Macocha (de Montépin, 1931)/Tom III/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Macocha
Podtytuł Powieść
Data wyd. 1931
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków — Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Marâtre
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.

Zostawiliśmy Gastona w koleżeńskim gronie. Młodzi pustacy postanowili spoić koniecznie tego, który się im od bibek koleżeńskich od pewnego czasu systematycznie wymykał. Jakoż udało się to im wybornie. Artysta podczas hulanki posłał telegram, iż na noc nie przybędzie do Montgrésin, gdy jednak znalazł się wieczorem w swojem mieszkaniu w Paryżu, zdjął go niepokój jakiś. Chwiejąc się jeszcze na nogach, podążył na ostatni pociąg, który go miał zawieść do ukochanej.
W Montgrésin już wiedziano o zniknięciu Teresy i Paulinki, przypuszczano, że może znajdują się u Gastona, niepokojono się jednak również, a służąca z oberży, Anusia, która maleństwo kochała nad życie, postanowiła na wszystkich czekać w mieszkaniu zakochanej pary.
Tu przebiegła raz jeszcze wszystkie pokoje, ale napróżno. I ta nadzieja zawiodła tak samo, jak poszukiwania Małgorzaty, leśnika i oberżystki...
Gaston przybywszy na miejsce, pytał wszystkich wymienionych dopiero, ale bezskutecznie. Śladu Teresy nie było, wszyscy natomiast opowiadali mu szczegóły znane z poprzednich rozdziałów, a które świadczyły, iż Teresa i malutka stały się ofiarą porwania. Instynkt podszepnął mu, kto się dopuścił w obec niego tak ohydnej zbrodni.
Skoro tylko świt nastał, po nocy spędzonej w pośród najstraszliwszych męczarni, udał się do Paryża.
Opuścimy opis poszukiwań Gastona, zanim zdołał dowiedzieć się rzeczywistego adresu państwa Daumont, oraz wyprawy Taureta po doktora dosyć zdolnego, by ocalić Teresę, a nikczemnego dosyć, by zgubić jej kochanka. Nie zatrzymamy się także przy scenie podsuwania rozkazu aresztowania młodego rzeźbiarza, jako obłąkanego.
Rzecz cała odbyła się zupełnie w ten sam sposób, jak z góry obliczali zacny pan Joachim i godna jego towarzyszka.
— Czego sobie pan życzysz? — rzekła do zrozpaczonego Eugenja, gdy się ten tylko ukazał. — Ja pana nie znam...
Chmura przebiegła po obliczu Gastona.
— Czego ja chcę? — zawołał, nie mogąc zapanować nad oburzeniem i żalem... — Mojej żony i mojego dziecka. — Pani Daumont cofnęła się przed wyrazami młodego zapaleńca, wyrywając ręce, które uchwycił i weszła do salonu.
Tu już czekał Joachim Touret i jego pomocnik.
— Ratunku, ratunku — zaczęła krzyczeć Eugenja, zobaczywszy ich obu... — Ten człowiek, którego nie znam, chciał się rzucić na mnie, żądając oddania mu jego dziecka, bezwątpienia jest to jakiś warjat...
— Nie, nie jestem warjatem — zawołał z kolei Gaston, któremu tymczasem powróciła cała przytomność. Jestem jak najprzytomniejszy i zaraz tego dowiodę.
— I wskazując na Joachima dodał:
— To bezwątpienia ci panowie pomagali w porwaniu Teresy, którzy skradli nasze dziecko... Ale ja tu jestem i nie wyjdę, dopóki nie odbiorę Teresy i mojej Paulinki, ukradzionej, ukradzionej, ukradzionej!
— Mówiąc to, młody człowiek podnosił głos, chcąc być usłyszanym w głębi apartamentu i pragnąc się wedrzeć dalej, ale na drodze swojej znalazł Joachima.
— Spokojniej, szanowny panie — mówił ten zimno — zdaje się, że jesteśmy w błędzie... Państwo Daumont mieli wprawdzie córkę, ale ta umarła...
— Umarła, a więc wy zabiliście ją nikczemnicy. Ha, ale odpowiecie mi za to.
I z temi wyrazami posunął siu ku Eugenji.
— Na pomoc, na pomoc — ta zawołała raz jeszcze — ten człowiek jest szalony!
— Szalony — dodał jak echo jego pomocnik.
W tej chwili tak krytycznej pojawił się się ukryty dotąd doktór Loiset, przeszył Gastona wzrokiem właściwym hypnotyzerom i powtórzył;
— Szalony!
Pomiędzy czworgiem tych ludzi, których ręce zwracały się ku niemu z groźbą, Gaston mimowoli przeczuwając coś strasznego, kierował się ku wyjściu.
W chwili jednak gdy krok zaledwie w tył zrobił, stało się coś niesłychanego. Loiset postąpił krok jeden, wzrok jego stał się jeszcze bardziej jasnym pochłaniającym uwagę i nakazującym posłuszeństwo. W tejże chwili w drzwiach, prowadzących z salonu do pokoju, ukazała się postać blada z rozpuszczonemi włosami. Była to Teresa.
