Joanna (Sand, 1875)/Rozdział XVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor George Sand
Tytuł Joanna
Rozdział XVII. Wielka-Boginka
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1875
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bogumił Wisłocki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.
Wielka-Boginka.

Słońce jeszcze nie zaszło, a romansowa Maryja już poszła do stajni, gdzie Joasia krowy doiła, i usiadłszy na żłobie weszła z nią w rozmowę zaczynając od przygody na górze Barlot. Piękna mléczarka dowiedziawszy się od niéj z największą pewnością że Wilhelm, Arthur i Marsillat byli sprawcami tego cudu, któren najgłówniejsze i najważniejsze zdarzenie w jéj życiu stanowił, zawiesiła na chwilę swoją robotę, i przez chwilę niemogła przyjść do siebie, tém wyjawieniem przerażona. Gdyby ktokolwiek inny jej był o tém powiedział, nigdyby mu nie była wierzyła; lecz ona szanowała swoją pannę z równą czcią prawie jak swoją patronkę, Dziewicę boską, i osłupiała, zmięszana tym ciosem zimnéj rzeczywistości, przez długi czas opamiętać się nie mogła. I w istocie, jeżeli się wieśniakowi wiarę w cud odbierze, zdaje się, że się mu odbiéra część jego duszy.
— Jak widzę, moja Joasiu! — rzekła młoda dziedziczka zamku, — to bardzo żałujesz twojego marzenia?
— Prawda kochana panno! że bardzo żałuję, — odpowiedziała Joanna, — bom się już była przyzwyczaiła codziennie o niém myśleć. Lubo, jeźli tracę przyjemność, tracę razem i wielki kłopót.
— Wytłómacz się jaśniéj. Wszak mnie Joasiu wszystko powiedzieć możesz. Ty wiész, że cię bardzo kocham. Wiész także, że sobie nigdy z ciebie nie żartuję, a chociaż dotąd niewiedziałam jeszcze, jak daleko w boginki wierzysz, nigdy jednak nie miałam tak mało ochoty jak dzisiaj dręczyć cię o to lub upokorzyć.
— O wiém ja o tém, moja dobra panienko, że macie bardzo dobre serce! Ale cóż, kiedy wy niewierzycie w te rzeczy, co my.
— To prawda; ale cię przecież posłuchać mogę, a może nawet i przyjąć twoje myśli, jeżeli uznam, że są prawdziwe. Naucz mię tedy twojéj wiary; pomyśl sobie, że jestem niewierną, i że mię chcesz nawrócić. Powiedz mi, co to są te boginki?
— O panno, to bardzo łatwo; są to córki boga, albo córki djabła. Kochają nas lub nienawidzą, pomagają nam lub nas dręczą, zatrzymują nas w dobrém lub nas do złego potrącają, a to podług tego jak ich znamy, i czy dobrym, czy złym się oddajemy. Jeżeli dziewczyna ma świadomość, pozyskuje zbawienie zostając zawsze roztropną. Jeżeli zaś nie ma świadomości, przychodzą jej złe myśli, i daje się ułudzie i pociągnąć do złego, sama nie wie jak.
— Dobrze więc! Kiedyś przebudziwszy się wtedy ze snu, na swych kamieniach krwawo-ofiernych znalazła w twoim ręku te trzy sztuk pieniędzy, czyś je uważała za podarunek boginek, czy téż za podstęp?
— Zaraz wam powiém, kochana panno. Trzeba wam już powiedzieć wszystko. Czy panna nie wie o tém, że w naszych stronach jest skarb ukryty?
— Wiém o tém że wszyscy go szukają, a nikt go znaleźć nie może. Mówią także, iż w górach Toull całe ciele złote ma być zagrzebane; i że to ciele złote, czyli wół złoty, jak go nazywacie, wstaje, wychodzi z swojéj jamy nieznajoméj w niektórych dniach roku, szczególnie w noc bożego narodzenia, i zaczyna biegać po okolicy, pryskając ogniem oczami i nozdrzami.
— Prawda panno, tak ludzie mówią.
