<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Osaczona
Pochodzenie Osaczona i inne nowele
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego; E. Wende i Ska
Data wyd. 1913
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała nowela
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.

Pani Walerya Gojewska siedzi zamyślona w białej altanie.
Pogoda przepiękna. Jak przez zieloną gazę widać przez korony starych drzew zielone zbocza górskie, grupy czarnych świerków i wynurzające się tu i owdzie z zielonej gęstwy czerwone dachy niedalekiego zakładu kąpielowego. Niebo błękitne, czyste, powietrze nieruchome, spokojne; ludzie wesoło pracują w polu, ciesząc się nadzieją zbiorów. Ta odrobina żyta i owsa to wszystko, czem ich, oprócz siana, darzy twarda, górska gleba.
Gdzieś wysoko musi być wiatr, bo wierzchołki starych modrzewi drżą niespokojnie. Ale tu w ogrodzie cisza. Dwór leży w dolinie, ze wszystkich stron górami otoczonej, tuż nad rzeką. Tu cicho.
Pani Walerya otula się swym angielskim pledem. Nie jest jeszcze zdrowa. Po zapaleniu płuc, które przeszła w zimie, ma wciąż dreszcze, a nieraz i gorączkę. I kaszle. Wysyłają ją na południe, ale ona nie wyjedzie. Po co? Zdrowie? Mało jej już na tem zależy, mało...
Na zielonych trawnikach migają złote centki światła słonecznego, jak przez sito przecedzonego przez gęste czupryny starych drzew. Jasne punkty, nieuchwytne, znikome.
— Jasne punkty, nieuchwytne, znikome — szepce pani Walerya.
Po leszczynowej alei, wiodącej do altanki, przeleciał srebrny, jedwabisty błysk. Zaszumiały stare drzewa, zmierzwiła się murawa trawników. Pani Walerya otuliła się szczelniej pledem; dreszcz nią wstrząsnął.
Patrzy na swoje ręce. Dłonie długie, wąskie, palce cienkie, subtelne — niedawno jeszcze tak były miękkie, wiotkie, dziś siatką żyłek błękitnych pokryte, wychudłe. A gdy się w rękę uszczypnie, to skóra nie wygładza się sama przez się, lecz marszczy się... Straciła swą elastyczność. Starość, starość!
Ilu ludzi nazwie pięknym ten dzień, tak jasny, cichy i ciepły, słonecznego blasku pełny! Ilu ludzi czuje się dziś bliższymi ziemi, ilu ludzi powie dziś: żyć, a nie umierać! A pani Waleryi zdaje się, że to wszystko sensu nie ma. Wypukłe wzgórza patrzą na nią, jak jakieś nierozumne wytrzeszczone oczy, lasy szumią.
— Pieśń lasów! Frazesy! Lasy szumią dlatego, że jest wiatr i nic więcej.
I zdaje się jej, że cały świat pełen jest takich nieszczerych frazesów. Nawet to niebo deklamuje jakieś tyrady, jakieś długie wiersze liryczne, w które samo nie wierzy... A po co? Aby zwodzić, oszukiwać, aby udawać, że wierzy w szczęście, w świetną poezyę życia — gdy tymczasem — szczęścia niema, niema!
— Zimno! Nawet w słoneczny, letni dzień zimno!
Wstała i skierowała się ku placowi tennisowemu, gdzie Wicio Żelawski grał z Helenką.
— Długo jeszcze będziecie grali?
— Albo co? — spytała Helenka.
— Bo ja zaproponowałabym wam małą przechadzkę... Pójdziemy na słońce, plantem kolejowym.
— Kiedy tam wszędzie tyle letników! — skrzywił się Wicio.
— Pójdziemy na cmentarz, na grób twojej matki — odpowiedziała pani Walerya. — Tam nikogo nie będzie.
— Tak, ma wujeńcia słuszność! Chorzy boją się cmentarza. Chodźmy.
Złożyli na ławeczce rakiety i dyskutując o czemś żywo, szli za panią Waleryą.
W sadzie przystanęła i oglądnęła kilka niskich drzewek. Zajmowała się w ostatnich czasach ogrodnictwem i kazała tu zasadzić gruszki-karły. Wyrabiała z malin i porzeczek wino owocowe, chciała założyć barć — ale nie miała szczęścia do pszczół. Roje marniały lub uciekały.
