<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Na polskiej fali
Wydawca Dom Książki Polskiej, Sp. Akc.
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXX.
Katorga rybaka

Wkrótce po świętach zaczęła się rybacka orka.
Zasadniczo wiatr nie był zły i szproty były, tylko że wciąż musieliśmy za niemi gonić, a tak się jakoś dziwnie kręciły, że ledwie coś nie coś dawały rybakom uszczknąć.
Wyjeżdżaliśmy dzień w dzień. Byłem „przyozdobiony“, według wyrażenia Dawida, „okrutnie ślicznie i ładnie“ i zaziębienia nie bałem się, zwłaszcza, że zima nie była ciężka, miałem też w termosie zawsze gorącą herbatę, dobre śniadanie dla siebie i dla towarzyszów, ale — trud był straszny. Dzień w dzień wstawać o czwartej rano, płynąć nieraz w ziąb przejmujący do szpiku kości, pod zimny wiatr dzień w dzień zmaganie się nietylko z ciężkiemi, przemokłemi mancami, ale i z morzem, które rzuca nie na żarty, dzień w dzień człowiek zachlapany, mokry, wytrzepywał szproty, dzień w dzień popychać na płytkich miejscach długiem wiosłem do siódmych potów, a potem wynoszenie szprotów, rozwieszanie manc, wszystko wymagające wysiłku aż do zdejmowania mokrych skorzni i przemoczonego sweatera — a potem najeść się, legnąć i ledwo się zaśnie, już — puk, puk! — albo terkotanie budzika! I znowu to samo!
To samo? Nie. Z każdym dniem ciężej. Po czterech dniach tej pracy byłem tak zmęczony, że nie mogłem nawet jeść. Jak tylko się po powrocie przebrałem — zasnąłem. Wieczorem wypijałem trochę mleka i spałem dalej. Następnego dnia myślałem, że padnę trupem albo się utopię. Na rękach miałem pęcherze od wiosłowania. Kiedy, zmieniwszy Józka, wyciągałem linkę, pęcherze mi popękały, mimo że miałem na rękach podwójne rękawice. Kłuło mnie w stawach, jakbym tam miał dziesiątki rozpalonych do czerwoności szpileczek. Bolały mnie żebra, pas, uda. Przed oczami latały mi czarno-zielone koła, nad oczami palił mi się jasny, piekący ból. Chwilami nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. W dodatku — po morzu chodziły bałwany, jak chałupy, a nadomiar złego mieliśmy z powrotem przeciwny wiatr, skutkiem czego musieliśmy nie tylko „popychać“, ale jeszcze blisko godzinę „kircować”.
Przeklęte słowo!
Co znaczy? Uważajcie, czytelnicy:

Zaciaganie żagli.

Chcę wylądować a wiatr mam od lądu. Cóż wtedy robię. Oto mijam miejsce, w którem mam zamiar wylądować i jadę znacznie dalej, poczem naraz pozwalam się wiatrowi znieść. W odpowiedniem miejscu znów idę pod wiatr na paczenach lub popychając i znów „drewam“, to znaczy, daję się unosić wiatrowi i prądowi, ale tak że robię zygzaki, które mnie zwolna przybliżają do lądu. Oto mijamy Jastarnię, daleko — daleko, widzieliśmy chodzącego na brzegu tatka Kąkolów, starego Stefana, „drewamy” — i znowu jesteśmy naprzeciw Boru i znowu musimy popychać tak długo, póki nie miniemy Jastarni i nie zaczniemy zygzakiem „drewać“. A tymczasem krótki dzień zimowy kończy się, wiatr staje się coraz zimniejszy, członki omdlewają, na czoło występuje poraz dwudziesty pot — i znowu jesteśmy naprzeciwko Boru i znowu musimy poptychać. Rozumiecie, czytelnicy? Oto, co znaczy „kricować”.
Ale i tak, mimo niewypowiedzianego utrudzenia, nie mogłem jeść. To jest — nie mógłbym jeść, gdyby nie mądry Dawid, który, przewidziawszy wszystko, nie wmuszał we mnie jedzenia, lecz mruknął kilkakrotnie „jo! jo“ i skinął na żonę.
Dawidowa, w której wielkich, szafirowych oczach dawno już czytałem współczucie połączone z miłosierdziem, postawiła przede mną szklankę — gorącego grogu z gwoździkami.
— To musisz mieć wypite, Janku! — niemal krzyczała na mnie — Jak się rozchorujesz, pani Zelińska będzie się na mnie gniewać, a co ja wtenczas zrobię...
Na zakąskę dała mi solonego węgorza, prosto z beczki.
Wypiłem parę łyków grogu, zakąsiłem węgorzem solonym, bardzo słonym — i jakże przeraźliwie zachciało mi się jeść. Jadłeś ty kiedy, mój czytelniku drogi, klopsy ze szprotów w sosie i z bulwą? To pańska potrawa, królewska, tylko że potrzeba do niej iście królewskiego apetytu. Tak.
Najadłem się i — spać!
— Jedziesz jutro na feszeraj, Janku? — zapytał mnie Dawid.
