Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Klątwa Hanrahana Rudego
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Całe Opowiadania
Pobierz jako: Pobierz Całe Opowiadania jako ePub Pobierz Całe Opowiadania jako PDF Pobierz Całe Opowiadania jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Klątwa Hanrahana Rudego.

W piękny poranek majowy, już w czas niemały, odkąd Hanrahan wyprowadził się z domu Małgorzaty Rooney, onże sam przechodził drogą w pobliżu Colooney, a szczebiot ptaszęcy, podzwaniający w krzewach białych od kwiecia, nastrajał go do śpiewu. Szedł on do własnego szczupłego osiedla, które składało się wprawdzie z jednej tylko izdebki, ale czuł się w nicm jak w niebie. Już mu się bowiem sprzykrzyło tyloletnie kołatanie od chaty do chaty o różnych porach roku, a chociaż rzadko odmawiano mu gościny i udziału w tem, czem chata była bogata, to jednak niekiedy mu się wydawało, że umysł mu już tak ociężał, jak kulasy; już nie tak łatwo, jak poprzednio, przychodziło mu żartować i bawić się po nocach, pobudzać wszystkich chłopaków do śmiechu zajmującem bajaniem i wkradać się śpiewkami w łaski kobiet. Przed niedawnym czasem zaszedł do małej budki, którą sklecił jakiś kmiotek, by w niej spocząć w czasie żniw, a potem nigdy do niej nie wrócić. Załatawszy jakotako strzechę, ułożywszy w kącie barłóg z kilku worków i prętowia i wymiótłszy klepisko, był wielce zadowolony, że znalazł sobie mały schron, gdzie mógł wchodzić i wychodzić, kiedy mu się żywnie podobało, i podpierać głowę rękoma przez cały wieczór, ilekroć napadła go zgryzota i tęsknica za dawnemi laty. Raz wraz któryś z sąsiadów posyłał doń dziatwę, by liznęły od niego nieco nauki, a to co mu one przynosiły, czy to był mendlik jaj, czy owsiany podpłomyk, czy garstka bryłek torfu — zapewniało mu utrzymanie. A gdy czasem przyszła mu ochota, by udać się na całą dobę do Burrough, nikt nie sprzeciwiał się temu, wiedząc, że jest pieśniarzem i ma upodobanie do włóczęgi.
W sam raz w ów poranek majowy wracał z Burrough, rozradowany i pohukując jakąś piosenkę, która świeżo zrodziła mu się w głowie. Już był niedaleko, gdy wtem wpoprzek drogi przebiegł zając i rwał kędyś w pole, przesadzając płoty z otoczaków. Hanrahan wiedział, że to niedobra wróżba spotkać na drodze swej zająca, a przypomniał sobie też zająca, który go zawiódł na Slieve Echtge wówczas, gdy czekała nań Marja Lavelle — ach, od tego czasu nigdy już, nigdy nie zaznał ukojenia!...
— Ani chybi, czeka mnie teraz jakoweś nieszczęście! — rzekł do siebie.
Ledwo to jednak powiedział, do jego uszu doszedł głos jakiś, niby szlochanie, od strony pola przydrożnego. Zajrzał poprzez murek i spostrzegł dziewczątko, siedzące pod krzewem śnieżnej tarniny, zanoszące się płaczem, jakgdyby jej serce krajano w kawałki. Twarz przysłoniła dłońmi, atoli jej włos jedwabisty, biała szyja i młodociana postać przywiodły mu na myśl Brygitę Purcell, Margośkę Gillane, Maeve Connelan, Oonę Curry, Celję Driscoll i inne dziewczęta, dla których układał piosnki i których serca łechtał pochlebną mową.
Podniosła oczy i przekonał się, że była to dziewczyna z sąsiedztwa, córka kmiecia.
— Cóż ci się przydarzyło, Noro? — zagadnął.
