Ocalenie (Conrad)/Przedmowa autora

<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Przedmowa autora
Pochodzenie Ocalenie
Pisma zbiorowe Josepha Conrada (Józefa Konrada Korzeniowskiego) z przedmową Stefana Żeromskiego
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. The Rescue
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

PRZEDMOWA AUTORA

Z trzech długich powieści, które pisałem z przerwami, „Ocalenie“ musiało czekać najdłużej, aby los się nad niem zmiłował. Nie zdradzę tu żadnej tajemnicy, gdy stwierdzę że powieść ta czekała okrągłe lat dwadzieścia. Odłożyłem ją pod koniec lata 1898 roku, i również pod koniec lata roku 1918 podjąłem znów pracę z silnem postanowieniem, że dotrę do końca, wspomagany nagłem poczuciem, iż wywiążę się dobrze z podjętego zadania.
Nie znaczy to jednak, abym je podejmował z radosną dumą. Zdawałem sobie sprawę wyraźnie — może aż nazbyt wyraźnie — z niebezpieczeństw takiej przygody. Zdumiewająca, serdeczna życzliwość, którą ludzie o różnych usposobieniach, rozbieżnych zapatrywaniach i rozmaitych gustach literackich okazywali memu dziełu przez lata, dała mi wiele, dała mi wszystko — prócz jednego: tej przesadnej pewności siebie, która może być czasem pomocną dla miłośnika przygód, lecz — na dłuższą metę — doprowadza ostatecznie do szubienicy.
Ponieważ szczerość jest rysem zasadniczym, który pragnąłbym przedewszystkiem nadać tym krótkim „przedmowom autora“, pisanym dla pierwszego zbiorowego wydania mych dzieł, pośpieszam oświadczyć, że nie liczyłem wcale na swe mniemane zasługi, lecz na stałą życzliwość czytelników. Powiem odrazu, że moje nadzieje ziściły się w stopniu nie pozostającym w żadnym stosunku do tego, na co zasłużyłem. Spotkałem się z najwzględniejszą, najdelikatniej wyrażoną krytyką, wolną od wszelkiego antagonizmu i wykazującą w swych wnioskach głębię spojrzenia, która już sama przez się musiała głęboko mię wzruszyć, a łączyła się przytem z takiem uznaniem, że poczułem się władcą bogactw przewyższających najśmielsze marzenia skąpca — mam na myśli skąpca artystę, który poszukuje skarbów w sercach mężczyzn i kobiet.
Nie! Mimo wszelkich uprzednich niepokojów ta przygoda nie miała się smutno zakończyć. Raz jeszcze śmiałość została przez los nagrodzona; a jednak nie zapomniałem nigdy żartobliwego tłumaczenia audaces fortuna juvat — tłumaczenia, które wuj mi przytoczył, gdy byłem jeszcze małym chłopczykiem: „Śmiałkowie dostają w skórę“. Nadmienił mi jednak przytem, że są różne rodzaje śmiałości. O tak, zaiste!… Jest naprzykład pewien jej rodzaj prawie równoznaczny z bezczelnością… Muszę uwierzyć, że w tym wypadku nie byłem bezczelny, ponieważ sobie nie przypominam abym dostał w skórę.
Faktem jest, że gdym odkładał pracę nad „Ocaleniem“, nie skłaniała mnie do tego rozpacz. Wchodziło tu w grę kilka przyczyn, a główną z nich było napewno wzrastające poczucie trudności w ujęciu samego tematu. Treść i przebieg opowieści rysowały się jasno przede mną. Ale jeśli chodzi o samo przedstawienie faktów i może w pewnej mierze o ich rodzaj, nasuwało mi się dużo wątpliwości. Mam tu na myśli najbardziej uderzające, wymowne fakty, pomocne przy rozwijaniu tematu; chodziło mi o ujęcie ich w taki sposób, aby uczynić zbytecznem szczegółowe opracowanie atmosfery, mogące oddziałać ujemnie na akcję. Otóż zdawało mi się, że nie potrafię uniknąć nudy w przedstawieniu szczegółów i w pogoni za jasnością. Sam przebieg akcji widziałem dosyć wyraźnie. Lecz zatraciłem wówczas poczucie, jak znaleźć odpowiednią formę dla ujęcia tematu, formę jedynie właściwą. To osłabiło oczywiście moje zaufanie do istotnej wartości tej opowieści i do zajęcia, któreby mogła wzbudzić — w tej postaci, w jakiej ją pomyślałem. Ale podejrzewam, że w gruncie rzeczy na dnie tego wszystkiego leżała nieufność do mego stylu, nieufność do jego ścisłości, do władania barwą i cieniem.
