<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Na polskiej fali
Wydawca Dom Książki Polskiej, Sp. Akc.
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXV.
Burze Wszystkich Świętych. O dziwnych wędrówkach węgorzy. Kot morski. Siła węgorzy. O mięsie w zaczarowanym żaku.

Dzień robił się coraz krótszy, pogoda coraz płaczliwsza, zaś burze jesienne zrywały się coraz częściej, aż pod koniec października wybuchnęły z taką siłą, że najśmielsi nawet wyrzekli się nadziei dalszego połowu węgorzy. Padło tedy hasło:
— Żaki na kraj!
Znaczyło to, iż maszoperje urzędowo połowu węgorzy zaprzestają i że żaki należy wyciągnąć na ląd. Zaczęła się tedy żmudna praca wyciągania żaków, płukania ich, zwożenia do wioski z toni nieraz odległych i rozwieszania, aby wyschły. Tak samo trzeba było zwieźć setki długich, bukowych pali i dziesiątki kóp lejpra. Równocześnie dziesiątki łódek szukały na morzu i na zatoce żaków odniesionych przez wzburzone fale. Cała wieś wszystkie pażyce czyli łąki, wszystko było obstawione i zastawione temi lejowatemi sieciami, które, po doprowadzeniu do należytego porządku, miały zniknąć, aby wynurzyć się znowu na światło dzienne dopiero pod koniec przyszłego lata.
Dzień Wszystkich Świętych był dla mnie bardzo smutny. Przedewszystkiem budził we mnie mnóstwo bolesnych myśli i wspomnień, bo przecież był to dzień poświęcony pamięci mych ukochanych, a ci już wszyscy byli w grobie. Dałem wprawdzie na Mszę św. za rodziców i stryja, ale któż odwiedzi ich groby? I że też już nikogo prawdziwie bliskiego, kochającego nie mam na świecie!
W dodatku szalała burza, która smutek tych myśli potęgowała. Wichura była tak straszna, że stare drzewa przed kościołem gięły się prawie do ziemi, las wył i piszczał jak z bólu, wszystko drżało.
Byłem dnia tego na cmentarzu rybackim. Mogiłki z piasku usypane, zapadające się łatwo, na nich małe drewniane krzyże białe lub czarne jak łodzie rybackie, przeważnie bez napisów. Na niektórych krzyżach wianki z sośniny, przetykane sztucznemi kwiatami z różnokolorowej bibułki — wszystko więcej niż biedne — ot, kupa piasku, przemieszanego z prochami zmarłych!
Zdawało mi się, że Dawid odgaduje me myśli, ba w oczach jego widziałem jakby współczucie, a stojąc ze mną przedobiednią porą koło domu, wbrew swemu zwyczajowi nie gawędził, lecz milczał, a tylko kilka razy głośno westchnął i żałośnie pociągał nosem. Miałem wrażenie, jak gdyby chciał mi powiedzieć: — Wiem, co ci jest, ale, choć cię kocham, nic ci na to nie poradzę, bo taki już twój los i twój part na tym świecie. To każdy sam musi sobie kształtować.
Po południu wyciągnąłem Robinsona Cruzoë. Przeglądając tę ukochaną książkę, natrafiłem na miejsce, w którem Robinson opisuje swą samotność i wzruszający okrzyk papugi, jedynego przyjaciela, jakiego miał: — O, biedny Robinsonie Cruzoë!
— O, biedny Robinsonie Cruzoë! — powtórzyłem kilka razy i już byłbym zapłakał, gdyby naraz nie przyszło mi na myśl, że to właśnie, ta samotność jest najcięższym do zgryzienia w mej morskiej karjerze orzechem. Człowiek morza musi nietylko umieć tyle, aby móc samemu sobie wystarczać, ale, przebywając wciąż wśród obcych, daleko od kraju rodzinnego, musi umieć być samotnym.
To zrozumiawszy, przestałem się nad sobą rozczulać, porzuciłem myśli o samotności i wyszedłem przejść się trochę.
Dobrze zrobiłem, albowiem po drodze spotkałem pana Żebrowskiego, który, widać, również trochę markotny, zabrał mnie do siebie, poczęstował herbatą i opowiedział mi dużo ciekawych rzeczy o wędrówkach węgorzy.
— Widzisz, bracie, te węgorze, które rybacy tu poławiają — grzmiał na cały pokój — to nie są żadne węgorze morskie, tylko nasze, rzeczne. Sztop! To nie są żadne nasze, rzeczne i stawowe węgorze, tylko morskie. Sztop! Jakie to węgorze? Tak mi się wszystko w głowie pokiełbasiło, że teraz nie wiem, czy to są wogóle węgorze... Doch jo! To są nasze rzeczne i stawowe węgorze, ale zarazem i morskie, jo! Czego się śmiejesz, pało?
