<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Miranda
Wydawca Przegląd Wieczorny
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia "Rotacyjna"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Surjawastu do dziś zachowało typ, jaki opisuje Campanella.
Chociaż mury są dziś niepotrzebne, jednakże nie zburzono ich wcale. Miasto rozmiarami zdaje się większe od Rzymu lub Kopenhagi; mury ma wysokie, grube, z białego wapienia budowane: siedem bram prowadzi do miasta, a każda brama odpowiada jednej z planet.
Świątynia każdej z planet stoi tuż koło bramy, a przy niej posąg odpowiedniego boga-opiekuna planety.
Świątynie budowane są z materjału takiego samego, jak nasz samochód i owe wieżyce, podobne do suszarni.
Jakkolwiek szczegóły miasta poznałem dopiero później — to jednak opiszę je odrazu, aby już do tych szczegółów nie wracać.
Miasto ma w punkcie centralnym bardzo obszerny rynek, formy kolistej, na którym stoją najważniejsze świątynie i budynki, a w samym środku forum wysoka, na sto dwadzieścia metrów, wieża, na której galerji szczytowej straż czuwa nad bezpieczeństwem kraju.
Ponieważ — jak to zauważyłem rychło — Solari mają zmysły daleko potężniejsze od naszych, widzą zatem znacznie dalej, tak, że dostrzegają wszystko, co się dzieje w kraju oraz po jego stronie wschodniej i zachodniej; o ile zaś chcą, obejmują wzrokiem jeszcze dalsze widnokręgi.
Miasto dzieli się na dwanaście kwartałów, które promieniowato rozchodzą się z centrum: każda dzielnica odpowiada jednemu ze znaków zodjaku.
Każda dzielnica ma szeregi ulic, przeplatanych zielenią ogrodów, które tworzą jakby równoległe ulice. Obok zieleni i kwiatów wszędzie tu słychać śpiew i muzykę. Jak nie zauważyłem t. zw. „ludu“, tak samo nie widziałem dzielnic ubogich. Domy wszystkie są z materjału podobnego do szkła, albo z tegoż rogowego materjału, co świątynie i suszarnie: najwyżej bywają dwupiętrowe i mają wszędzie balkony i galerje. Zdaje się, że schodów tu niema: ludność, umiejąc latać, odrazu unosi isię na swoje piętro i tamtędy przez okno dostaje się do domu.
Najciekawszy był plac centralny: na którym tuż pod wieżą i jako jej podstawa mieści się świątynia Słońca, która jest zarazem świątynią Metafizyki; tu przesiaduje główny naczelnik Republiki oraz jego służba pomocnicza.
Tu również jest główna sala Rady państwowej, w której zbierają się ministrowie i mędrcy, przez naród wybrani.
Świątynia ta ma daleko i głęboko idące podziemia, w których mieszczą się rozmaite wielkiej wagi urządzenia.
W pobliżu są tu trzy świątynie oraz ministerja Miłości, Mądrości i Potęgi — a nadto inne budynki niezmiernej wagi, które poznałem później, a które wszystkie wiążą się z wytwarzaniem i przetwarzaniem pramaterji, zwanej Nirwidjum oraz praenergji, zwanej Nerwidjum.
Później wam wytłumaczę, jakim sposobem tu na tej dalekiej wyspie Tapobrane ludzie doszli do tej samej nazwy, jaką swemu pierwiastkowi nadal Nirwid.
Na ulicach byt pewien ruch kołowy, jednakże nasz wózek i moja osoba budziły niemałe wrażenie. Cudzoziemcy rzadko się tu zdarzają. Co do mojej Beatryczy — to widziałem, że jest osobą znaną powszechnie. Zarówno mężczyźni, jak kobiety witali ją życzliwie, podnosząc ręce do góry.
