Mohikanowie paryscy/Tom XI/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Mohikanowie paryscy
Podtytuł Powieść w ośmnastu tomach
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1903
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Mohicans de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.
Gdzie pan de Valgeneuse narażony jest na niebezpieczeństwo a Jan Byk zostaje w wielkim strachu.

Zobaczmy co zaszło w chacie nad wodą pod nieobecność Murzyna.
Jan Byk, wprowadziwszy, a raczej powiedzmy, wsunąwszy Loredana de Valgeneuse do izby, położył go tymczasowo, poprzewiązywanego jak mumię, na długim stole orzechowym stojącym w pośrodku, który razem z łóżkiem wsuniętem w rodzaj alkowy, stanowił sprzęt główny.
W takim stanie, sztywny i nieruchomy, pan de Valgeneuse podobny był do trupa przygotowanego do dysekcji w teatrze anatomicznym.
— Nie niecierpliwcie się, panie szlachcicu, mówił Jan Byk: niech tylko zamknę drzwi i znajdę godne was siedzenie* a dam wam półswobodę.
To mówiąc Jan Byk zamykał drzwi na zasuwkę, i szukał, według swego wyrażenia, miejsca, gdzieby mógł godnie złożyć więźnia.
Pan de Valgeneuse nic nie odpowiedział, ale Jan Byk nie zważał na jego milczenie, które zrazu uważał za bardzo naturalne.
— Dalipan mój paniczu, mówił, nogą przyciągając kulawy stołek stojący w zakątku izby, nie jest nam tu tak dobrze, jak w Tuilleries, i musisz pan poprzestać na tym oto przedmiocie.
Przysunął stołek do muru, podłożył korek pod krótszą nogę i wrócił do więźnia wciąż nieruchomego na stole. Nasamprzód wyjął mu chustkę.
— Tak! rzekł, teraz będziesz pan mógł lepiej oddychać!
Ale ku wielkiemu zdziwieniu Jana Byka, hrabia nie odetchnął głośno, jak zwykle człowiek gdy odzyskuje swobodę.
— I cóż, mój szlachcicu! rzekł cieśla swym najłagodniejszym głosem.
Ale Loredan nie odpowiadał.
— Gniewamy się, panie hrabio? zapytał Jan Byk, zaczynając rozwiązywać sznury.
Więzień wciąż zachowywał najgłębsze milczenie.
— Udawaj sobie nieżywego, udawaj, jak ci się podoba, mówił Jan Byk zdejmując zupełnie sznury wiążące ręce.
Ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała.
— No! wstań waszmość jeżeli wola.
Pan de Valgeneuse leżał wciąż jak kłoda.
— Cóż to, rzekł Jan Byk, czy pan myślisz, że cię wezmę na pasek i będę prowadził jak mamka niemowlę? O! bynajmniej, dosyć się napracowałem z panem.
Ale hrabia nie dał znaku życia.
— Do licha! rzekł, niepokojąc się tem zupełnem milczeniem, czyżbyś pan miał wywrócić oczy, ażeby zrobić przykrość swemu słudze Janowi Bykowi?
Wziął lampę i podsunął ją pod oczy hrabiego. Oczy były zamknięte, twarz sina; z czoła spadały krople zimnego potu.
— A to dobre! zawołał Jan Byk, ja się napracowałem, a on potnieje. Szczególny sobie jegomość! Ale uważając tę śmiertelną bladość okrywającą twarz Loredana: Coś zaczynam się obawiać, rzekł, czy on czasem nie udaje nieżywego.
Jan Byk zaczął trząść więźnia i przewracać na wszystkie strony. Ten jednak nie dawał znaku życia.
— Do stu fur beczek djabłów! krzyknął Jan Byk rzucając na hrabiego wystraszonemi oczyma; czyżbyśmy go zadusili nie umyślnie?... O! toż pan Salvator będzie rad!... Szkaradny człowiek! Że też ci bogaci to nigdy nie zrobią tak, jak drudzy!
