Kroniki lwowskie/25

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 148. z d. 28. czerwca r. 1868
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
25.
Nieco o kurzu, o filantropii i o budżecie miasta Lwowa. — Zapiski sanitarne. — Choroba umysłowa męża, stojącego na straży godności i ducha narodowego. — Chory na demokratę, — Sądownictwo w Galicji. — Przywiezienie zwłok ś. p. Artura Grottgera.

Mamy prawdziwe abisyńskie upały i kurz, jakiego nie zna żadne większe miasto na obydwu półkulach świata. Atmosfera Lwowa od dwu tygodni w wysokości wieży ratuszowej napełnioną, jest pyłem wapnistym, który zdaniem lekarzy nadzwyczaj szkodliwie działa na oczy i na płuca. Gdyby radny miasta p. Dąbrowski, nie był oświadczył tak stanowczo, że filantropiczne względy nie powinne mieć żadnego wpływu na tok spraw municypalnych, ośmieliłbym się korzystać z tej sposobności, kiedy wszystkim tak mocno daje się czuć niedogodność powyższa, by zapytać świetną reprezentację Lwowa, czy w biegu 19go stulecia nie nadeszła dla nas jeszcze ta pożądana chwila, w której ojcowie miasta uznają za stosowne pomyśleć o lepszym bruku i częstszem skrapianiu ulic? Ale czemże jest owa takzwana filantropia wobec wyższych względów municypalnych! Najprzód, jak już samo jej nazwisko wskazuje, jest to jakiś wymysł zagraniczny, hiszpański czy francuzki, i tem samem dla nas zupełnie niestosowny. Powtóre, czyli nie jest lepiej, że co roku kilkuset charłaków umrze na suchoty; albo oślepnie przed czasem, niż ażeby miasto musiało powiększać swoje wydatki na bruk i na skraplanie ulic? Za powiększeniem wydatków musiałoby oczywiście iść powiększenie dochodów, to znaczy, potrzebaby powiększyć czynsz dzierżawny od realności i od majątków miejskich, potrzebaby dopilnować, ażeby lasy miejskie przynosiły jaki taki dochód, potrzebaby może nawet zastanowić się, czy dodatek gminny, pobierany jak dawniej, nie przynosiłby miastu więcej, niż dzierżawienie akcyzy od rządu, „Wszystko to nie zgadzałoby się nawet z dobrze pojętą filantropią, bo gdyby n. p. dzierżawa hotelu Angielskiego, zamiast przez ciche odnowienie kontraktu, odbywała się w drodze licytacji, to wprawdzie przez sześć lat miasto pobierałoby może rocznie o jakie 2 — 3000 złr. więcej, ale natomiast dzierżawca zgarnąłby o kilkanaście tysięcy mniej majątku w tym samym przeciągu czasu. Tak samo gdyby materjał budulcowy w razie potrzeby sprowadzano z lasów miejskich, zamiast kupować go w drodze dostawy, przedsiębiorca byłby pozbawionym zysku. A gdzieżby wówczas była filantropia? Widzimy tedy jasno, że choć wielu z nas „bito“ w szkołach, nie koniecznie jesteśmy bici w ciemię, i że możemy się obejść bez cudzoziemskich nowości, bez asfaltu i bez równouprawnienia żydów.
Zresztą, zdaniem lekarzy, panująca obecnie kanikuła nie sprowadza żadnych dalszych konsekwencyj, oprócz kurzu, i fizyczny stan zdrowia w mieście ma być w ogóle więcej zadawalniającym, aniżeli przeciętny stan, umysłów. Szczęściem, pp. Giskra, Herbst i Hasner nie odjęli nam jeszcze autonomicznego naszego prawa do postawienia krajowego domu obłąkanych, będziemy tedy mieli zakład, odpowiadający naszym potrzebom lokalnym i urządzony z uwzględnieniem chorób moralnych, najwięcej u nas rozpowszechnionych. W ostatnich mianowicie czasach obserwowano dwa różne wypadki szczególnej w swoim rodzaju fiksacji, które dotychczas nie były jeszcze zbadane przez lekarzy, i z tego już powodu zasługują na krótką wzmiankę, bodaj „w kronice lwowskiej“.
W pierwszym wypadku, człowiek, a raczej mąż powołany do stania na straży godności i ducha narodowego“, przypomniał sobie, że mógł był przed kilkoma laty siedzieć w kozie, gdyby był nie wyjechał za granicę. Ależ w Polsce, dla zwykłych śmiertelników, siedzieć w kozie, lub o włos nie dostać się na szubienicę, jest to w pewnych okolicznościach rzeczą obowiązku, która się sama przez się rozumie, i o której opowiada się chyba własnym dzieciom, ażeby wiedziały, co będzie ich powinnością, gdy dorosną. Ale „mężowi, stojącemu na straży i t. d.“ wspomnienie to wydało się może z powodu gorąca, tak nadzwyczajnem, że uważał za potrzebne zawiadomić wszystkich swoich ziomków o tem, iż kiedyś tam był prześladowanym męczennikiem politycznym. Do licznych tedy i niezbyt zwięzłych dzieł jego, przybył w tym tygodniu artykuł, obejmujący trzy szpalty bitego druku, z którego każdy dowiedzieć się może, jako „mąż, stojący dziś na straży godności i t. d.“ swojego czasu narażał się dla narodu, i jako sromotną i obelżywą jest rzeczą ze strony Gazety Narodowej, a w szczególności jej kronikarza lwowskiego, iż zamiast wzywać do składki na pomnik dla chybionego męczennika sprawy narodowej, poważa się żartować z „mężów, stojących na straży godności i ducha narodowego,“ a nawet przedstawiać ich czasem jako „zbiegowisko niedowarzonych głupców (sic)“. Artykuł nie zawierał zresztą bynajmniej dowodu, by to ostatnie twierdzenie było mylnem.
