Ludzie elektryczni/Miasto cudów

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund Jezierski
Tytuł Ludzie elektryczni
Podtytuł Powieść fantastyczna
Tom II
Wydawca Bibljoteka Książek Błękitnych
Data wyd. 1931
Druk Zakłady Graficzne „Polska Zjednoczona“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.
MIASTO CUDÓW.

Kazimierz Halicz, stojąc na wzniesieniu przy wejściu do wieży, kończył swą przemowę...
— Wszystko, co ujrzycie tu, panowie — mówił — zawdzięcza swój ruch, swe życie tej tajemniczej, a niepoznanej dotychczas dostatecznie i niewyzyskanej sile, jaką jest elektryczność. Miasto to służyć ma za dowód jej potęgi i mocy, i dlatego też nazwanem jest Elektropolis — gród elektryczny..
Tu mowę jego przerwały pełne entuzjazmu i zapału okrzyki zebranych:
— Vivat Elektropolis!... Vivat gród elektryczny! Niech żyje Kazimierz Halicz!...
Ukłonem podziękował za owację, i gdy okrzyki umilkły, ciągnął dalej:
— Miasto to jest pierwszą placówką do posuwania się wgłąb Sahary, do zawojowania tych bezpłodnych przestrzeni i zmuszenia ich do służenia człowiekowi... Daj Bóg, ażeby w krótkim czasie powstało ich więcej, by nadmiar ludzi, cierpiących nędzę w starej Europie, znalazł tu teren do pracy i chleb, i dostatek...
Skończył swe przemówienie i, schodząc ze wzniesienia, rzekł:
— A teraz, pozwólcie, panowie, że przedstawię wam wyniki naszej pracy...
I prowadząc ich do otwartych podwojów wieżycy, rzekł:
— Ta wieża, jak panowie widzicie, służy za główny zbiornik elektryczności.... Specjalne przyrządy, przy pomocy długich, strzelających wzwyż, ku niebu, drutów, chwytają ją z chmur, z obłoków, z fal powietrznych, ściągają na ziemię i wiążą w specjalnych akumulatorach. Siła, jaką rozporządzam w tej wieży, zdolnąby była szalonym orkanem zmieść połowę ludzkości z powierzchni ziemi... Lecz nie w celach wojowniczych i zabójczych więzioną jest ona przezemnie, przeciwnie zadaniem jej jest budować, budzić nowe życie... Z niej to rozchodzą się prądy, poruszające wszystkie maszyny licznych zakładów przemysłowych miasta, ona dostarcza siły dla kolei, tramwajów, ona ogrzewa i oświetla wszystkie domy w mieście. Z niej to wysyłam owe prądy powietrzne, wzruszające powierzchnię ziemi i czyniące ją urodzajną... Prądy te poruszają pługi i maszyny, służące do uprawy ziemi, poruszają pompy, zraszające wodą ze studzien systematycznie wszystkie pola... W Elektropolis wszystkie funkcje spełnia elektryczność, ta przepotężna siła. Człowieka zadaniem jest tylko pilnować, by funkcje te swoje wypełniała należycie, regulować je.
Z podziwem patrzyli zebrani na potężne, stojące w głębi olbrzymiej hali wieżowej akumulatory... na będące w ciągłym ruchu maszyny, bez szmeru i hałasu obracające potężne koła...
Kazimierz Halicz podszedł do jednego z akumulatorów, przekręcił guziczek, i w jednej chwili pogasły wszystkie jasno płonące we wnętrzu wieżycy lampy, i mrok je ogarnął...
Wszyscy ze zdumieniem patrzyli na to, gdy naraz błysnęło potężne światło i olbrzymią wstęgą przemknęło od jednej ściany do drugiej...
Za tą błyskawicą ukazała się druga i trzecia...
To Kazimierz Halicz puszczał prądy elektryczne o tak silnem napięciu, że zwykłe iskry zamieniły się w potężne błyskawice.
Z podziwem patrzyli na nie wszyscy zebrani, a już z pewnym lękiem na tego człowieka, który ujarzmił grom i błyskawicę na ziemię sprowadził...
Skończył swe doświadczenia Halicz, i znów światło lamp zabłysnęło we wnętrzu wieży.