Jan Byk patrzał naokoło siebie i spostrzegł w kącie izby ogromny dzban pełen wody.
— Aha! zawołał, tego właśnie szukałem.
Poszedł do kąta, porwał dzbanek, i wlazłszy na stołek znajdujący się przy stole, urządził kaskadę ze czterech lub pięciu stóp, która w miejscu spadku napotkała twarz Loredana.
Pierwsze krople nie zrobiły żadnego wrażenia, ale inaczej stało się z drugiemi. Przy tym strumieniu wody spadającym mu na głowę, przy uderzeniach zimnego natrysku, pan de Valgeneuse westchnął, co uspokoiło Jana Byka, którego czoło zaczynało także uczuwać występuiące krople potu.
— A! do stu par djabłów! zawołał oddychając hałaśliwie, jak gdyby mu kto górę z piersi zwalił, okrutnie nastraszyłeś mnie mój szlachcicu, możesz sobie oddać sprawiedliwość!
Zszedł ze stołka, postawił dzbanek na miejscu i wrócił do więźnia.
— I cóż, rzekł z miną wesołą, dostaliśmy maleńką kąpiel. Teraz musi wam być lepiej, mój szlachcicu?
— Gdzie ja jestem? zapytał Loredan.
— Jesteście w komnacie dobrego przyjaciela, odpowiedział Jan Byk rozwiązując sznur, który jeszcze krępował nogi więźnia, a jeżeli chcecie zejść ze swego piedestału i usiąść, to wam wolno.
Pan de Valgeneuse nie dał sobie powtórzyć wezwania: spuścił się ze stołu i stanął, ale nogi obrzękłe nie mogły go unieść: zachwiał się.
Jan Byk przyjął go w ramiona, zaprowadził do stołka i oparł plecami o mur.
— Cóż, czy dobrze tu panu? zapytał kurcząc się na piętach, by zrównać się z głową hrabiego.
— A teraz zapytał pogardliwie hrabia, co myślisz zrobić ze mną?
— Być waszym najuprzejmiejszym towarzyszem, panie hrabio... i dać wam prócz siebie za towarzysza mojego przyjaciela, który wyszedł tylko na chwilę.
Gdy to mówił, zastukano w pewien sposób do drzwi. Jan Byk znał ten sposób stukania. Poszedł więc otworzyć i niebawem ukazał się Toussaint-Louverture, którego czarna twarz, pocentkowana białemi piętnami, utworzonemi skutkiem potu spływającego z czoła, sprawiła na panu de Valgeneuse wrażenie twarzy tatuowanego Indjanina.
Już po wszystkiem? zapytał Jan Byk przyjaciela.
— Po wszystkiem, odpowiedział Murzyn. I zwracając się do Loredana: Kłaniam towarzystwu! rzekł. Potem znowu obracając się do Jana Byka: Dlaczego on taki zmoczony? zapytał.
— O! nie mów mi o tem, odpowiedział Jan Byk zżymając ramionami, od twego odjazdu nicem nie robił tylko nakrapiałem tego szlachcica.
— Co ty mówisz? zapytał Toussaint.
— Mówię, że temu paniczowi zrobiło się słabo, dodał Jan Byk z pogardą.
— Zrobiło się słabo? powtórzył Murzyn w tym samym tonie.
— Rzeczywiście.
— I na chwałę jakiegoż to świętego?
— Pod pozorem głupiego knebla z chustki, któryśmy włożyli mu w gębę.
— To nie do uwierzenia! zauważył węglarz.
Przez ten czas pan de Valgeneuse spoglądał na dwóch towarzyszów i zapewne badanie nie musiało być zachęcającem, bo usta jego już napół otwarte, zamknęły się nie wymówiwszy ani słowa.
Rzeczywiście, Jan Byk i Toussaint obaj wyglądali dosyć chmurno, a gdyby Loredanowi przyszło na myśl uciekać, sam widok stojącego przed nim kolosa odradziłby mu niebawem ten zamiar.
Poprzestał więc w tej chwili na opuszczeniu głowy i zamyśleniu się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.