Nędznicy/Część czwarta/Księga dziewiąta/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Nędznicy
Wydawca Księgarnia S. Bukowieckiego
Data wyd. 1900
Druk W. Dunin
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Misérables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III.
Pan Mabeuf.

Woreczek Jana Valjean nie przydał się panu Mabeuf. P. Mabeuf z czcigodną, surowością dziecinną nie przyjął podarunku od gwiazd, nie przypuszczając by na gwiazdach bito luidory ze stemplem francuzkim. Nie odgadł, że co spadło z nieba, pochodziło od Gavrocha. Zaniósł do komisarza cyrkułu woreczek jako przedmiot zgubiony, po który właściciel może się zgłosić. W istocie woreczek był stracony. Ma się rozumieć nikt się nie zgłosił, a p. Mabeuf z pieniędzy nie skorzystał.
Zresztą p. Mabeuf wpadał w coraz głębszą niedolę.
Doświadczenia z indygo nie lepiej się udały w ogrodzie Botanicznym jak w ogrodzie Austerlickim. Od roku nie płacił zasług swej gospodyni, a i za komorne był winien. Po upływie trzynastu miesięcy lombard sprzedał miedziane blachy jego Flory. Jakiś kotlarz zrobił z nich rondle. Gdy blachy znikły, nie mogąc już uzupełnić, niedobranych egzemplarzy Flory, które jeszcze posiadał, odstąpił za bezcen antykwarjuszowi ryciny i tekst, jako defekty. Nie pozostało mu nic z pracy całego życia. Zwolna przejadał pieniądze otrzymane za egzemplarze. Gdy spostrzegł, że i ten lichy zasób się wyczerpuje, wyrzekł się ogrodu i przestał go uprawiać. Dawniej, nierównie dawniej, wyrzekł się dwóch, jajek i kawałka wołowiny, które czasami miewał na obiad. Teraz jadał chleb i kartofle. Sprzedał ostatnie sprzęty, potem wszystko czego miał parami z bielizny, odzieży i pościeli, potem zielniki i ryciny; ale miał jeszcze książki najszacowniejsze, niektóre bardzo rzadkie, między innemi Cztery historyczne teksty Biblji wydanie r. 1560. Konkordacja Biblji Piotra Besse, Perły Małgorzaty Jana z Hagi, dydekowane królowej Nawarry, książka o obowiązkach i godności ambassadora przez, p. Villiers Hotman, Florilegium rabbinicum z r. 1677. Tibulla wydanie r. 1567 z tym świetnym napisem: Venetiis, in aedibus Manutianis, nakoniec Dyogenesa Laërteńskiego wydanie Lyońskie z r. 1644, w którem były sławne warjanty rękopismu 411 watykańskiego z trzynastego wieku i warjanty rękopismu weneckiego 393 i 393, starannie porównane przez Henryka Estienne, oraz wszystkie ustępy w dialekcie doryckim, które znajdują się tylko w sławnym rękopiśmie dwunastego wieku, w bibljotece Neapolitańskiej. P. Mabeuf nigdy nie palił na kominku w swoim pokoju i kładł się spać po zachodzie słońca, by nie palić świecy. Zdawało się, że już nie miał sąsiadów; spostrzegł, że unikano go gdy wychodził. Nędza dziecka budzi zajęcie w matce, nędza młodzieńca zainteresuje młodą dziewczynę, ale nędza starca nikogo nie obchodzi. Ze wszystkich niedoli ta jest najzimniejsza. Wszelako ojciec Mabeuf nie zupełnie stracił pogodę dziecięcia. Źrenice jego ożywiały się padając na książki, uśmiechał się, patrząc na Diogenesa Laertes, prawdziwy unikat. Oszklona szafa była jedynym jego meblem zbytkownym.
Jednego dnia rzekła matka Plutarch:
— Nie mam za co kupić obiadu.
Obiadem nazywała kawałek chleba i kilka kartofli.
— A na kredyt? — zagadnął p. Mabeuf.
— Pan wie dobrze, że nie chcą kredytować.
P. Mabeuf otworzył bibljotekę, długo patrzył na książki, przeglądając je jak ojciec zmuszony dziesiątkować swe dzieci, przypatrywał się nim wybrał potem żywo wziął jedną pod pachę i wyszedł. Po dwóch godzinach wrócił nie mając już nic pod pachą, położył trzydzieści soldów na stole i rzekł:
— Ugotujcie obiad.