— Mówią także, iż jeżeli kto popełniwszy zbrodnię przypadkiem tego wołu nadybie, wół go przestrasza, biegnie za nim i zabić go może; a przeciwnie, jeżeli ta osoba jest wstanie łaski, i wprost na niego idzie, niema się niczego obawiać. Mówią nakoniec, że jeżeli taka osoba ma to szczęście, iż go zdybie w noc bożego narodzenia podczas podniesienia w kościele, może wtedy tego wołu schwycić za rogi i poskromić, a wtedy wół złoty klęka przed nią, i prowadzi ją do swojéj jamy, a ta jama jest to właśnie jama złota, to miejsce, w którém leży skarb dawnego i starożytnego miasta Toull, które zaginęło, i którego daremnie szukają od tysiąca lat.
— Prawda panno; i wy wiécie o tem wszystkiém?
— Słyszałam już o tej bajce, a wczoraj wieczór pan Marsillat wiele nam szczegółów o tém opowiedział, i zapewnił nas, że wszyscy prawie mieszkańcy z Toull i jego okolic w to głupstwo święcie wierzą, chociaż się z tém przed innemi nie zwierzają. A tyż Joasiu, czy i ty w to wierzysz?
— Powiedzieliście już kochana panno, że to głupstwo. Ja zaś nic nie mówię o tém. Nie mówię, że jest głupstwo, bo moja matka w to wierzyła; nie mogę także twierdzić że to jest prawdą, bo ksiądz proboszcz z Toull mówi, że to jest grzéchem. Ale ja się starałam zawsze uchronić się od złego, aby nie zostać zabitą, gdybym wołu nadybała, i znaleść skarb, gdyby to boską wolą być miało.
— A zatém ty w to wierzysz, moja poczciwa Joasiu. I cóż daléj?
— Daléj panno? Czyliż wam nie powiedziano że nie trzeba nigdy mieć ani okruszyny złota na własność, aby nie być w niebezpieczeństwie?
— Prawda, i o tém mi mówiono. Czy sądzisz, że złoto nieszczęście sprowadza?
— Co to, to prawda! Każdego razu, kiedy jaki pan której dziewczynie złoto pokazał, ona jakby głowę straciła, i natychmiast się mu oddała, niezważając nawet czy był stary, złośliwy i brzydki! Otóż kiedym złoto spostrzegła w mojej ręce, rzuciłam go natychmiast daleko od siebie, a potém, aby komu innemu nie zaszkodziło, wykopałam nożem jamę w ziemi pod wielkim kamieniem krwawo-ofiernym, i trzewicem moim wtrąciłam luidora do téj jamy. Ale że i srébro miałam w ręcę, srébra się nie bałam, i zaniosłam go natychmiast mojej matce.
— A więc zaraz ci się boginki przypomniały?
— Nie moja panno! Ja o nich nie myślałam wcale, bom jeszcze wtedy nie miała o nich świadomości; wiedziałam tylko, że złoto nieszczęście sprowadza, i niechciałam go mieć. Dopiéro wtedy kiedym matuni mojej powiedziała co mi się wydarzyło, i kiedym jej obie sztuki srébrne pokazała, zaczęła mię nauczać. Wyłajała mię bardzo, żem zasnęła koło skał krwawo-ofiernych, gdzie złe duchy przesiadują, i nauczyła mnie, co mam czynić, aby się wybawić od nich, które sobie tak ze mną postąpiły, jak gdyby mnie zakupić chciały na swoje usługi. Bardzo była rada, żem zostawiła luidora na górze Barlot, i żem go do kieszeni nie schowała, ani się na niego z chęcią nie patrzyła, ani téż nie życzyła dla siebie go zatrzymać. Nie wiedziała co powiedzieć o wielkim talarze białym. Mógł on szkodzić, albo nie szkodzić, ale mógł także nie być ani szkodliwy ani nieszkodliwy, bo są boginki, które czasem weseląc się lubią się ubawić, robiąc komuś na złość, chociaż nieszkodliwie; zatrącą naprzykład gdzie wrzeciono, lub zerwią czasem nić przy przędzeniu, lub przeszkodzą zwijaniu nici wywracając motowidło jeźli człowiek nie jest baczny. Kazałyśmy przeto talara w kościele poświęcić, i wrzuciłyśmy go do szkatułki na ubogich. A co do tej sztuki pięciu su, że była mała, świécąca i ładniutka.... i był na niej césarz, a moja biédna matula bardzo tego cesarza kochała. Nieraz mówiła, że gdyby nie była mamką, toby była przekupką lub szynkarką została, i poszła na wojnę przeciwko Anglikom, którzy nasz kraj zabrali i spustoszyli już bardzo dawno, jeszcze za czasów Wielkiéj Pastérki!