— To nie moja zasługa — rzekł, gdy znalazł się wśród gości — te potężne promienie elektryczne wynalazł elektrotechnik amerykański Tesla... Jam je tylko udoskonalił i zastosował praktycznie... Pozwólcie, panowie, dalej, a przedstawię wam zastosowanie elektryczności, i służbę, jaką ona nieść ludzkości może...
I poprowadził gości swoich na nieopodal położone pole. Znajdował się już tam pług o czterech lemieszach, połączony z małym motorkiem.
Podszedł do niego Kazimierz Halicz i, nacisnąwszy guziczek, puścił w ruch.
Pług, jak zaczarowany, posunął się naprzód, krając lemieszami ziemię, odkładając skiby równo i gładko.
Na zakręcie Halicz przesunął strzałkę, umieszczoną na specjalnej tarczy, i pług, powolny jego woli, skręcił w bok i z drugiej strony odwalać skiby zaczął.
Robota cała odbywała się nadzwyczaj szybko i dokładnie.
Na świeżo zorane skiby puścił wnet Czesław Halicz specjalne brony, równie zaopatrzone w motorek elektryczny, i bryły ziemi wnet rozkruszone i wygładzone zostały...
— Zajęcie człowieka — tłumaczył Kazimierz Halicz zebranym, patrzącym z podziwem na odbywającą się w ich oczach próbę — redukuje się przy użyciu mechanicznych przyrządów do uprawy ziemi do dozorowania ich, do pilnowania, by prawidłowo funkcjonował motor. To samo dzieje się z siewem, ze zbiorem i wszystkiemi czynnościami, związanemi z rolnictwem. Użycie pracy fizycznej człowieka oraz siły pociągowej zwierząt dzięki elektryczności zostało zupełnie wykluczone... Niedługim też jest czas, gdy zniknie z powierzchni ziemi koń, jako zwierzę pociągowe i juczne. Funkcje jego spełniać będą motorki elektryczne, zaopatrzone w akumulatory, naładowane siłą, wystarczającą na dłuższy przeciąg czasu...
Tymczasem Czesław Halicz ustawiał na skraju uprawionego już pola mały siewnik i puścił w ruch motorek. Siewnik sam posuwać się zaczął po polu dokładnie, z matematyczną wprost ścisłością rozsiewając ziarna.
Podziw zebranych i zaproszonych na pokaz gości nie mógł jednak iść w porównanie z tym podziwem, jaki okazywali pierwsi przybyli z Europy emigranci, a których pan Erazm na kraj pola przyprowadził.
Stali z literalnie pootwieranemi ustami, patrząc szeroko rozwartemi oczyma na poruszające się same i wykonywujące prace swą maszyny, pracę, nad którą i oni, i konie ich tyle potu wyleli, tyle się namęczyli...
— Olaboga!... — zawołał wreszcie stary chłop, jakby budząc się ze zdumienia — czary, czy co?... maszyny same chodzą po polu, bez koni... To chyba nieczysta pcha je siła... A jak ci orzą równiutko, a jak ci wloką gładziuchno, a jak to sieje... Nie, to nieludzka siła — popycha te maszyny...
— E! — przerwał mu starszy syn, dorodny parobczak — co też tatulo mówią... Nieczysta siła zaraz i nieczysta... A czyż to tatulo nie widzieli, jak u niemca w Smarzenicach na folwarku same pługi orały?...
— Ale tam były wielgachne parowe maszyny, które je pchały, a tu nie ma nic, ale to nic... Same sobie tak spacerują po polu, kiejby gospodarz, co tylko wygląda, rychłoby zabrać się do żniwa...
— Ale za taką maszyną — wtrącił się do rozmowy drugi syn — to ci można chodzić z książką w garści, i czytać, i uczyć się...
— A tak, moi drodzy — odezwał się wreszcie pan Erazm — przy tych maszynach możecie więcej czasu poświęcić pracy umysłowej... Nie wymagają one prawie żadnej pracy fizycznej, a pilnować ich bardzo też nie trzeba, gdyż raz nastawione odpowiednio same jaknajdokładniej swą robotę wykonywują... I nie porusza ich żadna siła nieczysta, tylko maszyna, lecz jest ona niewielka i przyłączana do każdej maszyny oddzielnie...
