<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Memento
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ III,
W KTÓRYM DONOSZĘ PANNIE ZOFJI O PIERWSZYM REZULTACIE POSZUKIWAŃ IZYDORKA.

— Cóż u licha! — zawołałem — ten impetyk zrzucił cię ze schodów?
— Nie, to ja się sam potknąłem.
— Aha! No — ale kapelusz?
— Sam zleciał. Zanadto wygiąłem się przez poręcz.
— A cóż znaczą te trzy pręgi na surducie?
— Tam do djabła! Wytrzepże, wytrzep... Mam taką głupią służącą, która nie umie czyścić męskiego ubrania.
Wytarłem pręgi, choć byłem aż nadto pewny, że surdut wytrzepano przed chwilą, — i dodałem:
— Cóżto za awantura?... skąd kłótnia z tym facetem?
— I nic! to ten głupi zakład wszystkiemu winien. W każdym jednak razie wygrałem go...
— Jakże toi było, opowiedz mi!
Izydorek parę razy przeciągnął się, syknął i zaczął mówić:
— Czytałeś ogłoszenie?
— Czytałem.
— No, więc widzisz, ja chcąc dowiedzieć się, kto je pisał, poszedłem przedewszystkiem do redakcji. Ceregielowali się tam trochę, w rezultacie jednak przypomnieli sobie, że przyniósł je taki to a taki posłaniec.
Szukam posłańca, i dowiaduję się, że wysyłał go z ogłoszeniem do redakcji właśnie ten stary bałwan, któremu zrobiłem awanturę.
Mając już nić w ręku, idę wprost do faceta, i spotykam w korytarzu jakąś damę, która wchodzi do jego mieszkania. Mam cię, ptaszku, myślę sobie, to tu widocznie jakaś sprawa miłosna!... Stanąłem cicho pode drzwiami, patrzę przez dziurkę, dama siedzi i molestuje o coś faceta. Mówili o biedzie, o dziecku, i jestem prawie pewny, że facet, suchotnik, chce pewnie... No, ale mniejsza!...
Nie rozumiałem nic, lecz Izydorek mówił dalej:
— Kiedy dama wyszła, poczekałem chwilę na korytarzu, a następnie, dla ostatecznego skonstatowania faktu, zapukałem do mieszkania.
— Proszę! — odpowiedział ten bałwan.
Wchodzę, — patrzę... facet leży na łóżku, chudy i mizerny jak śmierć angielska. Siadam tedy na krześle i pytam:
— Panie! przed chwilą była tu jakaś dama.
Facetowi przeszedł strach po piętach, ale nadrobił miną i odpowiedział:
— Tak jest, była.
— Zapewne w interesie ogłoszenia, które pan zrobiłeś w tym a tym numerze „Kurjera“?
Facet struchlał, ale odpowiedział rezolutnie:
— Tak jest, w interesie ogłoszenia.
Widząc, że go odkrycia moje zmieszały, postanowiłem przyprzeć faceta do muru i rzekłem:
— I cóż, przyprowadzi panu córeczkę?
— Jaką córeczkę?...
— Swoją i pańską...
— Czyś pan zwarjował?... — zawołał ten bałwan, udając wielkie zdziwienie.
— Kochany panie! — przerwałem — poco mamy grać komedją? Wiem wszystko i szanuję ludzi, którzy przed śmiercią naprawiają błędy młodości...
Facet skoczył jak oparzony i zaczął wykrzykiwać, co widząc, zacząłem i ja też wykrzykiwać. Od słowa do słowa powadziliśmy się na dobre... No, alem zakład wygrał!
— Człowieku! — zawołałem, patrząc z przestraohem na Izydorka — czyś zmysły stracił?...
Posądzasz o jakąś sprawę miłosną faceta, który sprzedaje magle i mówisz o rychłej śmierci na suchoty drągalowi, który cię ze schodów...
— No, no, no!... — oburzył się Izydorek.
— Ależ jesteś niebezpiecznym szaleńcem — dodałem i opowiedziałem mu historją pani Kopyściny, magli i damy, która je przed dziesięcioma minutami kupiła.
Izydorek zamyślił się.
— Eh, co tam... głupstwo wszystko! Może być, że ten bałwan ogłaszał tylko o maglach, ale ja mam inne ślady...
— Więc będziesz jeszcze dalej robił poszukiwania?
— A będę! będę szukał dotąd, dopóki nie znajdę.
Pożegnałem go, nie śmiąc już pytać, jaka wygrana stanie się nagrodą sińców, które poniósł, i które ponieść jeszcze może.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.