— Nie wtrącaj się do nieswoich spraw, Hanrahanie Rudy! — odcięła. — Nic mi nic poradzisz.
— Owszem — rzecze ów na to, — jeżeli ci coś dolega, to właśnie jestem jakby stworzony na to, — by ci dopomóc, boć przecie znam dzieje Greków i wiem doskonale, co to ból i rozłąka i nieobce mi uciążliwości tego świata. A gdybym nawet własną osobą nie zdołał rozproszyć twego smutku, to niejednego człeka wybawiłem ze zgryzot mocą czarowną, która jest w mych pieśniach, podobnie jak bywała w utworach wieszczów dawniejszych ode mnie, odkąd istnieje nasz świat. A kiedyś będę siedział na wieki wieków w pięknej krainie zaświatowej i gwarzył z innymi pieśniarzami.
Dziewczyna zaprzestała beków i ozwała się:
— Owenie Hanrahanie, słychiwałam ci ja nieraz o waszych strapieniach i prześladowaniach tudzież, że zaznaliście wszystkich dolegliwości ziemskich od czasu, gdyście wzgardzili miłością królewny ze Slieve Echtge; nigdyć ona was odtąd nie pozostawiła w spokoju. Lecz, o ile na ziemi nie brak ludzi, co wyrządzili wam przykrość, to i wy ze swej strony też umiecie zalać im sadła za skórę. A teraz czy uczynisz mi to, o co cię poproszę, Owenie Hanrahanie?
— Uczynię, jak mię tu widzisz! — odpowiedział.
— Ojciec mój, matuś i bracia — jęła wyłuszczać — chcą mnie wydać za starego Paddy Doe, ponieważ dzierżawi on pod górką sto włók gruntu. Tybyś jednak mógł, Hanrahanie, umieścić go w swych śpiewkach, podobnie jakeś to uczynił ze starym Piotrem Kilmartinem jeszcze za młodych lat; niech mu ta zgryzota nie daje spokoju ani przy rannem wstawaniu, czy przed pójściem do łóżka i niech mu każe myśleć o cmentarzu w Collooney, a nie o żeniaczce. Ino nie marudź z tem, bo oni se ułożyli, że jutro ma być ślub, a jabym wolała doczekać się świtania dzionka mej śmierci, aniżeli tego dnia.
— Nie bój się! już mu wpieprzę taką śpiewkę, że się schowa pod ziemię ze wstydu i markotności; lecz powiedz-że mi, ile to lat sobie on liczy, bo chciałbym o tem natrącić w piosence?
— O! on ma tych lat, a lat! On jest taki stary, jak ty, Hanrahanie Rudy.
— Tak stary jak ja? — powtórzył Hanrahan, a głos mu się jakby załamał — tak stary jak ja? Co znowu! między nami jest ze dwadzieścia lat różnicy! Ależ to ciężkie czasy, doprawdy, przyszły na Hanrahana, że dziewczątko, której liczko rozkwita majową krasą, uważa go za starego człowieka! Tfu, na psa urok! aleś mi wbiła kolkę w serce!
Odwrócił się i powlókł się drogą, aż doszedł do wielkiego głazu i usiadł na nim, gdyż zdało mu się, że całe brzemię lat w mgnieniu zwaliło mu się na barki. Przypomniał sobie, że nie było to tak dawno, jak powiedziała mu jakaś niewiasta w pewnym domu:
— Nie jesteś ty już teraz Rudym Hanrahanem, lecz Hanrahanem Płowym, bo twe włosy przybrały barwę paczesi konopnej.