— Bo ja nic nie rozumiem! Pan raz mówi tak, to znów inaczej!...
— Ach, ty, morświnie idjotawy! Tak ma być, tak to jest rychtyg! Na morzu dziś tak, jutro inaczej — zależnie od wiatru! Za wiatrem musisz iść! Bracie, wzór charakteru człowieka morskiego to — chorągiewka na dachu!
— Ale chorągiewka na dachu to nie węgorz! — śmiałem się.
— Jo, węgorz! Mieliśmy mówić o węgorzach. Więc słuchaj!
Pan Żebrowski poprawił się na krześle, zapalił grubego, egipskiego papierosa, w zamyśleniu dmuchnął mi prosto w twarz i zaczął opowiadać:
— Kiedy u nas, w „kraju” słonko dobrze już zacznie w lecie przypiekać, tłuste, ale zaszlamowane, zamulowane i błotem cuchnące węgorze w naszych stawach i rzekach zaczynają doznawać dziwnego, nieokreślonego niepokoju. Co się w tych płaskich, twardych łbach budzi, nikt nie wie i nikt nie wypowie, ale powstaje w nich jakiś myśl, jakiś pęd, jakaś nieokreślona tęsknota, która ze stawów, bagnistych strumieni, rzeczułek i rzek wygania je do Wisły i dnem jej każe smarować do morza. To, bracie, jest tak sicher, jak to, co powiedział Manlicher. Żeby nie wiedzieć co się działo, pioruny i błyskawice, gromy i trzaskawice — w lipcu pierwsze fortpoczty ogromnej, smarującej w morze armji naszych węgorzy są już tu. W lipcu i w sierpniu goście jedzą tłuste, świeże węgorze, gotowane w koprowym sosie i smażone i nawet pieczone, a w bufetach wykwintnych restauracyj wielkomiejskich masz już na zakąskę po wódce węgorze wędzone, rozumiesz, pało?
— Rozumiem.
Pan Żebrowski pociągnął papierosa tak, że ognik mało płomieniem nie wybuchnął, z ust, jakby pogardliwie wykrzywionych, kątami rozesłał dym na trzy strony świata i mówił dalej:
— W miarę, jak jesień się zbliża, szeregi armji węgorzy stają się coraz liczniejsze i wówczas rybacy je, oczywiście, łapią. A te węgorze stają się wówczas bardzo cenne i poszukiwane, ponieważ, wycierając się o czysty piasek morski i płucząc się w czystej wodzie morskiej, tracą szlam stawów i rzek, a z tem także niemiły odor bagna, brzuchy ich robią się białe i dlatego ten węgorz nazywa się po niemiecku „Blanck-Aal“. Jest wprawdzie tłusty, ale wytworny w smaku, szlachetny. Masami kupują go od nas Niemcy, Danja, Szwecja — wszędzie, w całej Europie naszego węgorza możesz znaleźć.
— Przepraszam pana!
— Co ci jest, co ci brakuje?
— Jak mi pan sam nieraz mówił — na morzu nie dzieje się nigdy nic bez interesu. Dawid mi to potwierdził. Kiedy go raz spytałem, czy chodzi na strąd dla przyjemności, odpowiedział mi: — Nie! Jak ja tam nie mam żadnej sprawy, to ja tam niepotrzebnie nie pójdo!
— Rychtyg! Więc co?
— Jakiż interes ma węgorz, żeby leźć właśnie tu, gdzie go łapią?
— Nie bądź o niego niespokojny, już on wie, czego mu potrzeba! — odpowiedział pan Żebrowski, — W czasie, kiedy przeciąga przez nasze wody, na przestrzeni dziesiątek mil czyhają na niego dziesiątki tysięcy żaków, a on istotnie ma tu jakiś interes, bo zwłóczy, nie ucieka, lecz siedzi, i to „ausgerechnet“ w tych samych toniach, w których siadywali jego ojcowie.
— A czy to prawda, że on je groch?
Głupi jesteś choć rybacy w to wierzą. Zresztą — pewne uzasadnienie może jest... Ale to potem. Teraz słuchaj i nie przeszkadzaj!
— Nie będę.