Zatrzymaliśmy się wreszcie przed niewielkim domem, odosobnionym — i wyszedł mój gospodarz, imieniem Wasiszta wraz ze swą żoną; gospodarz przedstawiał typ energicznego mężczyzny, jakby żołnierza — i jak wszyscy, miał u boku misericordię.
Damajanti rzekła:
— Oddaję ci tego cudzoziemca pad opiekę. Ten Anglik jest rozbitkiem i czeka na okręt, coby go zawiózł na Zachód. Jest znużony, głodny, w szatach nietutejszych. Wykąpcie go w wodzie Nirwidjalnej, dajcie mu posiłek należyty i przystrójcie go w nowe suknie. Cudzoziemiec dziwi się wielu rzeczom, których nie widział w swoim kraju: więc mu wyjaśnijcie, czego nie rozumie i odkryjcie mu tajemnice, które można odkryć. Pozostawiam mu wózek, aby mógł z niego korzystać. Bądź pozdrowiony, cudzoziemcze! Żegnam ciebie!
Zacząłem jej dziękować za uprzejmość i przepraszać, że jako obcy — niejedną mogłem jej przykrość uczynić.
Pocałowałem ją w rękę: była to śliczna, biała, delikatna, pachnąca dłoń królewny.
Uśmiechnęła się i zdaleka — symbolicznie — pocałowała mnie w czoło.
I znów zaczęło mnie dręczyć pytanie, że jednak jej osoba nie jest mi nieznana: ale skąd ja ją znam? co za jedna? nie byłem w stanie sobie przypomnieć — i zacząłem przypuszczać, żeśmy się znali w żywocie poprzednim.
W chwili, gdy mnie Damajanti całowała w czoło, zjawił się ten sam mężczyzna, który mi sprowadził samochód. Był to, jak się okazało, mąż mojej przewodniczki.
Przyznam się, że mnie ta wiadomość dotknęła w serce, jak małe ukłucie. A ja jużem zaczął marzyć. Ach! „Tanto gentil e tant‘ onesta pare“...
Odlecieli. Wasiszta oraz jego żona, rodzaj Andromachy, poprosili mnie do środka.
Przedewszystkiem, zgodnie z rozporządzeniem siostry, Wasiszta zaprowadził mnie do kąpieli. Była to wanna, jakby majolikowa, do której wlał mi sam wody dziwnie błękitnego koloru, temperatury umiarkowanej (27 st. R.) i przesiąkłej aromatem orzeźwiającym.
Wykąpałem się z rozkoszą i poczułem się po tej kąpieli nadzwyczaj wzmocniony, a tyle ze mnie wypłynęło wszelkiego potu, że byłem jakby nowym człowiekiem. Nigdy żadna kąpiel na mnie tak nie oddziałała.
Naraz, tak mi się zdawało, zaczynało mi się w oczach rozjaśniać; lepiej rozumiałem tutejszych ludzi.
W czasie mojej kąpieli Wasiszta wyszedł, ale w pewnej chwili powrócił i, gdym się wycierał ręcznikiem, oblał mnie jakiemś czarującem pachnidłem, b. subtelnem, które przeniknęło moje całe ciało.
Jednocześnie przyniósł mi suknie, krojone podług mody miejscowej, tak, że gdyby nie moje gruboskórne ciało, niczem bym się nie różnił od Solarów.
Później zaproszono mnie na posiłek.
Wszedłem do sali, gdzie na sposób wschodni — stół był niski, a zamiast krzeseł — poduszki na ziemi. Nieznany mi instrument (ale nie gramofon) sam przez się grał piękne melodje.
Właściwie na stole była tylko kryształowa wazka, w której mieściły się pastylki w rodzaju tych, jakiemi rano częstowała mnie Damajanti.
Było nas przy stole troje: to jest moi gospodarze i ja.
Naśladowałem ich we wszystkiem: każde wzięło po jednej pastylce — i właściwie to stanowiło cały obiad.
