Ozimina (Berent)/Część trzecia/4

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Berent
Tytuł Ozimina
Wydawca Jakób Mortkowicz
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


A jednak złudne to były ukoje: nurt sięgał głębiej i dał się ledwie po wierzchu ukołysać i wygładzić usypiającym duszę kobiecą tonem męskiej rozwagi.
Bo oto ledwo drzwi się za nim zamknęły, rozjątrzona tyloma wrażeniami wyobraźnia, wyrwała się z głębi i poniosła znów drogą natłoczonych obrazów w niepokój nowy.
Na mosiężnej tacy ponad jej głową grają blaski świecy i odciągają tam raz po raz spojrzenia lękliwe. W kryształowy dzban zanurzyło się odbicie płomyka, skrami światła błyszczy czarka tuż obok. Zaś nad tacą, dzbanem i czarką wyziera łeb kukły czarny i białopołyskliwe jej ślepia, przyczajone w ciszę nocną: — te same, pamiętała, które onej chwili patrzały na jej grzech.
Przebiegł ją wskroś ten wstrząs, ścinający wargi, a powracający za każdą chwilą tamtego przypomnienia. W gwałtownym napływie wstrętu próbowała zerwać się z kanapy, ale sił nie stało. Mimo że w swem zasłuchaniu w ciszę postanawiała nie oglądać się po za siebie, coś jej przecie skręcało jakby szyję, zmuszając do obejrzenia się na ten graniasty łeb o szklistej czerni, głuche ślepia wołu i wargi krwią odęte.
»Oto stoi On — Bożek zastoju«! — przypominała znów słowa Leny.
I pomyślało jej się znów, że pod jego to spojrzeniem wypijał Woyda czarę swoją, by się tam oto wnet potem zwalić — u tamtych drzwi!
Wzrok jej wbił się w to miejsce na dywanie, wplątał się w jakieś jego arabeski i nie mógł się z nich wyrwać, trwodze samej na przekór.
A równocześnie odżywała w pamięci ta Woydy opowieść, powtarzana niedawno ustami Leny: o życiu zaklętem w bezruch i fałsz, o serc kobiecych zakłamaniu urocznem. Słuchała tego niby bajki napół znanej o pięknej młodości zaklętej w szklaną trumnę: o tem, że gdy serce kobiety zastygło, cały świat zamarł w bezruchu... Wyciągnęły się wtedy ręce po ten ponętny owoc piękna, usta nazbyt prędko rozgryzły w nim robaka. Bo jakiż to osad został po tem wszystkiem z onej wyobraźni kobiet, która za życie im stała, piękno wysokie roi, a zło w dopuszczeniach myśli wylęga potworne. Oto powracały do pamięci te dyabły, co jak złośliwe małpy powdrapywały się na wieżyce kościołów i wychylają z za każdej wnęki swe złe mordy, by tam, gdzie wieża urywa się, nieba nie dosiągłszy, by tam właśnie...
Otrząsła się grozą.
»Nie sąż to kobiety?« — przyniósł dziwnie błysk przerażenia.
»Najczujniejsze, przeczuwające sumienia życia!« — odwróciła się myśl na wspak przypomnieniem i tych słów Leny.
W zalęknieniu instynktów stawała przed nią właściwa tajemnica życia: zagadka samej siebie.
I ogarnęła ją po raz trzeci już tutaj niesamowita trwoga przed złem, zatajonem w myślach i czuciach. Jakby za każdem słowem, śmiechem i porywem wśród tych ludzi, za każdym oddechem wśród nich zaczerpniętym przybywało tego niepokoju. Zaś to, co mówił baron, — nie przypominaż się to, mimo wszystko, mrowiem niepewności? nie wiedzież hardą żądzą szczęścia w dymne kłęby napół zrozumiałych wzgard i nienawiści dla tego szczęścia wrogów: hyen i szakali, jak ich obzywał?...
Pośród tych tu ludzi z początkowych słów, śmiechów i porywów błahych czyniło się już usypisko ruchome gdzieś ku dołom rwącej lawiny.
A w tem zalęknieniu — Lena, która po swych górnych opowieściach tak rychło u boku męża dręczyła siebie niżącym myśli dopustem, że oto w przechodniego mężczyzny ramionach i gdzieindziej leży: ta Lena wiedźmą wydała jej się w tej chwili. I oto gdy zimne ciało wiedźmy teraz może znów swą służbę sprawuje, coś się od niej ptakiem odrywa, w ponocnego nietoperza wraz zamienia i tu się oto błąka — pod drzwiami — gdzie on skończył... Zaś tamta, druga, z jej dygotem i trzepotaniem się zwichrzonego życia — strzygą jej się wręcz wydała.
Te myśli urojenia, czepiwszy się rozjątrzonej wyobraźni, prawie że zwidem się stawały. Owe ćmy i nietoperze, które czaiły się tu jakby po ciemnych kątach na każdą chwilę wyczerpania, zjawiły się znów, — tym razem z taką siłą, że stają się dla oczu rojem cieni, błąkających się cicho w oćmie pokoju.
Zaś tam, na dywanie, skąd się wzrok dotychczas oderwać nie dał i ledwie dłonią przysłonić pozwolił, tam pode drzwiami — leży Woyda tej chwili: wystarczy może tylko rękę opuścić, aby ujrzeć powalonego kłąbem w skurczu zatrucia. A wokół tego miejsca strzyga się snuje: krew, z ust jego wązką strugą płynącą, niucha strzyga zwiewnymi chrapy, tą twarzą popielną i złotym wybłyskiem okrągłych oczu: dopada i trzepie się bezszelestnie — z cichym, mysim piskiem nietoperza.
A gdy to widzi wyobraźnia, szyję skręciło znów nagle, każąc się obzierać na ten czarnoszklisty łeb i gały w nim białe: patrzeć czujnie w oczekiwaniu jednego słowa, które hakiem czepiło się wyobraźni.
Widzi najwyraźniej: poruszają się oto szerokie, krwią odęte wargi, — czerwony pysk wyciska z kukły to słowo czarnoksięskie:
Abrakax!...
Wysiłek śmiechu nad sobą za to urojenie przeszedł natychmiast w chichot szarpany i urwał w spazmie krótkim, stłumionym w poduszkach.
Cisza nocy stała się jak struna głucho dudniąca, uderzana biciem jej serca, a zakończona tłumionym przyjękiem oddechu i wypraszalnym bełkotem, rzucanym w noc, milczącą jak przepaść. Opadła głowa na poduszkach, w tył się jakoś osunęła na sprężonej szyi, omotała, blada, włosów nieładem: z szeroko rozchylonych ust wyrzucało się spiekłe tchnienie gorączki, ołowiane ciężary położyły się na oczach, potem zlewało czoło. Nad głową uśpioną rozpostarł lęk czarny swe trzepoczące skrzydła.
Niebawem wszystko zgłuchło wokół niej jeszcze bardziej, jakby kto zaparł cicho ostatnie wrota jawy.