— Ochraniają węgorza burze. Nie dlatego, żeby on podczas burzy gdzieś się chował i nie lazł w żaki. Przeciwnie. Sam mogłeś zauważyć, że w żakach, porwanych przez burze, zawsze coś jest. Ale cała rzecz w tem, że żak jest kosztowny, rybak boi się, że go może podczas burzy stracić i dlatego wyciąga żaki na kraj. Otóż gdy lato minie, a zbliża się burzliwa jesień, węgorze niezliczonemi stadami szurują po dnie morskim, jak gdyby się spieszyły, aby ich mróz i lód po drodze nie przyłapał. Burze Wszystkich Świętych rzucają na ich wędrówkę swój czarny płaszcz, tak, że ich główny korpus przeciąga przez niebezpieczną strefę z bardzo małemi stratami, zwolna wydostaje się na Morze Niemieckie, a stamtąd bez przeszkód już szuruje głębinami Atlantyku aż do Wysp Karaibskich.
— To są rzeczy naprawdę dziwne! — wtrąciłem.
— To są cuda, chłopie kochany, niesłychane cuda! W tem jest więcej poezji i fantazji, niż w dziełach dziesięciu poetów! Tej poezji się trzymaj, a będziesz zdrów na ciele i duchu.
— Więc on potem tą samą drogą do nas wraca? — zapytałem.
— Nie. Jest rzeczą stwierdzoną, że on już nie wraca.
— Cóż się z nimi dzieje?
— Nikt nie wie. Może rozłazi się po innych morzach — prawdopodobnie! — zresztą sztop! Nie będę mówił o rzeczach, których nie wiem. My wiemy tyle tylko, że z Antyllów on do „Starego Kraju“, jak mówią Amerykanie, przysyła listy.
— Niby jakto?
— On, widzisz, tam, w wielkich głębinach Atlantyku, składa jaja. Larwy jego, zwane elwersami, mające kształt drobnych, przeźroczytych listków, w ciągu pierwszego lata dorastają do 75 mm i na wiosnę powracają do naszych rzek i stawów, gdzie przechodzą przemianę i stają się prawdziwemi, zwykłemi węgorzami, które w stosownym czasie znów wędrują w morze, aby w niem złożyć jaja. Takie to są dziwne i znamienne wędrówki nieodgadnionej ryby, zwanej węgorzem pospolitym — Anguilla vulgaris Turton, jo!
— A z tym grochem co? Bo pan obiecał!
— E, ja zawsze obiecuję, taki mam już zwyczaj!
— A co pan myśli o kocie morskim?
— Jaki znów kot? — oburzył się pan Żebrowski, marszcząc brwi. Nigdy nic nie słyszałem! Niema morskiego kota!
— Jest! Dawid sam miał z nim do czynienia!
— Dawid cię buja!
— Zbujałby może pana, ale nie mnie, bo mnie kocha. On mi opowiada tylko to, w co sam wierzy!
— Więc cóż ci gadał?
— On mówi, że w wodzie żyje kot — zwierzę, zupełnie do lądowego kota podobne, z takim samym ogonem, tylko większe, szare. Rybacy nazywają go kotem morskim. Ten kot zakrada się do żaków, jak w nich są węgorze i pożera ryby, a potem nie wraca przez gardziel żaka, lecz rozrywa oczka jadra, to jest sietne, i ucieka, a wraz z nim węgorze, które przy życiu pozostały.
— Głupstwo!
— Dawid mi mówił, że mu ten kot żaki darł tak, że je wciąż musiał naprawiać.
— Głupstwo! Oczka źle były dociągnięte i dlatego węgorze same je porozrywały! Przecie to bydle jest szalenie silne! Ty myślisz, że on, jak się dostanie do żaka, leży grzecznie i czeka aż go przyjdziesz jarnować? Chłopie kochany! On przez cały czas szuka słabszego miejsca, żeby je rozerwać! W kiście, to jest w tej wielkiej skrzyni, w której rybacy węgorze przechowują, te szelmy łbami opukują każdą belkę, a gdy znajdą szczelinę jaką, to ich dwadzieścia wsadzi w nią ogony i tak długo wiercą, póki jej nie rozszerzą, a potem wszystkie wylezą... O, ty nie wiesz, co to węgorz!
— Dobrze, ale ten kot? Dawid opowiadał mi, że jeden rybak z Kuźnicy takiego kota w żaku złapał.
— A cóż z nim zrobił?
— Zabił go.
— Szkoda, że go nie wypchał. Dawid go widział?
Roześmiałem się.
— Mógł go nawet i widzieć, ale skoro on taki podobny do lądowego kota, po czemżeby poznał, że to kot morski!...
