<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksandr Kuprin
Tytuł Na oślep
Pochodzenie Straszna chwila
Wydawca Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Data wyd. 1932
Druk Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Страшная минута
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Przygasa już na ulicy krótki dzień zimowy, tu i owdzie zapalane latarnie. Ałarin postanowił pójść przedewszystkiem do Gojdberga, znanego lichwiarza, który już nieraz wybawił go z kłopotu. Gojdberg brał niesłychanie wysoki procent, a Ałarina znał jako bardzo niepunktualnego dłużnika, jednakże nigdy nie skarżyli się na siebie. Lichwiarz każdej chwili gotów mu był służyć pożyczką, a Ałarin bez sprzeciwu zgadzał się na najcięższe warunki.
Szukał napróżno w kieszeni jakiejś monety na dorożkę. Musiał iść pieszo na drugi koniec miasta, więc gdy doszedł do niepozornego domku, gdzie mieszkał Gojdberg, z trudem już wlókł nogi. Zapukał w okno. Samuel Gojdberg, typowy żyd, o pięknej, mądrej twarzy, siedział schylony nad stołem i pilnie wpisywał w grubą księgę długie kolumny cyfr.
Ałarin na sekundę zamknął oczy. Ogarnęła go nagła słabość ducha, serce bić przestało. Lecz krótko to trwało.
— A! czyż to nie wszystko jedno! — pomyślał, machnąwszy ręką. — Gorzej już nie będzie! — zapukał w okno dwa razy.
Gojdberg drgnął i zapuścił niespokojny wzrok w ciemne okno, przysłaniając ręką oczy. Patrzył przez chwilę, usiłując przeniknąć, ciemności nocne, a gdy Ałarin zapukał powtórnie, podniósł się niespiesznie i poszedł otworzyć drzwi.
Ałarin wszedł do izby, starając się nadać twarzy wyraz spokoju i pewności siebie, lecz doświadczany wzrok lichwiarza dostrzegł natychmiast jego bladość, nerwowe drżenie szczęk, trwożnie biegające oczy. Mądry żyd wywnioskował z tego odrazu, że ten beztroski, wesoły zawsze młodzieniec znajduje się w bardzo ciężkiem położeniu.
Usiedli obaj przy stole i milcząc, czas jakiś przyglądali się sobie nawzajem. Gojdberg w swej specjalności musiał być subtelnym psychologiem i doprowadził do artyzmu umiejętność wywierania nieznacznie silnego wpływu na interesanta. Nigdy pierwszy nie zaczynał rozmowy o pieniądzach, obserwując tylko, jak jego klient miesza się, wstydzi, bąka coś od niechcenia, aby w końcu zgodzić się z ulgą radosną na wszystkie warunki zadowolony, że może wreszcie zakończyć tak niemiłą sytuację.
— Otóż szanowny panie Samuelu — zaczął ze swadą Ałarin, nie mogąc wytrzymać przenikliwego wzroku, który go ogromnie mięszał — potrzebuję... czy pan nie mógłby... pożyczyć... mi niewielką sumkę?...
Lichwiarz domyślił się, że ta „niewielka sumka“ będzie bardzo wysoka, ale nie dał tego poznać po sobie.
— Dlaczego nie mam pożyczyć? — odparł. — Mogę panu dać, ile pan chce. Pan taki akuratny i nigdy się nie targuje... Daj Boże, żeby każdy był taki do interesu... A ile pan potrzebuje?
Pytającym wzrokiem spojrzał na Ałarina i już otwierał szufladę, żeby przygotować weksel.
Ałarina znów ogarnął strach. Zdawało mu się niepodobieństwem wymienić tak wielką sumę.
— Po... potrzebuję dziewięciu tysięcy... — skłamał i jednocześnie zdawał sobie sprawę, jak było bezcelowem zwracanie się z takiem żądaniem do Gojdberga.
— Dziewięć tysięcy? — powtórzył zwolna żyd. Nie spodziewał się czegoś podobnego. — Ależ ja sam nigdy nie miałem tylu pieniędzy w swoich rękach — dodał, szybko zatrzaskując szufladę i zamykając ją na klucz. — To niemożliwe. Musi pan poszukać sobie gdzieindziej...
Po takiej kategorycznej odpowiedzi zrobiło się Alarmowi lżej. Był swobodniejszy.
— Panie Gojdberg, musi mi pan... koniecznie... bo w przeciwnym razie.. Bo w przeciwnym razie... djabli wiedzą, co się stać może. Oddam panu całą swoją pensję...
Lekki uśmiech zjawił się na twarzy żyda.
— Ale po co panu tyle tysięcy?
Ałarin zmieszał się. Musi mu coś odpowiedzieć, wyłgać się jakoś, ale jak na złość nic odpowiedniego nie przychodziło mu na myśl.
— Do djabła! — krzyknął ze złością. — A cóż cię to obchodzi, parchu! Dajesz albo nie dajesz, a djabli ci do tego, na co!
— Phi! pan inżynier myśli, że ja już całkiem głupi... Jeszcze raz mówię panu, szukaj pan sobie takiego, u którego pieniądze poniewierają się po podłodze!
Nerwy Ałarina naprężyły się do ostatnich granic, krew uderzyła do głowy.
— Chwycę go za gardło! — szybciej niż błyskawica przeleciało mu przez głowę. — Żywy duch nie usłyszy
Z oszalałemi oczyma, owładnięty niepohamowaną furją, rzucił się na Gojdberga, ścisnął silnemi palcami za gardło.
— Czekaj pan... czekaj... puść... — charczał wy bladły żyd. — Puść... dam pieniądze... dam...
Ałarin puścił. Ze stanu nieopisanej rozpaczy wpadł w szał radości.
— Dawaj prędzej... mój drogi panie Gojdberg. Prędzej... Boże drogi!.. Po coś mię tyle czasu męczył? — mówił bezmyślnie, ledwie dysząc.
Gojdberg poszedł do drzwi, prowadzących do drugiej izby i schował się za niemi tak, że widać mu było tylko głowę.
— Zwarjowałeś pan! — krzyknął piskliwie. — To ja mam być tak głupi, żeby wyrzucać pieniądze za okno? Myślisz pan, że nie wiem, żeś pan wczoraj przegrał! A jak się pan tu będziesz rzucał jak warjat, to zawołam policji... Wynoś się do djabła!
Ałarin rzucił się do żyda, lecz drzwi się zatrzasnęły i usłyszał zgrzyt klucza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksandr Kuprin i tłumacza: anonimowy.