Od tej chwili matka Plutarch spostrzegła, że pogodna twarz starca okryła się posępną zasłoną, która zawsze już na niej pozostała.
Nazajutrz, na trzeci dzień, codziennie należało to samo rozpoczynać. P. Mabeuf wychodził z książką, a powracał z pieniędzmi. Antykwarjusze, wiedząc, że sprzedaje z musu, dawali dwadzieścia soldów za książkę, za którą zapłacił dwadzieścia franków, nieraz u tego samego księgarza. Tak książka po książce poszła w świat cała bibljoteka. Czasami mówił: Przecież mam już ośmdziesiąt lat, jakby się spodziewał, że prędzej doczeka końca dni swoich, niż końca swych książek. Smutniał coraz bardziej. Ale razu jednego doznał radości. Wyszedł z Robertem Estiemm, który sprzedał za trzydzieści pięć soldów na ulicy Malaquais, a wrócił z Aldem, którego nabył za czterdzieści soldów, na ulicy Gres. Winien jestem pięć soldów, rzekł jaśniejący radością do matki Plutarchy. Tego dnia nie jadł obiadu.
Należał do towarzystwa ogrodniczego. Wiedziano tam w jakim żyje niedostatku. Prezes tego towarzystwa odwiedził, go, obiecał o nim mówić ministrowi rolnictwa i handlu i w istocie mówił. — Ależ owszem — zawołał minister. Owszem! Stary uczony! botanik, człowiek spokojny! Trzeba coś dla niego zrobić! Nazajutrz p. Mabeuf otrzymał zaproszenie na obiad do ministra. Drżąc z radości pokazał list matce Plutarche. — Jesteśmy ocaleni! — rzekł. W dniu oznaczonym udał się do ministra. Wchodząc spostrzegł, że jego pognieciony krawat, wytarty surdut i stare trzewiki zdziwiły szwajcara i służbę. Nikt do niego nie przemówił, nawet minister. Około dziesiątej wieczór, czekając zawsze na jakie słówko, usłyszał to zapytanie żony ministra, pięknej damy wygorsowanej, do której nie śmiał się zbliżyć: Kto jest ten stary jegomość? Powrócił do domu pieszo, o północy, w ulewę. Udając się do ministra, sprzedał Elzevira na dorożkę.
Co wieczór, idąc na spoczynek miał zwyczaj przeczytać kilka kart swego Dyogenesa. Znał tyle greczyznę, że mógł się rozsmakowywać wszystkiemi jej pięknościami. Nie miał teraz innej uciechy. Tak upłynęło kilka tygodni. Wtem zachorowała matka Plutarch. Jest coś smutniejszego niż nie mieć za co kupić chleba u piekarza; jest to nie mieć za co kupić lekarstwa w aptece. Jednego wieczora lekarz przepisał bardzo drogi dekokt. Przytem choroba się pogorszała, wypadało nająć kobietę do pilnowania; p. Mabeuf otworzył bibljotekę, nic już nie było. Ostatnia książka poszła do antykwarjusza. Pozostał tylko Dyogenes.
Wziął pod pachę unikat i wyszedł; było to 4 czerwca r. 1883 poszedł do bramy Św. Jakóba do następcy Royola i powrócił ze stu frankami. Położył stos sztuk pięciofrankowych na stoliku starej służącej i nie rzekłszy słowa wrócił do swego pokoju.
Nazajutrz równo ze świtem usiadł w ogrodzie na obalonym słupie i przez płot można było widzieć, jak cały ranek siedział nieruchomy, z pochylonem czołem, z oczyma błądzącemi po zniszczonych klombach. Czasami deszcz pruszył, ale starzec nie zdawał się tego spostrzegać. Po południu wszczęła się straszna wrzawa w Paryżu. Podobne to było do strzelania z broni i krzyków tłumu.
Ojciec Mabeuf podniósł głowę, spostrzegł przechodzącego ogrodnika i zapytał:
— Co to jest?
Ogrodnik z rydlem na ramieniu odpowiedział najspokojniej:
— To zaburzenie!
— Co! zaburzenie?
— A tak. Biją, się.
— Dlaczego się biją?
— Ha! cóż robić! — odpowiedział ogrodnik.
— Z której strony? — zapytał p. Mabeuf.
— Od strony arsenału.
Ojciec Mabeuf wrócił do pokoju, wziął kapelusz, machinalnie poszukał książki, by coś zabrać pod pachę; nic nie znalazł, rzekł: A! prawda! i wyszedł jak obłąkany.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.