Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Rawita-Gawroński
Tytuł Nagroda
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NAGRODA.

Franciszek Rawita.jpg



Na jednym z folwarków pana hrabiego był osioł, zwyczajny osioł, krajowy, ani liguryjski, ani dardański, nazywał się tylko niezwykle — Amorek. Starowina ledwie nogami suwał. Miał ze dwadzieścia lat, a może i więcej. Hreszka już go dobrze obsiadła po całej skórze, a na głowie tak gęsto wykwitła, że możnaby go było wziąć za deresza. Niegdyś był piękny i siwy, bez żadnej skazy na koszulce. Teraz uszy mu się zwiesiły, gromady bąków siadywały na nich spokojnie, oczy schowały się głęboko w orbity, skóra ze starości wylazła na powiekach, słońce ją wypolerowało, więc błyszczała jak pergamin.
Miał on w swojem życiu chwile wesołych i pięknych wspomnień. Rozpoczął karjerę na dworze pana hrabiego od wożenia dzieci na spacer. Wtedy dawano mu regularnie co dzień dwa garnce owsa, masztalerz czyścił go zgrzebłem i szczotką, panienki głaskały, klepały po grzbiecie i uszach, a po każdym spacerze dostawał chleba z solą. Nikomu nie wolno go było uderzyć i skrzywdzić, o, broń Boże!
Trwało to lat kilka. Panienki dostały konie pod siodło, a Amorek poszedł do ogrodu. Gorzej mu się działo. Owsa nie jadał, ale za to zielony gazon dostarczał mu bujnej trawy, ile chciał, a kląby angielskich drzew chroniły go od bąków, komarów i słońca. Woził jarzyny do kuchni pańskiej, nosił na grzbiecie swoim ogrodniczków i jakoś się żyło. Panienki widywały go niekiedy i przysmaczkami karmiły przez wdzięczność na dawne wspomnienia. Pewnego pięknego poranku znalazł się na folwarku. Po co? Na co? Nie mógł z początku zmiarkować, zmiarkował jednak, kiedy go nazajutrz zaprzęgli do beczki z wodą. Od tej chwili rozpoczęło się ciężkie życie. Nikt go już nie głaskał, nikt mu kromek chleba ani pęków wonnej trawy nie dawał, owsa nie powąchał nigdy, a co ważniejsza, że i siana wtedy dostał, kiedy z przed konia skubnął. Do stajni zaglądał rzadko, zimą i latem całe dnie i noce spędzał na oborze pośród bydła, które nie zawsze grzecznie z nim się obchodziło. W zimie jedynem jego pożywieniem była słoma najgorsza, bo ta, którą pod bydło ścielono na oborze.
Chłopiec przeznaczony do beczki z wodą obchodził się z nim po swojemu, jak umiał, a ślady tej umiejętności nosił Amorek na zadzie i biodrach. Cała jego skóra skrzyżowaną była we wszystkich kierunkach w grube basamany, na których niekiedy skrzepła krew zasechała i służyła za przynętę dla much, komarów i bąków, żerujących na jego ciele stadami.
Mimo to wszystko, Amorek woził w odę, wysilał się i brał cięgów tyle, ile tylko chłopiec mógł wykiwać ręką. Studnia była w dole, a osioł coraz mniej sił posiadał, ażeby ciężką beczkę wyciągnąć pod górę.
Najwięcej dostawało mu się w południe. Na folwarku musiała być świeża woda; ze wszystkich stron krzyczano: prędzej! prędzej!... a on stanie pod górą i ani rusz! W parnem, południowem powietrzu co chwila słychać świst bata, a każde uderzenie nową bruzdę na skórze jego rzeźbi. Amorek brykał z początku, potem kiwnął na wszystko ogonem i przestał.
Doświadczył, że wtedy jeszcze więcej biją. Stał więc potulny, tylko mu się uszy za każdem uderzeniem trzęsły, ogonem młynkował i błagalne spojrzenie zwracał na dręczyciela. Oczy głęboko zapadłe wychylały mu się z orbit, błyszczały niby łzami zalane i zdawały się mówić:
— Nie mogę... nie mogę...
Południe już, już dobiegało na niebie...
— A żebyś zdechł, niedołęgo! — wołał chłopiec zmęczony biciem. Odpoczął nieco i znowu smagał.
Amorek naprężył się, próbował tą lub ową zasztywniałą nogą poruszyć, a pod palącemi promieniami słońca wraz z potem ostatki sił z niego wyciekały. Natężył się wreszcie, ruszył beczkę, ale w tej chwili pękł sznurek, którym szla przywiązaną była do dyszelka, beczka przechyliła się i pociągnęła go do góry. Zrazu zdało mu się, że go ktoś dusi, brakło mu oddechu, nogami sterczącemi w powietrzu balansował chwilę, potem upadł na bok, a staczająca się w dół beczka pociągnęła go za sobą aż do studni. Uderzywszy się o cembrzynę, zatrzymała się wreszcie.
