez całe prawie dwa dni powszednie był zamknięty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.