Objaśnienie to w zupełności wytłumaczyło gromadce emigrantów siłę, poruszającą maszynami i zadowolniło ich w zupełności. To też bez dawnego lęku, lecz z niemniejszem zdumieniem patrzyli na demonstrowane i im, i gościom maszyny do żniwa, młocki, młyny i inne przy rolnictwie używane...
I tak wiódł Kazimierz Halicz gości swoich od jednego dzieła swego do drugiego, pokazując im, co dokonał, pyszniąc się ujarzmieniem potężnej siły.
Z działu rolniczego przeszli do innych działów przemysłowych... Wszędzie działały potężne maszyny, poruszane siłą elektryczną, a rola człowieka ograniczała się tylko do pilnowania, by funkcjonowanie ich prawidłowe było...
— Największem marzeniem moim — tłumaczył zebranym Kazimierz Halicz — było, ażeby pracę rąk ludzkich zastąpić pracą mechaniczną... Wpłynie to znacznie na podniesienie dobrobytu ogólnego, gdyż da ludzkości towar dobry i tani... Obawy, że wskutek zastąpienia pracy ludzkiej maszynami nastąpi głód i nędza, są płonne... Matka ziemia w łonie swem mieści tyle skarbów, tyle bogactw niewyczerpanych, że choćby nawet ludzkość na kuli ziemskiej w dziesięćkroć wzrosła, wystarczy ich na jej wykarmienie. Pomnijmy przytem, że nauka i wiedza z każdym rokiem idą naprzód... Że coraz to nowe dokonywane są wynalazki, dobro ludzkości mające na celu... Część tych wynalazków, drobną tylko ich cząstkę coprawda, zastosowałem w Elektropolisie. Lecz ażeby one korzyść przynieść mogły, muszą się zmienić prawa, rządzące ludźmi... Na zasadzie porozumienia się naszego z rządem rzeczypospolitej Francuskiej, pod której protektoratem Sahara pozostaje, Elektropolis rządzić się będzie własnemi prawami. Dadzą się one zamknąć w paru punktach: przedewszystkiem w Elektropolisie wszyscy są równi i równemi rządzą się prawami, każdy obowiązany jest pracować i nie zaniedbywać się w swej pracy; kto tylko zacznie się lenić, otrzymuje pierwsze ostrzeżenie, po trzech ostrzeżeniach zostaje wykluczony z liczby mieszkańców miasta. Wszystko stanowi wspólną własność wszystkich, dlatego też ogół o całość wszystkiego dbać winien, lecz zyski, osiągnięte z pracy, stanowią własność poszczególnych jednostek. Z zysków tych jedna część przeznaczoną została na spłatę kapitałów tym, co pieniądze swe w akcjach Elektropolisu ulokowali, druga część idzie do kasy ogólnej na pokrycie różnych wydatków, amortyzację maszyn, kupno nowych i zaprowadzenie coraz to innych udoskonaleń; trzecia część składana jest jako fundusz emerytalny, by starcy z Elektropolisu, niezdolni do pracy, nie potrzebowali cierpieć nędzy, lecz żyli w dalszym ciągu w wygodach i dostatku; czwarta wreszcie część stanowi własność pracownika, i z nią może już robić to, co mu się podoba. Użycie alkoholu i gry hazardowe są stanowczo wygnane z Elektropolisu, i każdy schwytany na gorącym uczynku przekroczenia tego zakazu, surowo karany będzie. Przestrzegać porządku oraz pilnować, by wszystkie zarządzenia ściśle wykonane były, będzie główny zarząd miasta, który z pośród siebie wybiorą mieszkańcy, przyczem wszyscy, mężczyźni i kobiety, gdy tylko mają lata odpowiednie, mają prawo głosu przy wyborach... Oto jest, panowie, krótki zarys praw, jakiemi rządzić się Elektropolis; przyszłość pokaże, czy prawa te są odpowiednie i czy zastosować się dadzą w praktyce...
Huczne oklaski i okrzyki były odpowiedzią na ten w krótkości zarysowany program rządów Elektropolisu...