— No i cóżeście zrobiły z tą małą sztuką złota?
— Moja nieboszczka matka rzekła do mnie: „Joaś, ten pieniądz nie będzie szkodził, oznacza on honor i szczęście. To zapewnie dobra boginka, widząc jak zła boginka skusić cię chciała złotem, włożyła w twoją rękę ten mały bielutki pieniądz aby cię obronić. Musiała to być z pewnością Wielka-boginka z Ep-nell, która ci dobrze życzy, bo wie że nie jesteś złą dziewczyną, żeś nigdy nikomu krzywdy nie zrobiła, ani téż nikomu ciężarem nie była. Schowajże więc ten jéj podarunek, i nierozłączaj się z nim nigdy.“ Potém przebiła ten mały pieniądz i przywiązała mi go do krzyża u mojego szkaplérza wraz z małym medalijonikiem najświętszéj panny, która nad wszystkiemi dobremi boginkami panuje; a ja go zawsze noszę przy sobie. Oto niech się mu panna przypatrzy, noszę go zawsze przy sobie w kieszeni, a w nocy zawieszam go na szyi, a tak się nigdy z nim nie rozłączam.
I pokazała zarazem przyjaciółce swojej młodej mały szkaplerzyk z owych szarych korali, które na naszych polach rosną, a których nazwy już nie pamiętam. Lichy podarek sir Arthura był do nich przywiązany małém żelazném uszkiem.
— Otóż to moja panno, — mówiła daléj Joanna — całe wydarzenie z tymi trzema pieniądzmi, które mię tyle modlitw kosztowało, bom myślała że to cud jaki, i nieraz mię strachem wielkim nabawiało. Panna mówi, że to nie jest cud żaden. A może się téż panna i myli! Boginki się może wmieszały w całą tę sprawę, i wybrały między tymi trzema panami jednego, chociaż o tém wcale nic nie wiedział, którego podarunek miał na mnie sprowadzić nieszczęście.
— A wiész ty, moja biédna Joasiu, od kogo ten twój pieniądz mały pochodzi?
— Zapewnie od mojego chrzestnego panicza.
— Otóż nie! od pana Anglika!
— Od Anglika! A! — zawołała Joasia zdziwiona, czy to Anglik może sprowadzić szczęście na biédnego chrześcijanina?
— Czy ty myślisz że Anglicy nie są chrześcijanami?
— Ja niewiém!
— A ja cię zapewniam, że są tak dobremi chrześcijanami jak i my Joasiu!
— O, wiém ja o tém dobrze, że to teraz tak gadają; ale kiedy to jeszcze żył ojciec panny, któregoście nie znali, to wtedy inaczéj o nich mówili. A czy panna wie, dla czego moja biédna matka chciała, ażebym zdybała wołu, i znalazła skarb?
— No, dla czegóż?
— Mówiła, że skarb ten jest tak wielki, że nikt niemoże jego końca zobaczyć; i że nim możnaby cały świat uszczęśliwić, i żeby jeszcze było za co wystawić wielkie wojsko aby Anglików z Paryża wypędzić, — bo oni byli wtedy panami w Paryżu jak się zdaje, kiedy mi o tém mówiła.
— Z jakiegoż to powodu nienawidziła twoja matka tak bardzo Anglików?