Nieświadoma tego co czyni, posuwała się zwolna, a za rozkazem Loiseta wyciągnąwszy ku Gastonowi rękę, wyrzekła podane sobie przez sugestję wyrazy:
— Ten człowiek szalony!
Tego było już nadto — Gaston upadł na ziemię bez przytomności.
Teraz tylko sznurów, prędzej sznurów, a za chwilę ptaszek przestanie być niebezpieczny. Zajmijcie się tem, a ja tymczasem podpiszę świadectwo szaleństwa i ułożę do łóżka naszą drogą chorą...
To mówiąc Loiset zapalił najspokojniej cygaro.
— A teraz dodał — jedźcie zawieść nowego pacjenta doktorowi Surdat. Tymczasem ja będę czuwał nad Teresą i zrobię wszystko, ażeby ją ocalić.
Ajent i jego pomocnik po tych słowach wynieśli Gastona, ciągle nieprzytomnego, do oczekującej przed domem karety. Pani Daumont towarzyszyła im. W przeciągu godziny znaleźli się w Bonneuil przed domem zdrowia, oddalonym od innych domów, umieszczonym w głębi obszernego ogrodu, otoczonym wysokim murem, przed jednym z tych, które wyglądem samym zapowiadają zarówno szpital jak więzienie. Napróżno byś stamtąd chciał uciec przez okratowane okna, ręce twe zbyt słabe by połamać sztaby żelazne, próżno byś wołał pomocy, nikt nie usłyszy.
To też nie bez pewnej słuszności doktór Surdat do pani Eugenji rzekł z uśmiechem zadowolenia pełnym, ułożywszy się o dosyć wygórowane koszta utrzymania pacjenta.
— Teraz już pani możesz być spokojną. Już nie ma na świecie Gastona Dauberive... Ja sam, dyrektor zakładu, znam odtąd tylko numer 572-gi, który, zaręczam, nie wyjdzie stąd, dopóki ma się rozumieć, regularnie będą wypłacane zań koszta leczenia.
— Oh, to mi wystarcza. Żegnam pana.
— Raczej do widzenia, od dziś za rok, jeżeli pani nie uznasz za stosowne rachuneczku naszego załatwić wcześniej...
Za chwilę Gaston pod tuszem z zimnej wody odzyskał przytomność, lecz tylko na kilka sekund zaledwie, poczem gwałtowna gorączka w połączeniu z napadami szaleństwa opanowała jego ciało i umysł, nie mogący znieść ciosów tak niespodzianych, a tak strasznych.
Pozostawało tylko zniszczyć zarówno w Montgrésin jak i przy ulicy Bochard-de-Saron wszystkie papiery, mogące skompromitować rodzinę Daumont. Joachim wziął się do tego po swojemu, i odtąd zniknął wszelki ślad stosunku Teresy z Gastonem, dwóch lat prawie przeżytych w słodkiem niezapomnianem szczęściu...
Tymczasem choroba młodego rzeźbiarza przybrała zatrważające rozmiary. Przejścia, jakie się stały jego udziałem, nie pozostały bez śladu głębszego, niczego na razie spodziewać się nie było można Doktór-Surdat nie potrzebował już pomagać naturze; wystarczało pozostawienie rzeczy w stanie, w jakim były. Po trzech tygodniach cierpienia, gdy artysta wreszcie wstał z łóżka i odzyskał siły fizyczne, dyrektor domu zdrowie mógł mu zadawać następujące pytania:
— Jak się pan nazywa?
Osłabiony przez długą dietę Gaston, zwrócił nań oczy, jakby zamglone, bez wyrazu. Słyszał lecz nie mógł zrozumieć o co idzie. Surdat powtórzył pytanie.
Młody człowiek uczynił straszną wysiłek, ażeby sobie przypomnieć, lecz wysiłek ten nie dał żadnego rezultatu.
Doktór zapytał znowu.
— Coś pan robił?
Odbłysk przytomności przemknął po twarzy Gastona, odpowiedział prawie bez wahania, głosem mniej drżącym.
— Posągi!
— Gdzieś mieszkał?
Chory zaczął sobie przypominać...
— Gdzieś mieszkał? No dalej! — wołał tonem rozkazującym Surdat.
— W wiosce... na wsi...
— Nazwa tej wsi!
— Nie wiem... doprawdy...
— Czyż żonaty?
Nagle wzruszenie odmalowało się na twarzy Gastona, zapowiadając nowy atak szaleństwa.
Surdat zmuszony był przerwać zapytania, i kazał włożyć kaftan bezpieczeństwa na biedaka, który się z całych sił swoich wyrywał stróżom.
— Doktorze — zapytał jeden z jego pomocników — co myślisz o pacjencie?
— Widzę tu godną uwagi utratę częściową pamięci, odnoszącą się do nazwisk, podczas gdy pamięć rzeczy pozostała.
— Czy pamięć ta powróci mu kiedy?
— Zdaje mi się to nieprawdopodobnem.
— A długo subjekt żyć może?
— Pięćdziesiąt lat, a może i więcej, jeżeli nie dołączy się jaka inna choroba, której teraz przewidzieć trudno.
— A rozum mógłby odzyskać?...