Najhuczniej i najgłośniej oklaskiwali delegaci akcjonarjuszy Tow. eksploatowania Sahary, gdyż program ten w zupełności zabezpieczał ich gotówkę, ich prawa i przywileje...
Gdy ucichły te wybuchy entuzjazmu, Kazimierz Halicz rzekł:
— Pozwólcie, panowie... Po trudach należy się pewien odpoczynek i posiłek ciału... Proszę was bardzo, oczekuje nas uczta, skromna coprawda, lecz trudno, na taką tylko stać teraz Elektropolis...
I powiódł ich do wspaniałej sali, oświetlonej potokami promieni słonecznych, wpadającemi przez wielkie, o kryształowych szybach okna, na której środku stały wielkie stoły, zastawione kwieciem i potrawami.
Zajęli wszyscy miejsca swoje i wnet po stołach posuwać się poczęły małe wagoniki, zastawione wykwintnemi potrawami... Kierował niemi Czesław Halicz, który miał przed sobą olbrzymią tablicę z mnóstwem guziczków, na których pociśnięciem puszczał w ruch odpowiedni wagonik...
— Czy i potrawy te przepojone są elektrycznością? — zapytał żartem Kazimierza Halicza jeden z gości.
— Nie — odrzekł tenże — lecz mogę zapewnić pana, że wszystkie przyrządzone zostały przy pomocy elektryczności.
— Ależ z pana istny czarodziej! — rzekł inny gość — rządzisz elektrycznością, jakby ona pokorną twą służką była... Zapewne przy jej pomocy dokonasz tego, o czem marzyli starożytni alchemicy, to jest będziesz mógł robić złoto...
— Złoto, nie! — odrzekł skromnie Kazimierz Halicz — ale djamenty potrafię robić.
Na twarzach zebranych odbiło się zdumienie...
Co?... djamenty?... Ten człowiek ma moc robienia djamentów i mówi o tem z takim spokojem, z miną tak obojętną... A toż przy takiej umiejętności można stać się miljonerem, ba! miljarderem nawet...
Podziwem zapłonęły oczy ludzkie i spoczęły na tym, co sztukę tę posiadł i tak lekko ją sobie traktował...
I naraz rozległ się głos z mocnym akcentem cudzoziemskim, tak że aż zwrócił uwagę wszystkich.
— Jeżeli pan umie robić djamenty, to proszę pokazać nam tę sztukę...
Spojrzał i Czesław Halicz wraz z innymi na mówiącego i wydało mu się, że zna tę twarz, że postać ta jest mu znajomą...
Począł szukać w pamięci i wreszcie przypomniał sobie, że widział ją wśród owej tajemniczej karawany, którą dowodził Jussuf.
A Kazimierz Halicz odrzekł spokojnym tonem:
— I owszem, po posiłku, proszę panów do mojej pracowni... Tam im zademonstruję ten nienowy zresztą wynalazek...
Reszta uczty odbyła się w jakiemś gorączkowem podnieceniu i oczekiwaniu...
Miano ujrzeć coś niezwykłego, możność stania się miljonerem w przeciągu krótkiego czasu...
Wygłaszane mowy i toasty przeminęły niepostrzeżenie, każdy prawie pochłonięty był myślą o tem, co ujrzy, jakie znów dziwo ukaże ten czarodziej.
Pospiesznie też powstano od stołu, tłumnie cisnąc się za Kazimierzem Haliczem do jego pracowni. Wielka, widna sala, zastawiona stołami, z rozstawionemi na nich motorkami, przyrządami i maszynami oraz rysunkami różnych maszyn w jednej chwili zapełniła się cała.
Kazimierz Halicz ze spokojem podszedł do jednego ze stołów, wziął jakiś dziwnego kształtu przyrząd, połączył go drutami z maszyną elektryczną, i biorąc do ręki spory kawałek węgla, rzekł do zebranych:
— Jak wam wiadomo zapewne, panowie, djament jest skrystalizowanym węglem... Oto więc macie materjał, z którego w krótkim czasie stanie się djament, blaskiem swym i pięknością nie ustępujący w niczem tym, do których tak wzdychają wszyscy ludzie na świecie...