— Wszakci ona się tego nauczyła w domu waszym, kiedy mamczyła braciszka panny. Wasz ojciec nieboszczyk, który — jak mówią — wielkim miał być wojskowym, wojował przeciwko nich, a wasza pani matka, która się zawsze bała, aby gdzie nie został zabity, na śmierć ich nienawidziła. A kiedy Anglicy césarza zamknęli do żelaznéj klatki, moja matka płakała, i ja płakałam widząc, że ona płacze. A potém, kiedy ludzie mówić zaczęli, że Anglik przywiózł nam z swojego kraju króla anglika i osadził go w Paryżu, aby rządził Francuzami, mocno się gniewała, i mówiła: „Moja biédna pani z Boussac będzie się teraz bardzo martwiła.“ — Dla tego się téż mocno zdziwiłam, jakem do zamku przyszła, kiedym usłyszała, jak pani matka panny mówiła: że kocha teraźniejszego króla; i nie wiedziałam sama co mam myśleć, kiedym zobaczyła że jego obraz ma w swoim pokoju, a obraz césarza na strychu powieszono. Nie mogłam tego ścierpieć, i zniesłam go do mojéj izby tak, że ona o tém nie wie, i nie wierzę, żeby miało w tém być co złego.
— Złego w tém nic nie ma. I ja podziwiam i lituję się nad césarzem. Ale miéj się na baczności, aby pani Charmois tego nie odkryła nigdy, że ty tak czcisz obraz césarza, bo by dotąd mamie spokoju nie dała, dopokąd by go spalić nie kazała.
— Ja go téż codziennie rano osłaniam prześcieradłem, które na nim wieszam. Ale wieczorem, kiedy do mojej izby powrócę, w tedy się mu przypatruję, a to mi wielką przyjemność sprawia. Bo widzi panna, i mój ojciec był żołnierzem pod césarzem, i był z nim w kraju, któren Włochami nazywają, i bił się dobrze. Ja go prawda nie wiele pamiętam, ale o tém wiém dobrze, że nie lubił Anglików, i był u nas obraz césarza, który ciągle wisiał na ścianie, i wraz z domem się spalił,
— A zatém ty myślisz wojnę Anglikom wypowiedzieć moja Joasiu? Jak znajdziesz skarb, wystawisz wielkie wojsko, i sama staniesz na czele na pięknym, białym koniu, jak niegdyś dziewica orleańska, owa Wielka-pastérka, która nasz kraj oswobodziła od czerwonych ubiorów.
— A jakże to panna wie o tém? Co noc śnię o tém, a nawet czasami kiedy się przebudzę i bydło moje pasę, coś mi się tak marzy, jakby się to wszystko działo. Ale ja nikomu o tém ani słowa nie mówię.
— Ale ja cię odgaduję moja Joasiu, a może i ja sama podobne miewam marzenia. Będąc tak blisko Saint-Sévére, trudno się oprzeć uniesieniu słysząc powieści o tém co się niegdyś działo. Mówią, że w Toull się jeszcze lwy znajdują, których Anglicy z kamienia tam wyciosać kazali, aby poniżyć kraj, i ze codziennie jeszcze ludzie nogami po nich depcą.
— O teraz widzę, że i panna jest tak, jak ja. Moja matunia mi mówiła, że dziadek panny był w wielkiéj przyjaźni z Wielką-pasterką, i że wielkim był wojownikiem, i Anglików nie cierpiał.
— Mój dziad?
— Tak panno; pan na Boussac. Ona o tém słyszała tu w domu.
— Moja Joasiu, są to rzeczy dawniejsze jak się tobie zdaje; ale to nic nie szkodzi. Był w istocie w naszym rodzie marszałek de Boussac, który był towarzyszem Dziewicy, i czuję to tak dobrze, jak i ty moja Joasiu, żeby to ładnie było podobne życie prowadzić. Ale teraz już nie są czasy po temu. Mamy teraz spokój, może spokój wieczny z Angliją. Jesteśmy wolni, a Anglicy nieprzyjdą już jawnie prawa nam dawać. Niewypada ci przeto jako dobrej chrześcijance ich nienawidzić i chcieć wojska przeciwko nim stawiać.
— Czy się to pannie niepodoba, com powiedziała? Niechże mi więc panna przebaczy.
— Przeciwnie moja luba Joasiu, twoje myśli bardzo się mi podobają, i jeszcze bardziéj cię za to kocham, że ci takie marzenia przychodzą. Ale tego wszystkiego teraz już uczynić nie można; a z resztą wiele jest Anglików poczciwych, którzy nas kochają, i żałują bardzo cesarza.
