Kroniki lwowskie/8

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 45. z d. 23. lutego r. 1868
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
8.
Konkurs na artykuł kronikarski. — Organ owocowo-warzywno-estetyczny. — Szał zapustny. — Teatr niemiecki. — Adres ks. Trzeszczakowskiego. — Rzecz o frakach i kontuszach. — Ruch piśmiennictwa i stowarzyszeń. — Kilka słów o wychowaniu kobiet.

Rozpisują konkursa na najlepsze komedje, na dzieła dla ludu i t. p. Czy nie znalazłby się gdzie prawdziwy przyjaciel porządku i bezpieczeństwa publicznego, któryby rozpisał konkurs na najlepszy artykuł kronikarski, traktujący o nieporządkach w naszem mieście i tak usilnie polecający Radzie gminnej i magistratowi większą w tej mierze dbałość, by został uwieńczony lepszym skutkiem, niż to, co napisali dotychczas wszyscy kronikarze wszystkich dzienników miejscowych? Gdyby się znalazło pióro, tak wymowne i przytem zręcznie omijające szkopuły całej drugiej połowy piątej setki paragrafów kodeksu karnego, naówczas artykuł, uwieńczony nagrodą, powinienby być stereotypowany i corocznie wszystkie dzienniki miejscowe powinny go umieszczać przynajmniej po sześć razy co zimy. Treść powinna być następująca: 1) Dowód, że utrzymywanie chodników w takim stanie, by mogły być środkami, a nie przeszkodami, dla komunikacji, jest niezbędną rzeczą dla porządku w mieście, dla bezpieczeństwa mieszkańców i dla honoru stolicy, która szczyci się tak znakomitą reprezentacją, jak nasza Rada miejska. 2) Że właściciel domu, jeżeli jest członkiem Rady miejskiej, nie może być z tego tytułu uwolnionym od czuwania nad tem, by chodnik przed jego kamienicą utrzymany był w porządku i by śniegu z jego dziedzińca nie wywożono na ulicę. 3) Że władza miejska, dla dania dobrego przykładu, powinna utrzymać w dobrym stanie chodniki koło ratusza i innych budynków, należących do gminy. 4) Że mięso w mieście nie powinno być dwa razy droższe, aniżeli za rogatką, choćby nietylko odnośna sekcja, ale nawet cała reprezentacja gminy składała się z rzeźników. 5) Że ulice, zamieszkane przez żydów, powinny być tak czyste, jak ulice, przy których przeważnie mieszkają chrześcianie. 6) Że ulice zbyt wązkie powinny być zamknięte dla wozów i t. p. 7) Że drwa nie powinny być rąbane na ulicach najbardziej ożywionych, najmniej zaś w ten sposób, by polana rzucano na nagniotki spokojnych i po największej części lojalnych przechodniów. 8) Że usunięcie tych wszystkich i wielu a wielu innych nieporządków, nie zada jeszcze stanowczego ciosu zasadom ścisłego konserwatyzmu miejskiego, że potem, równie jak teraz, każdy, komu się to podoba, będzie się mógł uważać w głębi duszy za prawdziwego mieszczanina, i spoglądać z pogardą na inteligencję, na dziennikarzy, na żydów i na wszystkich, co nie byli grenadjerami lub artylerzystami w ś. p. milicji miejskiej.
Komuby się udało napisać taki artykuł, i dowieść, że przestrzeganie porządku jest rzeczą i potrzebną i nie czyniącą ujmy niczyjej sławetności, ten może liczyć na skuteczność swoich argumentów, ale dopiero wtedy, jeżeli znajdzie prawdziwego mieszczanina, „obywatela“ miejskiego, który swojego czasu złożył przysięgę obywatelską i zapłacił od niej taksę, i któryby dla miłości dobra publicznego wziął na siebie autorstwo tego artykułu. Wiadomo bowiem, że wnioski i uwagi, czynione przez „inteligencję“, nie mają u nas powodzenia. Inteligencja popsuła sobie kredyt wdzieraniem się w sprawy, które do niej nie należą. Chciałaby być wszędzie: w Radzie miejskiej, w deputacji tej Rady do nadzoru nad szkołami, w dyrekcji Towarzystwa przyjaciół sztuk pięknych, we wszystkich klubach i stowarzyszeniach. Tym sposobem, Lwów mógłby wkrótce nie mieć ani jednej instytucji prawdziwie mieszczańskiej. Ale jest nadzieja, że zasady konserwatywne znajdą wkrótce potężną obronę przeciw wybujałym zachciankom inteligencji. Towarzystwo ogrodniczo-sadownicze potrzebuje organu, któryby reprezentował jego interesa. Mówią, że znalazł się ktoś, co chce założyć taki organ. Będzie to pismo, które oprócz uprawy warzywa, zajmie się także uprawą sztuk pięknych, założyciel zaś ma nadzieję, że będzie mógł oprzeć się wyłącznie na kole czytelników, złożonem z ludzi osiadłych, z obywateli miejskich. Dotychczas nie mogłem jeszcze zrozumieć, jakim sposobom można tak ściśle w jednym i tym samym specjalnym organie połączyć utile dulci, t. j. warzywa ze sztukami pięknemi, ale kolega mój, recenzent teatralny, twierdzi, że u nas weszło to od jakiegoś czasu w zwyczaj, oddawać sztuki piękne opiece głów kapuścianych i vice versa.