Nadto widziałem, że jednocześnie brali w ręce wazoniki kwiatów, stojące na stole przed każdym z nas i wdychali ich aromat w sposób specjalny, którego nie mogłem się nauczyć.
Jak mi to później wytłumaczono, zapachy stanowiły nie mniej poważną część pożywienia, jak i owe tajemnicze pastylki.
Nadto była tam na stole karafka wody źródlanej i mała flaszka, napełniona płynem bezbarwnym. Gospodarze poczęstowali mnie troszką owego płynu, który rozrabia się wodą — i sami sobie podobny trunek przygotowali. Trunek to był milszy nad wszelkie wino.
Na tem skończył się obiad.
Musiałem raz jeszcze opowiedzieć swoją historję, oraz moje spotkanie z panią Damajanti i jej towarzystwem — i jednocześnie z trudem przypominałem sobie: do kogo podobną jest Damajanti?
Ale i ja byłem ciekawy; zapytałem mego gospodarza, co to za potrawa te pastylki; co to za napój — i skąd się bierze?
— Jest to wyrób sztuczny, ale my go znamy od dość dawna. Daje on nam sumę należytą wszystkich pierwiastków koniecznych do odżywiania ciała — i uwalnia nas od walki o jadło, która u was ściśle biorąc, całe życie zapełnia: widzimy to u Telurów, u Kalibanów i u Anglików. Jedna pastylka dziennie zupełnie wystarcza; ale dwie — nawet trzy nie zaszkodzą.
— Od jak dawna wy to znacie!
— Od ostatniej rewolucji. W owym to czasie nasz minister Mądrości Agastja wynalazł zasadniczą materję bytu — niejako astral materji — i nazwał go Nirwidjum.
— Nirwidjum? — zawołałem zdumiony, aż zimny pot spłynął mi po czole: przypomniał mi się Nirwid — jego teorje naukowe — jego tajemnicza maszyna — i jego śmierć tragiczna.
— Tak — Nirwidjum — to znaczy po sanskrycku mniej więcej tyle co „ciało niewidzialne“. Nie wszystko mogę ci o tem powiedzieć, bo jestem w służbie Potęgi, ale ktoś z ministerjum Mądrości lepiej ci to wytłumaczy. Bez Nirwidjum nie bylibyśmy tem, czem jesteśmy. Gdyż Nirwidjum wyzwala nas od ciała pierwotnego, w którem dziecinne przepędzamy lata, a w którem wy trawicie cały żywot.
Zauważyłem, że tu nikt się nie wstydzi przyznać, że czegoś nie wie. Zresztą niebardzo rozumiałem jego ostatnie słowa. (Ale do kogo podobna jest Damajanti?) — Gospodarz mówił dalej:
— Następnie Nirwidjum, żywiąc nas, jak to widziałeś, umożliwiło nam rozwiązanie bardzo zawikłanej sprawy socjalnej. Poprostu zmieniło naturę człowieka: bez zmiany człowieka, nie zmienisz społeczności. Nakoniec Nirwidjum dało nam siłę niezwyciężoną: ten maleńki mieczyk, który widzisz — jest dostateczny, by trzymać w odwodzie bardzo liczną armję. Tysiąc żołnierzy naszych wystarczy przeciw stu tysiącom wrogów. Byłeś dzisiaj na mieście i widziałeś spokój zupełny: a tymczasem my jesteśmy w przededniu wojny. Z jednej strony idą Telury, z drugiej — Kalibany. Za dwa — trzy dni będzie wojna.
— Jeżeli jesteście tak potężni, czemu ich nie podbijecie?
— Dla wielu powodów: nie chcemy do swej republiki wprowadzać elementów niższych, a nadto uważamy, że dobrze jest mieć nieprzyjaciół, gdyż ci zmuszają nas do czujności i stałego pogotowia. Gdybyśmy ich podbili — mielibyśmy w organizmie zarazek szkodliwy — i stracilibyśmy czujność. Niewolników zaś mieć nie chcemy.