— Muszę. Jest nas tylko trzech.
— A zaziębły nie jesteś?
— Nie, Tylko wszystkie kości mnie bolą.
Wyszedłem.
A już przez drzwi słyszałem, jak Dawidowa tłumaczyła mężowi:
— On jest doch jeszcze za młody, za słaby. —
I ten następny dzień wytrzymałem, ale już więcej — mówiłem sobie — więcej nie! Bo „marno zdżino!“, jak rybacy mówią. Żeby nie wiedzieć co było, to następnego dnia nie wyjadę.
I nie wyjechałem, bo następnego dnia była — niedziela.
A w poniedziałek — była burza.
We wtorek wyjechaliśmy po mance, aleśmy ich nie postawili, bo pogoda była niepewna i pan Żebrowski przepowiadał burzę.
We środę była silna, zimna „nordowa briza“ — to jest dość silny wiatr północny. Pamiętam ten dzień doskonale, bo pierwszy raz zobaczyłem powrót floty rybackiej z połowu.
Przed południem leniuchowałem, czytałem trochę, odpoczywałem, a zaraz po „pólniu“ (po obiedzie) wyszedłem trochę na strąd przejść się. Wracałem przez las, z którego wyszedłem koło stacji kolejowej. Tuż za stacją kolejową mimowoli stanąłem, zachwycony widokiem, jaki miałem przed sobą. Niech sobie czytelnik wyobrazi:
Po prawej ręce skupione dokoła strzelistej czerwonej wieży kościoła czerwone dachy białych domków rybackich, nawprost — rozsypane na plaskiem wybrzeżu przysadkowate wędzarnie, po lewej ręce czerwone dachy Boru, dalej, jak okiem sięgnąć, świecące przestworze Małego Morza, a daleko — daleko jasno-niebieski pas — drugi brzeg zatoki. Dużo wody, powietrza, nieba, słońca. Dzień piękny i słoneczny ale zimny, bo od morza dmie kąśliwa „norda“, przejmująca do szpiku kości. Za wydmami ryczy Bałtyk.
Ale oto na horyzoncie pojawiają się na błyszczących wodach zatoki czarne sylwetki łodzi żaglowych — pojedyńcze lub idące „buńtami“ to jest grupami — cała flota żaglówek wynurza się ze świecącej mgły i ciągnie ku brzegom.
Cóż to takiego?
To z połowu wracają rybacy.
Chodźmy na wybrzeże zobaczyć.
Chroniąc się przed zimnym wiatrem pod ściany pobliskich wędzarń, przestępując z nogi na nogę i trzepiąc się po bokach czerwonemi rękami, czekają niecierpliwie na wiadomość o wyniku połowu krewni lub wspólnicy tych, co wyjechali na morze. Tuż kręci się kilku handlarzy ryb żartując, choć prawdę mówiąc, z rybami niema żartów. Przysłowia rybackie mówią: „Ryba-Fisch, Geld auf Tisch“, a dalej „Ryba płaci, ryba traci“, i jeszcze: „Ryba jak złoto albo jak błoto“, a nie może być przecie miejsca na żarty tam, gdzie się ma zawsze „albo — albo“. Rozumie się, nie brak też i dzieci rybackich, które zawsze i wszędzie muszą się wkręcić. Tym znów towarzyszą pieski. Po zanurzeniu łodzi zdaleka można poznać, że połów wypadł nieźle — to też wędzarnicy ustawiają wagi przed wędzarniami.
Wreszcie łodzie zbliżają się do brzegu. Rybacy spuszczają żagle, wyskakują z łodzi i powoli, aby im się do skorzni nie nalało, brną ku brzegom, czerwoni od wiatru i zimna, utrudzeni i tak skostniali, że ledwie się ruszają w swych ciężkich ubraniach i butach.
Idzie stary Paweł, ogromny rybak, mocny jak dąb. Twarz ma tak schłostaną wichrem i skurczoną z zimna, że wygląda, jakby był okropnie zły — ale oczy jasne patrzą wesoło. Już jest przy mnie. Nie wita się, a tylko rzuca przez zaciśnięte zęby:
— Jaki priz? (Jak płacą za rybę?).
— Niema jeszcze prizu! — odpowiadam.
— Żebrowski jest?
— Jest.
Jegoby nie było! Czerwony z zimna, ale wesół, już krąży dokoła swej wagi przed wędzarnią, hucząc na całą zatokę, żartując i pokrzykując od czasu do czasu na swego czarnego Dudka.
Tu muszę Czytelnikowi powiedzieć, że do różnych i wielu wzruszeń rybackiego zawodu i stanu należy też sprawa „prizu“ czyli cena za złowioną rybę. Cenę tę ustanawia giełda wędzarników, stosując ją do cen gdańskich, zapotrzebowania towaru i ilości poławianej ryby. Jeśli ryb jest dużo, spadają w cenie. Jeśli ryb jest mało, cena na nie musi być wysoka. Jeśli na lądzie rynek jest przeładowany, lub jeżeli jest ciepło, wędzarnicy ryb kupować nie chcą, bo albo ich nie zbędą albo też narażają się na to, że ryby się im zepsują. Nie biorą też ryb, kiedy „na kraju“ wypadają większe święta. Nie znając tych wszystkich względów, rybacy nie biorą ich w rachubę i dlatego rzadko kiedy wiedzą, co właściwie mają, bo ceny nieraz nagle skaczą lub padają z zawrotną szybkością.