Inna zaś baba, którą prosił, by dała mu się napić, przyniosła mu mleko nie ze świeżego udoju, lecz zsiadłe; bywało też, że dziewczęta wolały śmiać się i poszeptywać z niedowarzonymi młodzieńcami, gdy on w najlepsze wygłaszał swe utwory i bajał. Pomyślał też o zdrewniałości swych kulasów po rannem wstaniu z łóżka i o bólu w stawach po odbyciu podróży i poczuł, że staje się człowiekiem bardzo starym, bo to i w łopatkach miał kłucie, i na udach wystąpiły żylaki i dech mu zapierało w piersiach i skóra mu się marszczyła i więdła. A na tę myśl rozpętał się w jego duszy gniew, skierowany przeciwko starości i wszystkiemu, co ona przynosi z sobą. W sam raz podniósł oczy w górę i dojrzawszy wielkiego plamistego orła, szybującego powoli w stronę Ballygawley, zawołał:
— I ty także, orle z Ballygawley, jesteś stary, i skrzydła masz wystrzępione. Hej, wsadzę ja ciebie i twoich rówieśników, szczupaka z jeziora Dargańskiego i cis z Wanty Cudzoziemców, w swoją śpiewankę, żebyście byli przeklęci na wieki!
Po lewej stronie drogi był krzak, kwitnący jak i inne, a łagodny podmuch wietrzyka otrząsnął białe płatki na jego płaszcz.
— Kwiecie majowe, — ozwał się, zbierając je w zagłębienie dłoni, — nie zaznasz ty nigdy ciężaru wieku, bo umierasz w dobie piękności. I ciebie uwiecznię w pieśni i obdarzę cię błogosławieństwem!
Powstał, uszczknął z krzaka kiść kwitnącą i poniósł ją w ręce. Wszakoż gdy w dzień ów wracał do dom, z twarzą zasępioną i zgarbiony w plecach, znać było już w nim starca złamanego wiekiem.
Gdy dotarł do swego schroniska, nikogo w niem nie zastał, przeto wszedł do środka i czas jakiś leżał na barłogu, jak to zwykł był czynić, gdy zamierzał ułożyć czy to wiersz pochwalny czy klątwę. Nie czynił tego jednak bardzo długo, gdyż miał w sobie natchnienie wieszczów-klątewników. Zaś kiedy się z tem uporał, jął się głowić nad tem, w jakiby sposób to rozesłać po całej okolicy.
Niebawem zaczęli po jednemu schodzić się doń uczniacy, by się dowiedzieć, czy będzie dziś nauka. Hanrahan powstał i usiadł na ławce koło watry, a oni stanęli wiankiem koło niego.
Myśleli, że dobędzie Wirgiljusza lub mszał albo i abecadlnik, lecz wbrew ich oczekiwaniom podniósł w górę gałązkę tarniny, którą wciąż jeszcze miał w ręce.
— Dziatki — przemówił — oto nowa lekcja, jaką dziś mieć będziemy… Wy same i ludzie urodziwi na tym świecie jesteście podobni temu kwieciu, a starość to wichr, co zrywa, zmiata precz kwietne płateczki. Otóż ułożyłem przekleństwo na starość i na ludzi starych — posłuchajcie-no, jak wam je wygłoszę.
I oto co odczytał:

Poeta Owen Hanrahan pod krzewem, pod zielonym,
Przeklina własną głowę swą — już obsypaną szronem;
I plamistego orła klnie ze wzgórza Ballygawley,
Boć on od stworzeń starszy wszech i świadom zła, niedoli;
I cis, co od zamierzchłych lat zieleni się bez przerwy
Wedle Wichrowych stromych Wrót i Cudzoziemskiej Zerwy;
Szczupaka olbrzymiego też z jeziora w grodzie Dargan,
Co szary grzbiet oddawna ma od węd i bólów stargan;
I klnie starego Paddy Bruen z nad Zdroju Narzeczonej,
Bo ma już zgoła łysy łeb i wiekiem osłabiony;
Sąsiad, Piotr Hart, przeklęty z nim, a także druh, Gill Michał,

Bo końca ich wędrownych klechd nikt jeszcze nie usłychał;
I stary Shemus Cullinan, co dłonią swą wychudłą,
Gdy bydło gna z Zielonych Łąk, ledwo utrzyma szczudło;
Wkońcu starego Paddy Doe niech klątwa ta obarczy,
Który na śnieżnej piersi chce kołysać łeb swój starczy,
Młodzieńcze serce zmrozić wczas i złamać głos skowrończy:
Niech klątwa cięży na nim wciąż, aż żywot on zakończy!