Karnawał tegoroczny objawi się jeszcze kilkoma ostatniemi, konwulsyjnemi drgnieniami, nim posypawszy nasze głowy popiołem, będziemy mogli odpocząć i zrobić bilans przychodów i rozchodów zapustnych. Każdy naówczas policzy zdobyte ordery kotylionowe i zbrukane rękawiczki z jednej, a wydane akcepta i żira z drugiej strony, i powie sobie, że na przyszły rok „będzie miał więcej rozumu“. Oczywista rzecz, że przed adwentem każdy zapomni o tem pięknem przedsięwzięciu. Ale precz z temi popielcowemi rozpamiętywaniami, wszak jeszcze dwie doby dzielą nas od tłustego wtorku, a w chwili, gdy Gazeta wychodzi z druku, kończy się dopiero na Strzelnicy bal kasyna mieszczańskiego, dany na cel dobroczynny. Jeszcze nastąpią podobno dwie reduty, wieczorek w kasynie mieszczańskiem i kilkanaście zabaw prywatnych. Napływ osób przybywających z prowincji jest do tej chwili tak wielki, że za największe pieniądze nie można znaleźć umieszczenia w żadnym hotelu. Trochę przyczynił się do tego zjazd delegatów Towarzystwa gospodarskiego, najwięcej jednak jest przybywających tu w celu tańczenia. Widać, że prowincja, jakkolwiek ochocza do tańcu w tym roku, pozostawia jeszcze zwolennikom Terpsychory bardzo wiele do życzenia, są bowiem tacy, którzy z najodleglejszych kończyn kraju przybywają do Lwowa w tym jedynie celu, żeby się parę razy dobrze wytańczyć. Jesteśmy też tu doprawdy, jak gdyby po wielkiem jakiem zwycięztwie, po oswobodzeniu ojczyzny i tp. — hasłem zdaje się być: Nunc est saltandum, nunc pede libero pulsanda tellus! Tymczasem daremnieby się kto rozglądał za jakiemkolwiek polepszeniem rzeczywistego naszego bytu. Mamy tylko piękne nadzieje, w istocie zaś nie pozbyliśmy się żadnej a żadnej dolegliwości. Nawet najmniejszej ze wszystkich siedmdziesięciu siedmiu plag, któremi jesteśmy nawidzeni — teatru niemieckiego we Lwowie, nie możemy się pozbyć. Pochodzi to głównie ztąd, że my nie umiemy się o nic upominać, a książę kurator, szanowna Rada administracyjna i Wysoki Wydział krajowy nie raczą nas wtem wyręczyć. Jest to wprawdzie sprawa, tak jasna i tak już wszechstronnie przedyskutowana, że bez barykad i bez prowadzonej po czesku lub po węgiersku opozycji, możnaby ją doprowadzić do załatwienia; ale są różne większe i mniejsze przeszkody, o które nawet i tu rozbija się cała nasza galicyjska energia, i zawsze jeszcze pięciu Niemców lub ich przyjaciół prędzej postawi na swojem, niż Galicja wraz ze swoim sejmem i z taką Radą miejską, jak lwowska. Termin nadesłania ofert na objęcie dyrekcji sceny niemieckiej upłynął, niebawem scena ta będzie znowu wydzierżawioną, und alles bleibt beim Alten.
Jeżeli chodzi o energię i stanowczość w upominaniu się o cokolwiek, to możemy uczyć się tego nietylko od Węgrów i Czechów, ale nawet od ks. Trzeszczakowskiego. Nie mam tu na myśli projektu, w celu zapobieżenia nędzy, którego autorem jest ks. Trzeszczakowski. i który niedawno ogłosiła Gazeta, ale chcę mówić o adresie, który miał być ułożony przez tegoż ojca duchownego do Wys. rządu, wypowiadającym życzenia Russkich, którzy mieszkają w Galicji, i którzy się od czasu powrotu ks. Gołowackiego i p. Pawlewicza z Moskwy podobno nie bardzo rozmnożyli. Russcy żądają w tym adresie, by im oddzielono część Galicji na wyłączne posiadanie, by urządzono w tej części sejm z taką ordynacją wyborczą, któraby im zapewniała większość, i by ustanowiono pułki z russką komendą, To ostatnie żądanie dało zapewne Augsburgskiej Allgemeinerce powód do rozsiania pogłoski, że z Galicji mają wyjść jakieś russkie siły zbrojne na pomoc uciśnionym chrześcianom w Turcji.