— Masz słuszność! Czekaj. Ale w Morzu Niemieckiem „Katzfisch”, drapieżna ryba, która ma zęby tak silne, że człowiekowi palec odgryźć może!... Opowiadał mi to mój Bernard, który służył na niemieckich szkunerach rybackich...
— A skądżeby się „Katzfisch“ wziął w zatoce?...
— Oho! Przed laty rybacy złapali w zatoce bańtkę, znaczoną przez laboratorjum morskie na Helgolandzie.
— A może to foka?
— Mogła być foka! Najprędzej foka! Przecie foki bywają tu w jesieni! Ale nie żaden kot morski!
Ja też nie wierzyłem! A może mi pan wytłumaczyć jedną rzecz? Dlaczego, jeśli ryby zawsze biorą się na przynętę i węgorze też, rybacy nie wkładają żadnej przynęty do żaków?
Pan Żebrowski roześmiał się.
— Trafiłeś w sedno! — zahuczał — Ale na to najlepszą odpowiedź może ci dać Dawid. Jego zapytaj!
Wieczorem, kiedy Dawid przyszedł do mnie na pogawędkę, zapytałem:
Dawidku! Powiedzcie mi: Dlaczego rybacy nie kładą żadnej przynęty do żaków.
Spojrzał na mnie oburzony, pomilczał chwilę, a potem odpowiedział z godnością:
— Od wieków tego nie bywało i nie będzie! Ojcowie nasi żadnej przynęty do żaków nie wkładali i my kłaść nie będziemy, osobliwie! I ty się tej myśli wstydź, bo to jest grzeszna myśl, którą ci, powiedzmy, zły podsunął!...
— Dlaczego grzeszna, Dawidku?
— A wiesz ty, co raz było?
— Nie wiem!
— Był raz rybak, bardzo biedny, taki biedny, że stawiał tylko żaki brodzone. Nie miał łódki, nie miał w czem na morze wyjechać, więc jak stawiał żaki, musiał po szyję w wodę wchodzić. A musisz wiedzieć, że rybak powinien mieć trzy zalety: Szykowność, doświadczenie i — szczęście. Bez szczęścia rybak najmądrzejszy i najszykowniejszy nie sprawi nic, osobliwie. A ten rybak szczęścia nie miał i tak go Pan Bóg doświadczał, że biedak nigdy ani jednego węgorza w swoim żaku nie znalazł. Że rybak pracuje zawsze z nadzieją — naszym znakiem jest kotwica! — więc przeciw Panu Bogu nie szemrał i choć głodem przymierał, pracował wciąż.
Tedy — jesień była, wszyscy wangorze mieli — on jeden nic. Nei a nei. Nie darzy mu się. A trzeba detków na bulwę, na mąkę — inaczej w zimie będzie głód. Więc powiemy — jednego rana, gdy znowu nic w żaku nie znalazł — gniew go nagle porwał i krzyknął:
— A żeby to rybołóstwo marno zdżineno!
Ledwie te słowa nieszczęśliwe wyrzekł, patrzy — strądem idzie nieznajomy rybak. Na krzywych nogach manczestry, modry żakirt (żakiet marynarski), mucka modra, wszystko jak ma być. Idzie i patrzy w piasek, jakby bursztynów szukał. Jak był już blisko, stanął i patrzy na biednego rybaka. Patrzy, patrzy — stary, siwy, bialutki na twarzy, z wielkiemi oczami, nalanemi krwią. I pyta:
— Masz ty, synku, jaki trosk, że jesteś taki smutny?
Młody rybak opowiedział wszetko (wszystko).
— A jakąż ty przynętę wangorzom do żaka dajesz? — pyta stary.
— Żadnej przynęty nikt u nas do żaka wangorzom nie dawał i nie daje! — odpowiedział rybak.
— Więc po co ryba ma do żaka iść, jeśli tam nic nie znajdzie? Przecie ona głodna, jedzenia szuka!...
— U nas nie dają nic!
— Eee! Ty będziesz wszetko za ludziami robił! A ja ci mówię, daj im do żaka jakie miąso, to napewne przyjdą! Posłuchaj, anie będziesz mej rady żałował!
Nie chciał rybak, ale gdy znowu kilka dni przeszło, a on nie miał ani jednego ogona od wangorza dostanego (nie dostał ani jednego węgorzowego ogona), powiedział sobie:
— Spróbuję! Doch ten stary może dobrze radził!
Ale skąd miąso wziąć? Rybak był taki biedny, że nie miał ani psa, ani kota — nic. Smutny poszedł na strand, idzie, idzie — a tam się coś czerni! Może bita (rzecz z rozbitego statku, wyrzucona przez morze na wybrzeże), jaka dobra? Idzie bliżej, patrzy — nie bita, ale zdechły morświn (delfin bałtycki), wyrzucony przez morze i napół obgryziony przez ptactwo.