Amorek pokaleczony, przestraszony, z sił wybity, rozgrzany słońcem, niby piec jaki, leżał nieruchomy. Przybiegł chłopak. Przybiegł na jego nieszczęście. Zamiast uwolnić Amorka z uprzęży, począł go okładać kijem... aż się zmęczył nareszcie. Wtedy dopiero sznurek od dyszla przeciął. Ale i tu nie obeszło się bez kija. Amorek znękany i osłabiony nie mógł się ruszyć, więc mu chłopak kijem pomagał, aż dopomógł.
Wyprzężony stał długo i dumał nad własnym losem. Pragnienie go paliło, poszedł więc do żłobu z wodą i napił się. To go orzeźwiło, więc na miedzę zboczył i pasł się. Widział tylko zdaleka, że do beczki przyprowadzono konia.
Minął dzień, drugi, trzeci, nikt się o Amorka nie troszczył. Dnie i noce w polu spędzał, chwasty skubiąc na miedzy. Pewnego rana ledwie świt różowy błysnął na niebie, osioł przechadzał się szeroką smugą, okalającą ogród, i oskubywał zroszone bujną rosą liście dziewanny, dzikiej marchwi, krwawniku, a od czasu do czasu udało mu się napotkać gęsty pęk perzu, którym, niby przysmakiem zakąsił. Zabliźniały mu się rany od batogów, wracały siły, a świeże powietrze poranku wydawało mu się jakimś gojącym balsamem, który w płuca wciągał. Czuł, że mu jest dobrze, spokojnie, błogo na tej smudze zielonej. Sięgał pamięcią w przeszłość... dawno już takiej chwili szczęśliwej nie było!
— Doczekałem wreszcie nagrody — myślał. — O, człowiek jest sprawiedliwy!...
Marzenie Amorka przerwało wołanie:
— Hej! ty! niedołęgo stary! A chodź-no tutaj!
Był to znajomy głos stajennego chłopca. Drgnął mimowoli i w kierunku echa, które po rannej rosie płynęło, głowę odwrócił.
Chłopak szedł z tręzlą w ręku.
— Bywaj zdrowa, smugo! — pomyślał osioł — znowu do beczki z wodą pójść trzeba!...
Stanął i czekał spokojnie. Chłopak nałożył tręzlę i poprowadził go. Na oborze przywiązał do słupa.
— Co to będzie? — myślał Amorek.
Po chwili przyszedł ekonom.
— Przywiązaliście go dobrze?... Spętać mu jeszcze nogi! — rozkazał.
Spełniono rozkaz.
Parobcy od wołów, fornale, gawiedź wysypała się na oborę. Ekonom, gruby jak beczka, czerwony, w malutkiej czapeczce, która mu siedziała na głowie, niby na czubie rozkwitłej piwonji, obracał coś w ręku, coś małego, migającego do słońca... Bawił się tem, spoglądając, czy dobrze nogi wiążą Amorkowi. Co chwila słychać było pewne klaśnięcie, jakie instrument ów wydawał.
Ekonom zwrócił się do ludzi.
— Na bok psie krwie! — zawołał.
Gromadka ciekawych cofnęła się i z gapiowatą miną spoglądała to na osła, to na ekonoma.
W tej chwili podniosła się ręka jego w kierunku głowy Amorka, coś błysnęło do słońca, wreszcie dwa strzały jeden za drugim rozległy się, odbiły się echem w czystem porannem powietrzu i między budynkami skonały.
Amorek leżał na ziemi. Ani pisnął. Gwałtownie tylko drgały mu nogi, a głowa za krótko uwiązana, nie mogła dosięgnąć ziemi i w powietrzu wisiała. Krew buchała mu ze skroni, z nozdrzy, z pyska, oczy wylazły na wierzch i błyszczały białkami...
Fornale żartowali:
— Oto ci miele... o... o... o...
Amorek rzucał się gwałtownie.
— Odwiąż-że który sznura, gapie! — odezwał się baryton ekonoma — bo się przerwie.
Spojrzał na osła z pogardą.
— Należało się to dawno niedołędze! — zauważył spokojnie. Odwiązano sznura. Głowa upadła bezwładnie na słomę. Ciało drgało konwulsyjnie.
— O... o... widzita, jeszcze żyje...
— O, to psia kość kwarda!...
— O jej...
Amorek już naigrywania się nie słyszał. Konał. Zdało mu się, że jest młodym... że w piękny letni wieczór powrócił ze spaceru... zgrabny masztalerz trzyma go lekko za uzdę, a panienki dają mu chleba ze solą, głaszczą po twarzy i po grzbiecie klepią, i pęki koniczyny tak blizko do ust mu przysuwają, że czuje, zda się, jej zapach...
— Człowiek umie być przecie wdzięcznym — myślał sobie.
I z myślą tą zasnął na wieki.

Warszawa.Franciszek Rawita (Gawroński).



Upominek - ozdobnik str. 296.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Rawita-Gawroński.