Ledwie trochę przyszedłem do siebie, znowu się zaczęły moje męczarnie na wodzie. Chudłem, czerniałem, ale już jadłem regularnie i spałem świetnie. Wówczas poznałem, co to morze. Tam, gdzie lądowy człowiek widziałby cudowny widok, tam morze było dla mnie martwe, bo wiedziałem, że woda jest pusta. Nauczyłem się po białawym odcieniu poznawać „wodę bretlingową“ i po nim poznawać, czy szproty są czy nie. Zacząłem rozumieć, że ładna pogoda — fajn wiodro, jak rybacy mówią — jest nie wtedy, gdy słońce pięknie świeci, lecz kiedy jest wiatr pomyślny a niezbyt duży i kiedy się ma nadzieję na dobry połów. Wtedy „pogódka jest okrutnie śliczna”, choćby deszcz padał a czarne chmury wisiały nad morzem nisko, jak strop rybackiej izby.
Najgorsza była niepewność połowów. Dziś mieliśmy np. trzy centnary, jutro pół centnara, pojutrze półtora, następnego dnia nic, potem znowu dwadzieścia funtów, potem osiemdziesiąt i znowu przez dwa dni nic, nagle znów osiem centnarów — i przez cztery dni nic. A wybiegać trzeba było codziennie i zbierać mance i znowu stawiać. Zawsze dojeżdżaliśmy do swej linki z bijącem sercem, wzrokiem starając się przeniknąć ciemną powierzchnię wody. Triumfy były rzadkie, a zawody i rozczarowania stanowiły chleb powszedni — ale podziwu godna była wytrwałość i rezygnacja rybaków. Nawet nie zaklął żaden z nich, ani nie westchnął — pracowali w dalszym ciągu z niczem nie zmąconym spokojem i dokładnością. O, bo rybak nie robi nic na „łapes-capes”, byle zbyć! Nieporządną, niedbałą pracą naraziłby się tylko na niebezpieczeństwo i na stratę! Nie jestem filozofem i jako marynarz nie znam się na sprawach lądowych, zdaje mi się jednak, że to samo musi być i na lądzie — a tylko ludzie tego nie widzą, bo może to jest mniej widoczne, niż w moim zawodzie. Pod tym względem ludzie lądowi mogliby się niejednego od rybaków nauczyć.
Mimo, że się męczyłem fizycznie bardzo, z przyjemnością wspominam dziś te ciężkie czasy. Żyłem szeroko, na wielkich przestrzeniach wody, na powietrzu, w ruchu bezustannym. Wyjeżdżaliśmy często na Kamerun, na pełne morze daleko od Helu, na pełen życia szlak parowców. Widziałem orane czarnemi grzbietami delfinów ławice szprotów, słyszałem krzyki ogromnych stad mew, a wciąż w uszach mi brzmi skowyczące szczekanie fok, wystawiających z wody swe czarne, płaskie łby. Nie zapomnę nigdy tego żałosnego, osiadłego na mieliźmie żaglowca, dokoła którego krążyliśmy, łowiąc szproty i gawędząc o jego losie. Należał do jakiegoś prywatnego towarzystwa, które albo nie miało pieniędzy, albo też — co jest prawpodobniejsze — zrobiło jakieś szachrajstwo i nie dbało o statek. Na pokładzie żaglowca panował niedostatek, załoga sama musiała sobie kupować chleb — ale to było właśnie coś dla mnie. Marzyłem o tem, żeby się na ten statek zaciągnąć, uratować go, zostać jego kapitanem i ruszyć na nim w daleki świat. Żal mi go było, sterczącego tak beznajdziejnie na mieliźnie, nieruchomego wśród uganiającej wesoło po morzu flotylli rybackiej. Jakże tęsknie musiała patrzyć jego głodna załoga w jasne wieczorem, elektryczne światło Helu!
Ale stop, czyli, jak pan Żebrowski mówi, sztop! Zostawmy „rak” na mieliźnie a sami — jedźmy dalej.
Namęczyłem się przez ten czas okropnie, to prawda, ale też zrobiłem się silny jak koń. Morze przestało być dla mnie groźne.
Tu dodam jeszcze jedną drobną rzecz, o której się nie wie.
Ludzie przewracają się czasem, spadają z przyrządów gimnastycznych, z konia — i tłuką się mniej lub więcej boleśnie. Ale upadek w łodzi, gdzie są twarde żebra i kanty, pociąga za sobą potłuczenia zawsze bardzo bolesne a często niebezpieczne. Jak nic można złamać żebro lub rozbić głowę, zwłaszcza gdy łódź tańczy na falach. Stąd, między innemi, ta kocia zręczność rybaków.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.