—————————————
A teraz błogosławi wieszcz wiośniane młode kwiecie,
Co piękne, gdy rozwija się, i gdy je wicher zmiecie.
—————————————

Przepowiadał to wszystko dzieciom wiersz za wierszem, aż każde z nich umiało na pamięć jakiś urywek, a niektóre z nich, te co były najpojętniejsze, potrafiły nawet wypowiedzieć jednym tchem całość od deski do deski.
— To wystarczy na dzisiaj — rzekł nauczyciel. — Teraz zaś waszą jest rzeczą rozejść się na wszystkie strony i co pewien czas śpiewać tę piosnkę na nutę „Zielony Pęczek Sitowia“ każdemu, kogo spotkacie na drodze, a także i samym staruchom.
— O, zrobię to — rzekł jeden z młodych smyków: — znam dobrze starego Paddy Doe. W ostatni wieczór świętojański wpuściliśmy mu mysz do komina, ale to jest jeszcze lepszy kawał, niż ta mysz.
— A ja pójdę do miasta Sligo i zaśpiewam to na ulicy — rzekł inny urwis.
— O, zrób to — rzekł Hanrahan, — idź też do Burrough i opowiedz to Małgorzacie Rooney i Marji Gillis, a poproś, by same śpiewały i nauczyły śpiewania tej piosenki wszystkich dziadów włóczęgów i chudziaków.
Dzieci rozbiegły się, przejęte dumą i chęcią psoty, i wykrzykiwały po drodze słowa piosenki, to też Hanrahan wiedział, że niema obawy, by ich nie słyszano.
Nazajutrz rano siedział na przyźbie, wyczekując swych uczniaków, którzy nadciągali po dwóch lub trzech. Zeszli się już prawie wszyscy, więc Hanrahan już pozierał na niebo, chcąc zmiarkować po słońcu, czy już pora rozpocząć naukę, gdy wtem do uszu jego doszedł dźwięk, podobny do brzęczenia roju pszczelnego w powietrzu, lub do szmeru niewidzialnej rzeki podczas wylewu. Niebawem ujrzał na gościńcu gromadę ludzi, zdążających ku jego norze; zauważył, że tłum ten składał się z samych starców, a na ich czele szedł Paddy Bruen, Michał Gill i Paddy Doe. W całej ciżbie nie było nikogo, ktoby nie miał w ręce kosztura lub kolczastej łodygi. Skoro go zoczyli, wszystkie kije zaczęły się chwiać groźnie, nito gałęzie podczas burzy, a stare giczale puściły się kłusem ku niemu.
Hanrahan nie ociągał się ani na chwilę, lecz drapnął, co sił w piętach, na wzgórek za lepianką i wkrótce znikł im z oczu.
Za chwilę jednak powrócił, okrążając pagórek, gdzie go zasłaniały jałowce, rosnące nad przykopą. A kiedy znów mógł widzieć swą chatynkę, zobaczył, że wszyscy staruszkowie zgromadzili się wkoło niej, a jeden z nich właśnie w tej chwili rzucał na strzechę grabie z wiechciem zapalonej słomy.
— Biadaż mi! — westchnął, — obruszyłem przeciwko sobie starość i czas i ociężałość i chorobę i muszę iść znów na tułaczkę. A ty, Błogosławiona Królowo Niebieska, broń mnie od orła z Ballygawley, cisu nad Wanty Cudzoziemskiej, od szczupaka z jeziora w Castle Dargan i od gorejących pakuł ich pobratymów, starych ludzi!

∗             ∗




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.