— Czy prawda panno? czy są tacy? O to trzeba będzie tym przebaczyć.
— Niezawodnie moja dobra Joasiu, i musisz zrobić początek z naszym przyjacielem panem Harley, który podziwia ładną pastérkę i césarza tak bardzo jak i ty sama.
— A jednak, — odpowiedziała Joanna potrząsając głową, — Anglicy oboje o śmierć przyprawili. Spalili Wielką-pastérkę za to, że posiadała świadomość!
— Ręczę ci za to, że p. Harley ją czci jako męczenniczkę i świętą.
— To musi być człek poczciwy z tego pana Anglika?
— O zapewnie jest to człowiek jeden z najlepszych, najrozsądniejszych, i najlitościwszych na téj ziemi, Joasiu!
— To bardzo dobrze; nie będę potrzebowała odejmować jego małego białego pieniądza od szkaplérza.
— Nie czyń tego; wielkie byś mu przez to zmartwienie zrobiła.
— A to dla czego, panno?
— Bo cię kocha, Joasiu.
— On mię kocha? A więc to musi być prawda, że znał moją matkę!
— Niewiém, moja luba; ale to wiém, że cię bardzo kocha.
— A to dla czego?
— Bo on wszystko kocha, co jest ładne i dobre.
Panna de Boussac długo jeszcze w ten sposób rozmawiała z wielkiém zadziwieniem Joanny, która się siliła na podziękowania, niepojmując wcale téj miłości, któréj przedmiotem była. Przyjmowała ją jednak jako znak dobroci serca, i słuchała uważnie z wielką prostotą mowy pochwalnéj, którą jéj panna nad zaletami sir Arthura rozwodziła. Lecz kiedy Maryja zaczęła wyjaśniać te uczucia Joannie, które ona w nim pobudziła, spostrzegła się w krótce, że zamiast zyskiwać, coraz więcéj pola traciła, i że jakaś nieufność i zgroza, uczucia, które były całkiem przeciwne zwyczajnemu jéj usposobieniu, ogarnęły młodą dziewczynę.
— Już to drugi raz panna mię zmusza do tego, abym powiedziała co myślę, — rzekła — niewiém tylko, dla czego się panna tém tak zajmuje.
— Widzisz moja Joasiu, — odrzekła panna de Boussac, — że i ja jestem na wydaniu, że i po mnie może ktoś zajechać dziś albo jutro!
— O, jeżeli to panna dla tego tylko się mnie dopytuje, aby coś mówić, — odpowiedziała Joasia, która z wielką prostotą tym podstępem niewinnym ułudzić się dała, — to ja widzę, że będę musiała trzymać język za zębami, bobym mogła niechcący pannie co przykrego powiedzieć.
— Nigdy moja Joasiu; widzisz że i mnie równie jak i tobie za mąż się nie śpieszy, ani się téż w nikim nie kocham. Możesz przeto mówić śmiało, a ja cię proszę o twoją poradę.
— O jabym się nigdy nie odważyła na to, abym pannie radzić miała!
— Ty mnie więc nie kochasz?
— Jak téż to panna może powiedzieć!
— Jeżeli mnie kochasz więc mów! — zawołała Maryja, otaczając ramieniem swoim jéj szyję, i przyciągając ją do siebie od żłobu. — Przypuśćmy żebyś ty była na mojém miejscu, a pan Harley chciał się żenić z tobą?
— Alboż ja wiém?
— Ależ przecież możesz to przypuścić!