— Nie będę miała miodu — powtarzała nieraz ze smutkiem.
Od jakiegoś czasu stała się przesądną, jak baba wiejska. W najmniejszem zdarzeniu dopatrywała się proroctwa, lub symbolu, starając sobie w ten sposób uzasadnić i wytłumaczyć swoje przeczucia. Ucieczka pszczół dotknęła ją bardzo boleśnie, uważała to za złą wróżbę. Zdawało się jej, że każde zdarzenie ma swój jakiś ukryty sens, jakąś naukę dla ludzi, którzy nie umieją wczytać się w te znaki tajemne i lekceważą je, dumni ze swej siły i powodzenia. I ona się śmiała, kiedy przed kilku laty matka Wicia, Hela Żelawska, powiedziała jej, że nie dożyje roku, bo kwiatek, zasadzony przez nią w dzień urodzin, zwiądł w niespełna miesiąc później. Śmiała się — ale Hela umarła.
— I gdyby ludzie umieli czytać to ciągle zmienne, tajemnicze pismo — myśli pani Walerya — kto wie, czy przyszłość nie byłaby im tak znana, jak przeszłość. Bo wkońcu, jedno jest przecie życie w całem stworzeniu i niepodobieństwo, aby między człowiekiem, a światem nie było żadnego związku.
Przypominała sobie zdarzenia z dawnych już lat. Niektóre nawet drobne i niegodne wspomnienia, utkwiły jej w pamięci. Próbowała Objaśnić je sobie wypadkami, które później zaszły w jej życiu — i wykład ten był zgodny z rzeczywistością.
Po chorobie zaczęła ją męczyć gorączka. Długie noce spędziła na pół na jawie, w jakiemś pół przytomnem majaczeniu. Sen, który sklejał jej powieki, nie usypiał w niej myśli, przeciwnie, była to jakby druga część wykładu, praktyczne udowodnienie teoryi. Budziły się ze swej martwoty otaczające ją sprzęty, stłumionym głosem wołały do niej dawno minione chwile, a nawet noc czarna, rzucająca się natrętnie do okien złowrogiem wyciem wichru, zdawała się jej żyć i brać udział we wszystkiem, co ją obchodziło.
Dzień i noc mówiły do niej każdą chwilą, swym najmniejszym szelestem, najsubtelniejszym odcieniem światła. A ona stała się lękliwa, niespokojna, zawsze zamyślona nad tą mową, jak nad jakimś dwuznacznym tekstem niezrozumiałego rękopisu.
— I nie ulega najmniejszej wątpliwości, że przedmioty mają duszę — opowiadał Heli Wicio Źelawski. Co gorsza, są kolosalnie złośliwe. Ja n. p. nie mogę się skarżyć na łudzi. Ludzie nie byli dla mnie źli. Prześladował mnie „pech“, ale i to jest naturalne. „Pech“ jest indywiduum towarzyskiem i najchętniej przebywa wśród ludzi, którym się nie wiedzie. Jestto zrozumiałe — bo cóżby „pech“ miał do czynienia między tymi, którym się dobrze powodzi. Ja jednak najbardziej cierpię przez złośliwość przedmiotów martwych. Wierz mi, Helusiu, że jeśli ma się tylko dwie spinki do kołnierzyka, a jedna z nich podczas ubierania się upadnie, to jest już bezwarunkowo nie do znalezienia. Ja raz tak się tem zirytowałem, że kazałem stróżowi wszystkie meble powynosić i szukałem spinki przez kilka godzin na wyfroterowanej posadzce — nie znalazłem. Albo — lampa! Nie można sobie wyobrazić bardziej od niej rafinowanej istoty. Ile razy człowiek przyjdzie w nocy weselszy, albo wieczorem z jaką paczką w ręce, tak, że jedną ręką chce zapalić lampę, zawsze śrubka do podkręcania knota jest po odwrotnej stronie. Ba! Ja udawałem, że chcę zapalić prawą ręką i w ostatniej chwili nagle przerzucałem zapałkę do lewej, okazywało się wtedy, że śrubka jest po prawej stronie. Skóry wołowej nie starczyłoby na spisanie tych wszystkich krzywd, które wycierpiałem i wciąż znoszę. Przedmioty są dla mnie zawsze wrogo usposobione.
— Ale na seryo, Wiciu — przerwała mu pani Walerya — czy ty wierzysz w to, że przedmioty martwe mają duszę?