Ksiądz Gołowacki przebywa czy przebywał czas jakiś we Lwowie. Widziano go w poniedziałek na zabawie, którą urządzili znajdujący się tu Czesi w sali domku szwajcarskiego w ogrodzie Pojezuickim. Tańce, któremi się tam bawiono, nazywają się według litografowanego porządku tańców, będącego w naszem posiadaniu, tak: Trzasak, Straszak, Cztwerilka, Polka, i znowu Straszak da capo i t. d. Na końcu zaś umieszczony jest Kwapik. My nie doprowadziliśmy jeszcze do takiego puryzmu, i tańczymy po prostu: polkę-tremblante, kadryla, galopa i t. d. Straszak zaś jest tańcem wyłącznie czeskim i nazywa się tak z powodu, że danser i danserka nakiwują sobie, jak gdyby się straszyli „przyciśnięciem do muru“. Za to o walcu ani zmianki w czeskim porządka tańcu. Zabawa, o której mówię, nie była atoli wyłącznie czeską; widziano na niej oprócz ks. Gołowackiego i jego moskiewskiego krzyżyka z łańcuszkiem, także niektóre inne narodowości krajowe. Polskiego stroju nie było podobno ani jednego. W ogóle strój ten znika coraz więcej. Starsi tylko ikonsekwentniejsza młodzież trzymają go się stale. W okolicy Lwowa rozesłano niedawno zaproszenie na — kulig z dodatkiem: „Uprasza się pana, byś przybył w czarnym fraku i td.“ Ciekawy to kulig, na który nie wolno przybyć inaczej, jak tylko we fraku; a jeszcze ciekawszym jest fakt, że zemsta za ten anachronizm dosięgła nie autorów owego zaproszenia, ani też uczestników kuligu, ale korespondenta pewnego dziennika wiedeńskiego, który ani był na tej zabawie, ani wiedział o niej. Nieborak, mimo heglowskiej filozofii, którą powinien być przejęty, wpadł na myśl ożenienia się z Polką. Przyrzeczono mu rękę panny, pod warunkiem, że do ślubu wystąpi w kontuszu z wylotami i w konfederatce. Można sobie wyobrazić, jak taki korespondent Fremdenblattu lub Ostenu musi się kurczyć i krztusić, nim przyjmie podobny warunek, jak się potem plącze w długich naszych połach i jak mu niewygodnie w wylotach, pasie i butach. Bądź co bądź, czy miłość była tak silną, czy posag tak piękny, nowożeniec rozstał się z frakiem i wystąpił do ślubu, w pięknym polskim stroju.
Z nowości literackich przybyła nam znów jedna komedja, Za naszych czasów, p. M. Dzikowskiego. Możnaby o niej powiedzieć to, co Niebuhr powiedział o jakiejś książce: Jest tam trochę czegoś nowego i trochę czegoś dobrego, ale szkoda, iż nowe nie jest dobrem a dobre nie jest nowem. Przy tem wszystkiem epizody komiczne, pozbierane z różnych dawniejszych komedyj i poprzyczepiane tant bien que mal do sztuki p. Dzikowskiego, są już tak stare, że publiczność nie pamięta ich wcale i bawi się niemi wcale dobrze.
Będziemy mieli temi dniami otwarcie wystawy obrazów, i zjazd nauczycieli w celu utworzenia Towarzystwa pedagogicznego. Chwalebną gotowość obywateli tutejszych do ułatwienia tego zjazdu podniosła już kronika codzienna. Stowarzyszenie pedagogiczne obejmować będzie nietylko nauczycieli publicznych, ale wszystkich, którzy zajmują się wychowaniem dzieci. Każdy, kto czuje i wie, ile u nas potrzeba jeszcze zrobić dla wychowania młodzieży, powita zapewne z radością pomysł założenia takiego Towarzystwa i przystąpi doń chętnie.
W zgromadzeniu, które w celu zawiązania Towarzystwa pedagogicznego odbędzie się d. 24. b. m. we Lwowie, mogą brać udział także kobiety, i mogą też przystępować do stowarzyszenia. Jest to myśl bardzo chwalebna, by matki były przypuszczone do Towarzystwa, które ma radzić o wychowaniu dzieci. Mamy nadzieję, że Stowarzyszenie pedagogiczne zwróci także baczną uwagę na wychowanie kobiet i na stan zakładów wychowawczych żeńskich w kraju.

(Gazeta Narodowa Nr. 45. z d. 23. lutego r. 1868.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.