Trudno wyrazić skomplikowany stan mych uczuć, jak je sobie przypominam; ale czytelnicy, którzy się interesują artystycznemi zagadnieniami, zrozumieją mnie najlepiej, gdy powiem że nie porzuciłem „Ocalenia“ aby się oddać bezczynności, żalom lub marzeniom, ale by zacząć „Murzyna z załogi Narcyza“ — i nie ustawać w pracy bez wahań i bez przerwy. Porównanie którejkolwiek stronicy „Ocalenia“ z pierwszą lepszą stronicą „Murzyna“ może służyć za demonstrację jaką była istota, jakiem było wewnętrzne znaczenie tego pierwszego kryzysu w mojem literackiem życiu. Gdyż był to istotnie kryzys. Odłożyć dzieło tak daleko już posunięte, to strasznie ciężka decyzja. Powziąłem ją pod presją nagłego przekonania, że to jest właśnie jedyna droga ratunku — jedyny sposób aby położyć kres wyrzutom sumienia. Gdy skończyłem „Murzyna“, poczucie spełnionego obowiązku podniosło mię na duchu, dając mi po raz pierwszy świadomość pewnego mistrzostwa — świadomość, że będę mógł czegoś dokonać z pomocą sprzyjających mi gwiazd. Jeśli nie powróciłem wówczas do „Ocalenia“, to nie dlatego abym go zaczął się bać. Umiałem już teraz przybrać stanowczą postawę i powiedziałem sobie z rozwagą: „Tamto może poczekać“. A jednocześnie czułem z równą pewnością, że „Młodość“, opowiadanie, które miałem — że się tak wyrażę — na końcu pióra, czekać nie może. Nie mogłem również odłożyć „Jądra ciemności“, a to dla pewnego praktycznego powodu: p. W. Blackwood prosił, abym napisał coś dla tysiącznego numeru jego przeglądu; musiałem tedy odrazu zabrać się do tematu, który długo we mnie spoczywał; nie mogłem żadną miarą narazić na czekanie czcigodnego wydawnictwa, patrjarchy liczącego tysiąc numerów. A potem znowu „Lord Jim“, którego prawie siedemnaście stron napisałem różnemi czasy, zwrócił się do mnie z nieodpartem wezwaniem. I tak każde pociągnięcie pióra oddalało mię od porzuconego „Ocalenia“, nie bez skruchy z mej strony, lecz ze słabnącym stopniowo oporem; aż wreszcie poddałem się zupełnie, jakby uznając jakiś wyższy wpływ, z którym walka jest bezcelowa.
Mijały lata; liczba stronic wciąż rosła, a długie zadumy, z których się te strony rodziły, rozpostarły się szeroko między mną a porzuconem „Ocaleniem“ — jak gładka, zamglona przestrzeń sennego morza. A jednak w gruncie rzeczy nie straciłem nigdy z oczu tej ciemnej plamki w mglistem oddaleniu. Zmniejszyła się znacznie, ale dawała znać o sobie, przyzywając mię dawnemi wspomnieniami. Zdawało mi się, że byłoby niecnie z mej strony, gdybym ten świat opuścił, zostawiając ową plamkę hen w dali, samotną, czekającą na znak losu, znak, który nie objawi się nigdy!
Uczucie więc, tylko uczucie — jak z tego widać — skłoniło mię ostatecznie do podjęcia trudów i ryzyka powrotu. Gdy ruszyłem zwolna ku porzuconemu zrębowi powieści, zamajaczył przede mną wysoko wśród lśniących płycizn wybrzeża, samotny, lecz nie odpychający. Nie przypominał wcale posępnych szczątków okrętu. Tkwiło w nim utajone życie. Rozróżniałem jedną po drugiej znajome twarze, oczekujące mnie z lekkim uśmiechem zadowolenia, świadczącym że mię poznają. Wiedziały dobrze, że muszę do nich powrócić. Ale ich oczy patrzyły we mnie z powagą, czego się też należało spodziewać — ponieważ i ja sam byłem w bardzo poważnym nastroju, znalazłszy się znów między nimi po latach nieobecności. Odrazu, nie tracąc czasu, wzięliśmy się razem do pracy nad wskrzeszeniem naszego życia; i z każdą chwilą czułem silniej, że Ci co Czekali nie mają żalu do człowieka, który — choć nawędrował się ongi po szerokim świecie — raz tylko w życiu puścił się na wagary.

J. C.
1920.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.