— Pytanie zbyt poważne, abym mógł na nie stanowczo odpowiedzieć. Tak mówią.
— A co ty myślisz o tem?
— Ja, proszę wujeńci, przyjmuję bez zastrzeżeń wszystko, co ludzie mówią. Jestto niesłychanie zabawne.
— To chyba w nic nie wierzysz?
— Dlaczego? Wierzę we wszystko. Bo widzi wujeńcia, jeśli się czegoś nie wie na pewno, lepiej wierzyć. A ja wiem tak nie wiele, że wierzyć muszę.
Trzeba było zejść z plantu. Wicio, który szedł przed panią Waleryą, stanął i podał jej rękę. Mimowoli spojrzała na niego uważniej.
— Zmieniłeś się w ostatnich czasach — powiedziała, gdy zeszli z plantu i szli jedno za drugiem wąską ścieżyną polną.
— Na korzyść?
— Nie wiem. Utyłeś trochę i zdaje się, jakbyś spoważniał. Dawniej wyglądałeś — dziko. Masz i tak bardzo ruchliwą twarz, ale teraz wyglądasz, jakbyś ją zaścielił jakimś dobrodusznym uśmiechem. Jeśli to naturalne — to dobrze.
— A jeśli maska?
— I czegóż ty miałbyś się maskować? — zwróciła się Hela do ciotecznego brata.
— Jak silnie akcentujesz to „ty“... Mam wrażenie, jakbyś przez to chciała powiedzieć, że sama masz powody do maskowania się.
— Och, moja maska jest najzwyklejszą w święcie maską młodej panny. Jestto tak zwana „przyzwoita“ mina. Wciąga się ją na twarz.
— Pourquoi faire? — spytał Wicio.
— Ot, jak woalkę.
— Czy ty, Wiciu, jesteś z życia zadowolony? — spytała pani Walerya.
— Hm. Właściwie nie. Tłumaczę sobie to jednak moją młodością, to znaczy brakiem świadomości tego, co robię. Młodzi są przeważnie z życia niezadowoleni. Prawda, Helenko?
— O! Rozumie się.
— Widzi wujeńcia. Nawet ona zgadza się ze mną.
— „Nawet“. Czy ty sądzisz, że mi tak dobrze?
— Spodziewam się.
Zbliżali się do bramy cmentarnej. Tuż przy furcie siedziała stara żebraczka, głuchoniema, w podartej samodziałowej kurtce góralskiej i w męskim kapeluszu.
— To ona jeszcze żyje? — zawołał na jej widok Wicio. — Nie przypuszczałem! Myślałem o niej nieraz. Dużo dabym za to, żeby módz odcyfrować jej sposób myślenia.
— Nie wiem, co może być w tem ciekawego.
— Pomyśl tylko, Helusiu! Jest głuchoniema od urodzenia — pozbawiona przeto wszystkich pojęć dostępnych za pomocą mowy i słuchu. Mimo to jakaś oryentacya, choćby najpierwotniejsza, jest do życia niezbędnie potrzebna. Stąd spotęgowany jest u niej dar obserwacyi. Ta kaleka widzi niezawodnie znacznie więcej i bystrzej od nas. Linia wszelka, wszelki ruch, są dla niej czemś w rodzaju żywych hieroglifów, które ona odczytuje zupełnie swobodnie. My skrywamy przed ludźmi dużo rzeczy, maskujemy się nawet. Ale na ruchy, sposób trzymania się i t. d., nie zwracamy uwagi. Nie wiemy według czego sądzą nas głuchoniemi i nie możemy się maskować przed nimi. — A oni milczą i patrzą na nas swym czujnym, bystrym wzrokiem i widzą na wskroś.
— Nieprzyjemne! — szepnęła pani Walerya. — Nie pomyślałam nigdy o tem.
Otuliła się szczelnie pledem.
Weszli na cmentarz.
Był mały, wiejski. Niewiele na nim było marmurowych nagrobków, za to proste, ubogie mogiłki porosłe były wysoką, bujną trawą i jaskrami. Ciepło biło z ziemi rozgrzanej słońcem.
— Cmentarz — a jak tu miło! — zauważyła pani Walerya.
— A tak. Życie nie rezygnuje z swych praw ani na cmentarzu — odpowiedział z dziwnym uśmiechem Wicio. — Stąd Morał, wujeńciu: Nie rezygnować.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.