<<< Dane tekstu >>>
Autor Julijusz Verne
Tytuł Miasto pływające
Wydawca Redakcya „Opiekuna Domowego”
Data wyd. 1872
Druk Drukarnia J. Jaworskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga T.
Tytuł orygin. Une ville flottante
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XI.

Na drugi dzień w sobotę, 30 marca, pogoda była ładna. Fale małe, morze spokojne. Ognie regularnie i czynnie podsycane, sprawiały bieg prędszy. Szruba obracała się trzydzieści razy na minutę. Szybkość Great-Eastern’u przechodziła wtenczas dwanaście węzłów, (miara odległości w żegludze).
Wiatr zwrócił się na południe. Podkomendny kazał ustawić obydwa maszty z przodu i maszt tylny. Parostatek, lepiej wsparty nie doznawał żadnych kołysań. Z powodu tego pięknego nieba, oświetlonego słońcem, pokład cały zaczął się ożywiać, kobiety wystąpiły w ubraniach świeżych, jedne się przechadzały, inne usiadły, — chciałem powiedzieć na trawnikach w cieniu drzew; dzieci rozpoczęły swe zabawy przerwane od dwu dni, a żwawe i dobrane korowody biegały w kółko cwałem. Dodawszy kilku wojaków w uniformie, z rękami w kieszeniach; z podniesionym nosem na wiatr, można było myśleć, że jest się na jakim spacerze francuskim.
O trzy kwandranse na dwunastą kapitan Andersen z dwoma oficerami weszli na mostki. Pogoda bardzo sprzyjała obserwacyjom; chcieli zobaczyć wysokość słońca. Każden z nich trzymał sekstans z lunetą[1] i od czasu do czasu patrzyli na południową część horyzontu, ku której zwierciadło pochylone w ich narzędziach miało sprowadzić gwiazdę dzienną.
— Południe, rzekł wkrótce kapitan.
Natychmiast sternik naznaczył godzinę na zegarze pomostowym, a wszystkie zegarki na okręcie zregulowały się podług tego słońca, którego przejście na południku zostało wskazane.
W pół godziny potem, przylepiono obwieszczenie następujące:

Szer. 51° 101′ P.
Dłu. 24° 13′ Z.
Bieg. 227 mil Odległość: 550.