— Jakże działa ten mieczyk, jeżeli wolno zapytać?
— Pokażę ci to innym razem. Będziemy mieli ćwiczenia wojskowe — jutro, lub pojutrze.
— A teraz jeszcze proszę mi powiedzieć, co to za napój?
— Jest to djament płynny. Na naszej wyspie jest niezliczona ilość djamentów, a zresztą za pomocą Nirwidjum umiemy przetwarzać węgiel na djament. Również przy pomocy pewnej reakcji Nirwidjum — djament się skrapla i staje się tym płynem bezbarwnym, który piłeś. Zazwyczaj mieszamy go z sokiem winogron — i mamy wino nad wina!
Pani Sakuntala, żona mego gospodarza, mało się odzywała w czasie naszej rozmowy. Umiała za to milczeć w niezmiernie miły sposób, co jest rzadkim talentem. Od czasu do czasu zbliżała się do instrumentu muzycznego, gdy milknął — i na nową melodję go nastrajała. Nagle spojrzawszy w okno, rzekła:
— O, idą moi rodzice.
Jakoż wkrótce wszedł do izby piękny starzec o postawie senatora z dostojną niewiastą, jaką być musiała Wolumnja, matka Korjolana.
Pokłoniłem się tym czcigodnym osobom, które już o mnie były uprzedzone przez Damajanti. Ale Wasiszta z wielkiemi pochwałami mówił o Angliku (ciągle mię tak nazywano).
Starzec powiedział:
— Dzieci drogie, mija właśnie trzydzieści lat, jak żyję z waszą matką: ponieważ nie wiele życia zostaje mi na ziemi, przeto postanowiłem wziąć z nią ślub. Słyszę, że będzie wojna; przed wojną zatem chcę tę ceremonię odprawić.
Nowe zdziwienie, jak rozumiecie, ogarnęło moją duszę. Sakuntala, kobiecym instynktem wiedziona, zrozumiała moje zdziwienie.
— Angliku, powiedziała, osobliwem ci się zdaje to, co usłyszałeś. Wiedz zatem, że u nas ślub nie jest początkiem współżycia dwojga ludzi, ale jego uwieńczeniem i zakończeniem; on to współżycie zatwierdza. Jesteśmy w wyborze ukochanych swobodni, choć podlegli ministrowi Miłości; ale żyjemy z sobą bez żadnej sankcji prawnej — i, o ile wybór okaże się mylny, rozchodzimy się bez gniewu i żalu. Jednakże są to wypadki nader rzadkie, gdyż u nas zarówno mężczyźni, jak kobiety — mają bezwzględną skłonność do jednożeństwa przez całe życie. Można powiedzieć śmiało, że ministerjum Miłości rzadko się myli — i bardzo trafnie dobiera tych, których ma w związki połączyć.
— A cóż tu ma do roboty ministerjum!
— Ministerjum ma wiadomość o wszystkich młodzieńcach i pannach w kraju: zna doskonale ton i barwę ich dusz. Osobna statystyka prowadzi się w tym kierunku. Owóż ludzie są dwoiści: jedni raczej wolą tożsamość tonu i barwy, inni przeciwnie — kontrast. I o tem wie ministerjum i wynajdzie zawsze każdemu z młodzieńców odpowiednią dziewicę — i w danym razie sprowadza ich na jedno miejsce: jest to piękny ogród zwany Radżiwa — o dwadzieścia parę kilometrów do Surjawastu. Można powiedzieć, że ze spraw miłosnych usunęliśmy przypadkowość. Stoimy zawsze wobec konieczności. Dlatego u nas każdy prawie związek dwojga ludzi jest stały i pewny. Czasem trafia się omyłka, bo niema nic doskonałego. Po wielu latach, którą każda para określa sama, następuje uwieńczenie związku — gody ślubne — uroczystość, w której niema fałszu.