— Ja wszystko przypuszczę, co się tylko żywnie pannie podoba, — rzekła Joasia — i odpowiem pannie szczérze co myślę: nigdybym nie poszła za mąż za tego pana: raz, że jest Anglikiem, a ja bym nie chciała mieć dzieci Anglikami. Może być żebym go lubiła, i szanuję go za to, że jest tak poczciwym człowiekiem, ale co iść za niego?.... przenigdy! choćby nawet był dla mnie, bobym niechciała zrobić przykrości duszy mojéj nieboszczki matki, i nieboszczyka ojca mojego. A potém, niechciałabym go dla tego że jest bogatym, a bogactwo tylko nieszczęście by na mnie sprowadziło. Mówią ludzie u nas, że pieniądze ludzi tylko dumnemi i złośliwemi robią. Niemówię tego o was, moja panno luba i kochana, bo niéma drugiéj osoby tak dobréj i kochanéj na świecie jak wy; ale téż i niema wiele takich, coby do was były podobne, i zaraz można poznać, że panna Elwira już nie jest taka jak wy moja panno. A potém, za nadto wielką jestem prostaczką, abym pieniędzy dobrze użyć umiała. Możebym ich na złe użyła, a moja matka mi poleciła, abym ubogą została. A nakoniec, to być niemoże, i choćby sto poczciwych Anglików żądało mię za żonę, tobym za najlepszego nawet z nich nie poszła, przysięgam to pannie na chrzest mój.
Joanna mówiła to z większą żywością, jak zwyczajnie. Pewien rodzaj patriotycznego oburzenia, które w tej chwili w jéj oczach jaśniało większym jeszcze wdziękiem jak zwyczajnie jéj twarz pokryło, chociaż wyraz jéj był zmieniony. Maryja, jak zwykle umysł poetyczny łatwo unieść się dający, nie mogła się wstrzymać aby ją nie podziwiać, chociaż jéj upór ją martwił bardzo, i w sercu porównywała ją z Joanną d’Arc. Zdawało się jej, że widzi i słyszy Dziewicę w całéj prostocie jéj mowy wiejskiéj, którą mówić musiała, nim kądziel na oręż zamieniła. To połączenie łagodności i słabości, pogody anielskiéj i zachwycenia utajonego musiało także być cechą bohaterki z Vaucouleurs, a romansowa wnuczka pana Brusse, piérwszego dziedzica na Boussac wyobrażała sobie, że dusza Wielkiéj-pastérki odżyła w Joasi, aby spocząć po swych trudach i pracy w życiu spokojném i utajoném, oczekując, aby drugie przeobrażenie powołało ją do pojawienia się powtórnego w całéj swojej okazałości bolesnéj siły i sławy.
Maryja jednak opowiedziawszy swojemu bratu i panu Harley całą rozmowę, którą dzisiaj rano z Joanną miała, z dokładnością największą, ośmieliła się z uśmiéchem zrobić ten wniosek, że sir Arthur nie powinien jeszcze rozpaczać o możliwości ugięcia téj nielitościwéj pastérki, ale że na to trzeba będzie czasu, starań, i cierpliwości.
Sir Arthur nakoniec postanowił większą powagę nadać swojej miłości, która go takim szalonym pędem uniosła. Trudności nieprzewidziane, które się wykonaniu jego zamiarom sprzeciwiały, rozpaliły jeszcze bardziéj jego serce, i stał się zakochanym i czułostkowym jak młodzian dwudziestoletni. Głowę napełnioną mając marzeniami poetycznemi, a serce przejęte uczuciami romansowemi, lubo niezręczny, lękliwy i pomięszany jak nawet Cherubin nigdy nie był wobec swoich najpiękniejszych i najświetniejszych hrabin, dla Maryi był przedmiotem podziwienia i przychylności, a dla Marsillata, który śledził wszystkie jego ruchy, wzorem najdoskonalszéj śmieszności. Prawdę powiedziawszy, to w poczciwym Harleyu i jednego i drugiego było po trosze, a wyjąwszy tylko twarz i wiek Don Kiszota, wiele miał podobieństwa do tego bohatera Cerwantesa, składającego swój hełm i wieńczącego się kwiatami, aby się w pastérza przemienić.
Wilhelm, jakby wielkiego ciężaru nagle pozbawionym się być zdawał, tak dalece, że nawet tę pracę sobie zadał, i grał rolę nadskakującego zalotnika do Elwiry, a pani Charmois zdziwiona, i unosząca się radością, że żadnego porozumienia między nim a Joanną niespostrzegała, poczęła się pieścić wielkiemi nadziejami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Sand i tłumacza: Bogumił Wisłocki.