Więc od wczoraj do dzisiejszego południa zrobiliśmy dwieście dwadzieścia siedm mil. Teraz właśnie była godzina pierwsza i czterdzieści dziewięć minut w Greenwich, i Great-Eastern znajdował się o sto piędziesiąt pięć mil od Fastenet. Przez cały ten dzień nie widziałem Fabijana. Zaniepokojony jego nieobecnością kilka razy zbliżałem się do jego pokoiku, co mię przekonało, że nie wychodził stamtąd wcale.
Tłum zapełniający pokład, musiał mu się widocznie nie podobać. Zapewne unikał tego zgiełku a szukał samotności. Lecz spotkałem kapitana Corsicana, i przez godzinę chodziliśmy razem w tyle okrętu. Często była mowa o Fabijanie. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nieopowiedzieć kapitanowi, co wczoraj zaszło między mną i kapitanem Mac-Elwinem.
— Tak, odrzekł Corsican za wzruszeniem, którego nie starał się wcale ukrywać, — dwa lata temu Fabijan miał prawo uważać się za najszczęśliwszego z ludzi, a teraz jest najnieszczęśliwszym.
Archibald Corsican opowiedział mi w krótkości, że Fabijan poznał w Bombay młodą ładną dziewczynę pannę Hodges. Kochał ją i był kochanym, zdawało się, że nie istniała żadna przeszkoda co do połączenia się panny Hodges z kapitanem Mac-Elwinem, kiedy za pozwoleniem jej ojca, zaczął się o nią starać syn pewnego przemysłowca z Kalkuty. Był to interes, o tak! interes, tylko ukartowany na długo przedtem. Hodges, człowiek stanowczy, surowy, mało powodujący się uczuciami, był wtenczas w drażliwem położeniu względem swojego korespondenta z Kalkuty. To małżeństwo mogło dobrze załatwić wiele rzeczy, poświęcił więc szczęście swej córki dla interesów pieniężnych. Biedne dziecko nie mogło stawić oporu. Oddali ją w ręce człowieka, którego nie lubiła, którego nawet nie mogła lubić i który prawdopodobnie jéj również nie lubił. Czysty interes, szkaradny interes, a nikczemny czyn. Małżonek drugiego dnia po ślubie zabrał swoję żonę, i od tego czasu, Fabijan szalony z boleści, cierpiący najokropniéj, nie widział już więcej tej, którą zawsze kochał.
Po skończeniu opowiadania, zrozumiałem, że w istocie cierpienia, które znosił Fabijan, były wielkie.
— Jak się nazywała ta młoda dziewczyna? — zapytałem kapitana Archibalda.
— Ellen[2] Hodges — odpowiedział.
Ellen! to imię wytłomaczyło mi litery, które Fabijan, jak mu się zdawało, widział wczoraj w śladzie okrętu.
— A jak się nazywa mąż tej nieszczęśliwéj kobiety? — zapytałem znów kapitana.
— Harry Drake.
— Drake! — wykrzyknąłem, wszak ten człowiek jest tu na okręcie.
— On! tutaj! — powtórzył Corsican, — zatrzymując mnie za rękę i patrząc mi w oczy.
— Tak — odpowiedziałem, jest na okręcie.
— Daj Boże, aby się chociaż nie spotkali! — rzekł poważnie kapitan. To szczęście, że jeden drugiego nie zna, a przynajmniej Fabijan nie zna Harry Drake’a. Lecz samo to nazwisko, gdyby wymówione było wobec Fabiana, sprawiłoby wybuch.
Opowiedziałem wtedy kapitanowi Corsicanowi, co wiedziałem o Harry Drake’u, a raczéj co mi mówił doktór Dean Pitferge. Opisałem go takim jak był, jako awanturnika, zuchwalca i rozpustnika już zrujnowanego przez grę i birbanteryją, a gotowego na wszystko, byle tylko zebrać majątek. W téj chwili Harry Drake przeszedł koło nas. Pokazałem go kapitanowi. Oczy Corsicana ożywiły się nagle. Zrobił giest gniewu; ale go powstrzymałem.
— Prawda — powiedział mi — to dopiero fizyjonomia łotrowska!... Lecz gdzież on jedzie?
— Mówię, że do Ameryki, szukać w szczęśliwym losie tego, czego nie chciał znaleść w pracy.
— Biedna Ellen! poszepnął kapitan, gdzież ona teraz?
— Może ją ten nikczemnik porzucił?
— Dla czegóż nie miałaby być na okręcie? zauważył Corsican, patrząc na mnie.
Myśl ta przyszła mi do głowy po raz pierwszy, lecz ją odrzuciłem. Nie. Ellen nie była, nie mogła być na okręcie. Ona nie byłaby uniknęła inkwizycyjnego wzroku doktora Pitferge’a. Nie! Ona nie towarzyszyła Drake’owi w téj podróży!
— O gdyby to mogło być prawdą, co pan mówisz, odpowiedział mi kapitan Corsican, gdyż widok téj biédnej ofiary, przywiedzionéj do takiego opłakanego stanu, zadałby Fabijanowi cios okropny. Nie wiem, coby stąd nastąpiło. Fabijan jest w stanie zabić Drake’a jak psa. W każdym razie, ponieważ pan jesteś przyjacielem Fabijana, zarówno jak ja sam, będę więc pana prosił o jeden dowód téj przyjaźni. Nie traćmy go nigdy z oczu, i w razie wypadku, niech zawsze jeden z nas będzie gotów rzucić się pomiędzy niego i jego rywala. Pojmujesz pan, że spotkanie z bronią, nie powinno nigdy nastąpić między temi ludźmi. Ani tu, niestety! ani nawet gdzieindziéj, żona nie może zaślubić zabójcy swego męża, chociażby ten mąż był najniegodziwszym w świecie.
Zrozumiałem dowodzenie kapitana Corsicana. Fabijan nie mógł sam sobie sprawiedliwości wymierzać. Znaczyło to przewidywać przyszłe wypadki z bardzo daleka. A jednak to być może, te dziwne spraw ludzkich powikłania są zawsze na porządku dziennym, dla czegoż nie zdać sobie z nich rachunku? Lecz miałem złe przeczucie. Czy to podobieństwo, ażeby w tém życiu wspólnem na okręcie, w tém potrącaniu się codziennem, Fabijan mógł uniknąć hałaśliwéj osobistości Drake’a? Jedna uboczna okoliczność, wzmianka jaka, nazwisko wymówione, jedno nic, czyż nie postawi ich najnieszczęśliwiéj jednego przed drugim? Ah! jakże bym był chciał wstrzymać bieg tego parostatku, który ich obudwu unosił. Nim opuściłem kapitana Corsicana, przyrzekłem mu czuwać nad naszym spólnym przyjacielem, a pilnować Drake’a; i on też ze swéj strony obowiązał się nie tracić go z widoku. Potem ścisnął mi rękę i rozłączyliśmy się. Wieczorem wiatr południowo-zachodni zgęścił mgły na oceanie. Zupełnie było ciemno. Pokoje rzęsiście oświetlone, stanowiły sprzeczność z temi ponuremi głębiami. Słychać było walce i romanse rozlegające się kolejno. Oklaski zajadłe przyjmowały je nieodwołalnie, a nawet okrzyków nie brakowało, kiedy ten psotnik T..,, usiadł przy fortepianie i zagwizdał śpiewki z aplombem wędrownego aktora.





  1. Narzędzie służące do oznaczenia szerokości jeograficznéj na morzu.
  2. Helena.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Jadwiga Papi.