Ponieważ jestem z części świata, w której przy pozornej monogamji panuje w rzeczywistości wielożeństwo, zauważyłem z pewną nieśmiałością.
— Czy kochankowie zawsze są sobie wierni? Czy ich nie nuży ta jednostajność?
— Niema tu żadnej jednostajności. To zależy od bogactwa duszy. W jednej kobiecie jest czterdzieści cztery kobiet; w jednym mężczyźnie czterdziestu czterech mężczyzn. Należy to umieć ze siebie wyłonić i w drugiej osobie wywołać. Ten, który, jak motyl przelatuje z kwiatka na kwiatek, żyje w złudzeniu, że szuka i znaleźć nie może. Należy się zatrzymać na jednym bogu, na jednej idei, na jednej miłości. Don Juan umiera nienasycony dlatego, że nigdy nie znalazł tego punktu ostatecznego, do którego dążył. My umieramy nienasyceni dlatego, że nikt z nas nie jest w stanie do samego dna wyczerpać nieskończoność drugiej duszy.
— I to jest metoda — pomyślałem, alem nic nie powiedział, bo jako człowiek zepsuty uważałem, że jednak Don Juan wybrał lepszą cząstkę.
Tu wtrącił się do rozmowy stary Wiśwamitra:
— Muszę ci powiedzieć, szanowny Angliku, że u nas stosunki ludzkie nie są oparte na żadnym specjalnym kodeksie prawnym. Każdy prawo nosi sam w sobie — i rzadko się zdarza, aby ktoś postąpił wbrew istotnemu prawu przyrodzonemu, które tkwi w samej naturze naszych czynów. Jeżeli się zdarzy, że ktoś popełni błąd i stracił w sobie drogę prawdziwą, zwraca się do ministerjum Mądrości, aby mu jego wątpliwości rozwiązała. Tak właśnie bywa i w stosunkach miłosnych.
Zaczynałem ich rozumieć.
— Ojcze — powiedział tymczasem Wasiszta — rość nasz jest znużony i zapewne chętnieby się przespał. Uwolnijmy go więc od siebie na parę godzin i zaprowadźmy do sypialni. Ale przedtem jeszcze parę słów chcę dodać. Ojciec ma wysoki urząd w ministerjum Mądrości i wiele mógłby temu Anglikowi powiedzieć. Nie dziś oczywiście, ale jutro może by ojciec wyjaśnił mu rzeczy, których ja nie znam, a o które właśnie gość mnie rozpytywał.
— Bardzo chętnie — rzekł starzec. — Zajdź do mnie jutro rano na śniadanie — to pogadamy; co będę wiedział, to ci powiem. Ja wiem oczywiście nie wszystko: jeden Metafizyka wie wszystko.
Sam uznałem, że czas iść na spoczynek. Bo choć mię wzmocnił obiad i płyn djamentowy — to jednak tyle godzin walki na morzu odczuwałem w kościach! Dano mi pokój na pierwszem piętrze. Pokój, jak wogóle tutaj, mało co wyższy nad wzrost człowieka. Łóżko niskie, prawie na ziemi, ale szerokie, miękkie i wygodne. Gospodarz sam mi rozesłał pościel; wogóle służby niema tu zupełnie: każdy sam sobie służy.
Wkrótce usnąłem głęboko — i roiły mi się po głowie już to Li-cza-cheń i szaman, już to jezioro Bajkalskie, już to Japonja i wyspa Rakaszima, już to burza morska, rozbicie okrętu, przebudzenie na brzegu Taprobane — i ci cudowni ludzie. — Miranda! Nie — to Damajanti! Nie — to Lenora! Lenora i Damajanti: i od tej chwili ciągle mieszały mi się te dwie osoby. Do kogo była podobną Damajanti? Do Lenory. Tak mi sen rozwiązał moją zagadkę.
Tanto gentil e tant’ onesta pare...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.