— Wątpię, tembardziej, iż nikt tu nie zamierza się starać, by mu go powrócić...
— Ależ w każdym razie powrót ten jest możliwym?
— Byłby niebezpiecznym, więc go... nie będzie!
Biedny Gaston!
„Zostawmy go, a sami przejdźmy do Teresy, tej drugiej prawdziwej męczenniczki. Choroba jej dzięki staraniom doktora Loiset, przybrała przebieg normalny. Przez dni piętnaście Teresa nie będąc już w niebezpieczeństwie, wyglądała raczej na umarłą niż żywą, nie słyszała nic, nie widziała i nie rozumiała tego wszystkiego, co koło niej się działo. Młodość jednak wreszcie wzięła górę nad cierpieniem, pamięć odzyskiwała swoją dawną władzę, chora świadoma już swojego stanu, zaczynała sobie przypominać.
Macocha nie przestawała otaczać jej najczulszą opieką, przepędzając koło jej łoża wszystkie noce, i nie czując się, a przynajmniej nie mówiąc, że jest zmęczoną. Eugenja pragnęła gorąco ocalić córkę, która następnie dostarczyłaby jej środków do życia wygodnego i pełnego zbytków. Chciała ją widzieć wyleczoną i ładniejszą jeszcze niż przedtem, ażeby rozpocząć na nowo tym razem już z zupełnemi widokami powodzenia olbrzymią spekulację, która przez ucieczkę Teresy i śmierć barona Rittera już raz się nie udała.
Doktór Loiset lękał się kryzysu. Pani Daumont ze swej strony oczekiwała chwili, w której młoda kobieta przyjdzie do posiadania władz umysłowych.
Dzień oczekiwany nadszedł. Pewnego poranku po nocy spokojnej Teresa uczuła się mniej słabą niż zwykle, Odbłysk inteligencji ukazywał się od czasu do czasu w jej źrenicach. Spojrzenia jej padały z ciekawością na przedmioty ją otaczające. Nie przypominały jej one ani atelier Gastona, ani ich schronienia w Mentgrésin. Gdzież więc znajduje się teraz? Co stało się z Gastonem, co się stało z Pauliną?
— Zgubieni dla mnie, zgubieni na zawsze... Nie zobaczę ich nigdy więcej — łkała, każde uderzenie zranionego serca sprawiało jej ból dotkliwy, a jednocześnie czuła rosnącą w sobie energję do walki z niebezpieczeństwem. Gaston — myślała — przecie dowie się gdzie jestem i przyjdzie mnie uwolnić.
W tejże samej chwili do pokoju chorej wszedł doktór Loiset i pani Daumont. Widząc swoją matkę, której przez tyle dni nie poznawała, Teresa uczuła zimno przenikające ją do szpiku kości. Podniosła się, szepcząc:
— Miłosierdzia, matko, nie bądź bez litości, oddaj mi moją córkę.
Zamiast odpowiedzieć Teresie, Eugenja spojrzała na doktora.
Ten postąpił nagle do chorej.
— Widzę, że jesteś pani już dosyć silną, ażeby mnie słuchać i rozumieć... Słuchaj więc, tak trzeba. Uspokój się i słuchaj, ja tak chcę — rozkazał, topiąc w rekonwalescentce wzrok ostry, owo spojrzenie magnetyczne, o którego mocy wiedzą już czytelnicy. — Uspokój się i słuchaj.
— Niebacząc na wstyd, opuściłaś dom rodzicielski, szczęściem, iż dzięki Bogu, hańba ta już cię nie plami.
— Dzięki Bogu?
— Tak jest... Ów nikczemnik, który skorzystał z twojego niedoświadczenia, kryminalista, któregoby sądy ścigały i skazały za porwanie nieletniej, nie odniesie już kary, na jaką zasłużył... już nie żyje...
— Umarł! Gaston — zawołała z głębi piersi młoda kobieta... Czyż to możliwe?...
— To więcej niż możliwie, bo pewne. Nie chcąc oczekiwać na wyrok hańbiący, odebrał sobie życie w więzieniu.
— Nieszczęśliwy! A moja córka?
Pani Daumont zbliżyła się do łóżka i głucho powtórzyła:
— Umarła także... Nie pozostaje ci nic tedy tylko zapomnieć i podziękować niebu, iż samo zerwało więzy, które skazywały cię na życie wstydu pełne... Z przeszłości nie istnieje już nic, nic, nawet wspomnienie. Ojciec twój i ja możemy nareszcie podnieść głowy... Przeszłość zniknęła, przyszłość oczekuje...
Teresa nie słyszała jej dobrze, niema, z oczami zapatrzonemi w punkt jeden powtarzała:
— Nie żyją, nie żyją... Jakżebym chciała się połączyć z niemi.
— Będziesz żyła — zawołała gwałtownie Eugenja — żeby naprawić złe, któreś nam wyrządziła. Będziesz żyć, ażeby mi być posłuszną.
Teresa utraciła przytomność, przywrócono ją jednak do życia, które było dla niej ciężarem. Wyzdrowiawszy szukała ulgi w modlitwie i wspomnieniu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.