I rzekłszy to, włożył węgiel do owego przyrządu, zamknął go hermetycznie i puścił prąd elektryczny takiej siły, że aż przyrząd cały rozżarzył się i blask wydawał wielki...
Po paru minutach przerwał działanie prądu i przyrząd ostudzać zaczął. Gdy już ostygł dostatecznie, otworzył go i wyjął z niego djament, błyszczący wspaniale wielkości wróblego jaja...
Oczy zebranych zapłonęły.
Każdy chciał go dostać do ręki, każdy chciał go obejrzeć, dotknąć się chociaż...
Pierwszy pochwycił go ów nieznajomy i oglądać zaczął... Ważył go w ręku, podszedł wreszcie do szyby i wyrysował na niej wielkie D. Djament rysował szkło znakomicie.
Lecz widz nie mógł długo cieszyć się nim, gdyż wnet pochwyciły go inne dłonie.
I tak djament, wędrując z ręki do ręki, obszedł wszystkich w koło, poczem powrócił do Halicza, a ten, doręczając go Leblancowi, rzekł:
— Proszę, zechciej przyjąć go, panie, na pamiątkę wspólnej naszej pracy przy wznoszeniu tego miasta...
Przyjął go Leblanc i, uściskiem ręki dziękując za dar Haliczowi, odrzekł:
— Przyjmuję go, lecz nie dla cenności jego, nie dla wartości, gdyż pracując wraz z tobą, panie, nauczyłem się gardzić tem, a cenić tylko pracę i wartość moralną... Lecz przyjmuję jako pamiątkę, jako dar od człowieka, którego przyjaźnią się szczycę...
Huczne oklaski powitały to przemówienie.
Wychodzić już mieli wszyscy z pracowni, gdy do Halicza, idącego na samym końcu, podszedł ów nieznajomy i rzekł:
— Czy mógłbym prosić pana o parę słów na osobności?
Kazimierz Halicz spojrzał na niego ze zdziwieniem, wreszcie odrzekł:
— Obecnie jestem bardzo zajęty przyjęciem miłych gości... Lecz wieczorem, gdy wszyscy udadzą się na spoczynek, jestem do usług pana...
— Dobrze zatem — rzucił krótko nieznajomy, i pośpieszył naprzód, by połączyć się z towarzystwem, idącem na dalsze zwiedzanie cudów Elektropolisu...
Coraz też na widok czegoś nowego i nadzwyczajnego z piersi gości wydobywał się okrzyk zachwytu i zdumienia.
Wielki również podziw wzbudził widok kolonji Arabów, osiadłych na roli, zajmujących się rolnictwem.
A więc i te wiecznie koczownicze dzieci pustyni potrafił ten czarodziej przekonać o korzyściach życia osiadłego, o dobrobycie, jaki im dać może praca na roli.
— To nasi wierni towarzysze pracy — odrzekł Halicz — strzegli nas podczas całego przebiegu pracy, i teraz, nie chcąc rozstawać się z nami, osiedli przy naszej kolonji, zajmując się, tak jak i wszyscy, pracą na roli...
— A czy kolonja może się bronić w razie nagłego napadu koczowników pustyni?... — zapytał niespodziewanie ów tajemniczy nieznajomy, którego postać wielce intrygowała Czesława.
Uśmiechnął się tylko lekko na to pytanie Kazimierz Halicz i odrzekł:
— Nie radziłbym im próbować tego... Niezależnie od tego, iż wszyscy mieszkańcy Elektropolisu w jednej chwili, jak jeden mąż, stanęliby pod bronią, a każdy z nich władać nią znakomicie potrafi, posiadam jeszcze i inne środki obrony, które potrafią stawić opór najsilniejszym nawet oddziałom nieprzyjacielskim, gdyby komu na myśl przyszło zbrojnie atakować Elektropolis...
— A jakie?... — zapytał spiesznie nieznajomy, i oczy jego błysnęły ciekawością...
Nie podobała się ta nadmierna ciekawość Haliczowi, odrzekł też z lekkim ukłonem:
— Daruje pan, lecz to stanowi tajemnicę, znaną tylko paru bliskim mnie osobom...
Odpowiedź ta nie spodobała się nieznajomemu, który z miną niezadowoloną połączył się z resztą towarzystwa.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Edmund Krüger.