Wszystkie te symptomata wskazują aż nadto widocznie istnienie zarodów jakiejś słabości umysłowej w głowie niedomęczonego przez tyranów, a dziś na straży godności i t. d. stojącego męża i autora. Zważywszy, że w wspomnianym artykule użytem jest w pewnem miejscu, zamiast polskiej formy: „podsunięto** takzwane participium tromtadraticum: podsuniono“, wzywa się Szanowne lwowskie Towarzystwo lekarzy, by raczyło orzec, czyli zatrważający bzik „męża stojącego na straży godności i ducha narodowego“, nie jest tym samym bzikiem, co go ma uf znanyj litterata i erudyk narodowo-demokratyczny.
Jeszcze więcej zatrważającym, bo występującym epizodycznie, jest drugi rodzaj fiksacji, nawidzający już nietylko inteligencję, ale najjaskrawszy jej kontrast, obywatelstwo osiadłe i dyplomowane. Oto właśnie jeden z moich znajomych, ku wielkiemu zmartwieniu swojej rodziny, od trzech czy czterech tygodni nawidzony jest taką słabością. Objawy są następujące: Chory ma dobry apetyt, pije kawę w domu, jada drugie śniadanie u Boziewicza albo u Mańkowskiego, na objad spożywa cztery potrawy, wieczór spędza na Pohulance albo w ogrodzie Pojezuickim i konsumuje niepospolitą ilość piwa, przytem spi doskonale, prowadzi swoje interesa wzorowo, słowem, zdrów jest zupełnie na ciele i na umyśle, tylko dał wmówić w siebie, że jest — demokratą. Bywali dawniej ludzie, którym zdawało się n. p. że mają brzuch szklanny, i że mogą się stłuc przy lada wstrząśnieniu, jak butelka Vöslauera. Fiksacja ta bywała nieuleczoną. Jest obawa, że mój znajomy nie da się wyleczyć z przywidzenia, jakoby był demokratą. Nadaremnie przedstawiano mu, że żywi głęboką wewnętrzną pogardę dla niższych od siebie, że ma za bajbardzo każdego, co nie posiada własnej kamienicy, własnego handlu lub warstatu, że jeszcze tej zimy nie poszedł na bal stowarzyszenia wzajemnej pomocy młodzieży handlowej, by nie ubliżyć powadze i godności swojej i swojej rodziny. Wszystko to nic nie pomaga — chory trwa uporczywie w mniemaniu, że jest demokratą. Próbowano już nawet heroiczniejszych środków: przedłożono mu statuta demokracji narodowej, gdzie stoi wyraźnie, iż każdy demokrata obowiązany jest wszelkiemi siłami popierać równouprawnienie wyznań. Tłumaczono mu, że równouprawnienie wyznań jest to samo, co równouprawnienie żydów, i że gdyby był demokratą, musiałby tak gorliwie bronić żydów, jak nieboszczyk Mühlfeld. I to nic nie pomogło. Chory dowodził, iż jest demokratą narodowym, czyli iż jest demokratą tylko dla siebie, we własnem przekonaniu, którego mu nikt odjąć nie może. Familia ma jednak nadzieję, iż częste używanie zimnych kąpieli wyleczy jej głowę z tej nieszkodliwej zresztą monomanii.
W przyszłym miesiącu odbędzie się w tutejszym sądzie krajowym ostateczna rozprawa przeciw kupcowi Joachimowi Sorterowi i synowi jego Aronowi o lekkomyślną krydę. Proces sam nie nastręcza nic ciekawego, ale uwagi godnym jest fakt, podniesiony już przez dzienniki wiedeńskie, że obydwaj obzałowani od więcej niż dwóch lat znajdują się w więzieniu śledczem. Wyroki sądu, wydawane za oszustwo, popełnione przez lekkomyślną krydę, opiewają zwykle na 6 miesięcy do 1 roku więzienia. Rażącym jest tedy brak wszelkiej proporcji między trwaniem śledztwa a ważnością procesu, i pisma wiedeńskie z zadziwieniem wielkiem wspominają o tej okoliczności. Gdyby pisma te przesyłały swoich reporterów do Lwowa dla zdawania sprawy o ostatecznych rozprawach, które tu się toczą, dowiedziałyby się o wielu innych rzeczach, niemniej zadziwiających. Może też powoli Niemcy przyjdą do przekonania, jak dalece prawdą jest to, co już raz tutejsza Izba handlowo-przemysłowa w sprawozdaniu swojem powiedziała ministerstwu: że procedura cywilna i karna austrjacka w ręku sądów galicyjskich jest jeszcze dziesięć razy rozwleklejszą i niepraktyczniejszą, niż w niemieckich prowincjach monarchii. Potrzebujemy nietylko nowej procedury, uwzględniającej nasze odrębne stosunki krajowe, ale i sądownictwo nasze całe potrzebuje niezbędnie reformy in capite et membris.
Jutro przywiezione będą do Lwowa zwłoki ś. p. Artura Grottgera, artysty, któremu w najwyższym stopniu powiodło się dziełami swojemi nietylko zadowolnić znawców, ale obudzić sympatje ogółu, tak u nas jeszcze drzemiące dla dzieł sztuki. Potężny jego talent umiał trafić wprost do serca narodu, przedstawić żywo, w całej pełni prawdy i poezji, jego bole, walki i nadzieje. Nie sprawdziły się tu słowa Szylera:

Was unsterblich im Gesang soll leben,
Muss im Leben untergehn.

Nim jeszcze pochyliło się ku zachodowi krwawe słońce z lat 1863 — 1864, nim śnieg przyprószył ostatnie nasze mogiły ofiarne, i nim policzywszy klęski, daliśmy przystęp rozpaczy do serc naszych, cała ta wielka epopeja narodowa znalazła godnego wieszcza w ś. p. Arturze. Czegoby nie było w stanie wypowiedzieć słowo, zamierające na ustach poety, czego nie śmiał jeszcze tknąć się historyk, to jeniusz malarza przedstawił nam i uwieńczył dla przyszłych pokoleń. Jakże nie mamy kochać pamięć tego, którego miłość dla narodu i wzniosłe natchnienie przemawia do nas tak wymownie z obrazu scen tak strasznych, tak krwawych a tak pełnych majestatu męczeństwa, tak dzielnie świadczących o niespożytej sile bohaterstwa i poświęcenia? Nie zginęło w życiu, co tak mocno żyje w pieśni i w podaniu! Oddajmy więc pobożną cześć pamięci przedwcześnie zgasłego wieszcza-artysty, i niech żałobna uroczystość, która zapewne we wtorek albo środę nastąpi, będzie dla nas uroczystością narodową, w której powinniśmy wziąć udział jak najogólniejszy i najserdeczniejszy.

(Gazeta Narodowa, Nr. 148, z d. 28. czerwca r. 1868.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.