— Jest miąso na przynętę! Wezmę kawałek, włożę do żaka! — pomyślał rybak.
I tak uczynił — a na drugi dzień znalazł w żaku cztery wangorze. Wangorze wyjął, miąso zostawił i poszedł, a trzeciego dnia był w żaku wangorzy cały mendel (15 sztuk), potem pół kopy, kopa, pół żaka, cały żak! Dobrze się rybakowi zaczęło dziać.
Ale neńce (matce) to się nie spodobało.
— Nieładna sprawa! — pomyślała, bo białka była taka chytra, że wiedziała, gdzie czart ma młode.
— Synku! — powiada — Tam u ciebie coś nie w porządku! Zaraz powiedz! Nigdy nic nie miałeś dostane, a teraz co dzień — pełny żak! Co ty robisz?
— Nic nie robio! — mówi synk — Nie było, to nie było, a teraz są.
Ale neńka nie dała mu tak długo spokoju, póki się nie przyznał i nie powiedział, że ma miąso w żaku.
Zlękła się białka. Zaraz ona poznała, że to wszystko od „złego“.
— Musisz to miąso z żaka wyrzucić, synku! — powiedziała mu.
— Doch w tem niema nic złego! Póki miąsa w żaku nie było, nie mieliśmy co jeść.
— Od wieków tego nie bywało, żeby kto miąso kładł w żak! — odpowiedziała neńka — Jak Pan Bóg zechce dać, to da i bez miąsa, synku! Musisz zaraz miąso wyrzucić!
Cóż miał robić? Neńka przykazała, synk tak uczynić musi. Przyszedł — wybrał wangorze, a był ich pełny cały żak, takich grubych, jak ręka, i miąso wrzucił w morze. Ale na drugi dzień znowu miał dostane trzy kopy wangorzy — i miąso w żaku! Też tam było! Teraz poznał rybak, że to od „złego“! Wangorze zaniósł do domu i wszystko opowiedział neńce. Na drugi dzień to samo, wangorze są i — miąso jest! Wziął rybak żak do domu, nie zostawił go już w morzu, a na drugi dzień — i wangorze są i miąso! Aż dopiero, kiedy wziął to miąso i zakopał na rozstajnych drogach — złe ustąpiło i wangorzy już nie dostawał.
— To wangorze były złe? — zapytałem.
— Nei, wangorze nei, le to, że on miąso kładł w żak!
— A tobjaski na haczyki można nabijać?
— Jo, to jest doch wcale inna zacha (Sache — rzecz) — zniecierpliwił się Dawid.
I znowu wykładał:
— Cobyś pomyślał, gdybyś znalazł na strądzie taką bitę — no, portfel, a w nim dziesięć tysięcy dolarów? Że ci to Pan Bóg zsyła? Nei! Bo jakbyś ty miał tyle pieniędzy, to przestałbyś pracować, zacząłbyś się bawić, straciłbyś zdrowie, siły, rozchorowałbyś się i umarłbyś — potępiony. Taką bitę zsyła tylko „zły“! Bo i człowiek jest zły! Jak głód w oczy patrzy, to rybak będzie feszował (fischen — łowić ryby) dzień i noc, w mróz, w śnieg, w najgorszy plusk (słota), ale jakby mu Pan Bóg bez pracy dawał wszetko, toby shardział i do kościoła ani by nie zajrzał — bo podziękować za to, co kto ma bez pracy dostane, takiego zwyczaju między ludziami niema!
Dawid wypalił mi to kazanie z taką siłą i z takiem przekonaniem, że bałem się odezwać.
— A jeszcze musisz wiedzieć! — mówił, dźwigając się powoli, aby zejść do siebie — Ryby łapane na przynętę nie są najlepsze, bo na przynętę rzuca się le ryba głodna, chuda... Widziałeś na haczykach wangorze?
— Widziałem.
— Były same chude, jo?
Przyznałem mu słuszność.
— A w żakach są przeważnie wielkie, tłuste. Tak samo z bańtkami. Syta bańtka śpi na dnie. Można ją dostać cezą albo tralą... tralą osobliwie... A bańtki z haczyków są małe i takie jak woda, marne — bo poszły na haczyki głodne...
Ziewnął.
— Tak a to je zacha! Osobliwie!
Podał mi swoją wielką mocną rękę i cicho, jak duch wyszedł w swych grubych, wełnianych pończochach.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.