Ujrzy się przy ognisku: zatulona, drżąca, jakby z pod słoty i szarugi wielkiej tu się przedarła — przez te dymy gęste naokół, z których wysuwają się kołem wązkie mordy i żarzą bezlikiem ślepia krągłe w zielonawych rozbłyskach. Ogień, dziwnie mocny na tle tej nocy dymnej, łopoce się w purpurowych płacht rozdarciu i trzaska wciąż od tego roju ciem i nietoperzy, co się wtrzepują w niego bez końca.
Widzi Lenę tuż obok: ciałem gołą, ledwie włosów płowych wiechą na karku przysłoniętą: grzeje w blasku czerwonym boki tłuste, o skórze lśniącej i jak na bębnie opiętej; waży w dłoniach piersi, czy rychło zwisać poczną; pluska się po udach dłonią ciepłą, jak gdyby powiedzieć chciała: »to jest jedyna prawda nasza!«  ... Naprzeciw, przez rozwiew płomieni co chwila widny, leży brat jej: wyciąga ramiona ciężkie, zagrzewa przed ogniem kułaki bronzowe, ziewnie przeraźliwie i powala się na grzbiet, jak ten niedźwiedź w klatce zanudzony... Tuż obok zebrał się wązko w garb wielki nad kijami dziad Leny: grzeje przy ogniu członki chude, śmiercią stygnące i kiwa głową, jak zegar wahadłem: niemy, głuchy, ślepy... Oto wchodzi przez kłęby dymów ktoś obcy: na postać chmurną purpura ogniska narzuciła płaszcz blasku; przylegał oczami do Leny; a gdy zasiadł do ognia zdał się przerażony tem, co czyni; chwiał się, słaniał i powalił wreszcie u nóg jej: i tak też i pozostał w cieniu jej ciała. — Lecz oto wchodzi przez dymy ktoś drugi, już nie na Lenę, lecz na nią samą spozierający mdłym uśmiechem znużenia: poznała wraz z tym otrząsem mroźnym, z jakim powracało zawsze wspomnienie tamtej chwili. On tymczasem siada za blizko ognia; a jej tężeją ręce bezradne, głos zamiera na ustach: i tak patrzeć musi, jak płomienie chwytają się jego rękawów, oplatają pierś i buchają już ponad głowę. Wyciąga ku niej ramiona płonące i z matołczym chichotem na ustach za ręce chce ją chwycić, w ogień szarpnąć. A oni wszyscy są tak dziwnie spokojni, jak gdyby nikt tego nie widział.
Za nimi, w dymach czynił się tymczasem ruch wśród tych ślepi żarzących się wokoło; zgasły nagle wszystkie: i kołem obsiadły ognisko gromady panów i dam o twarzach przymilnych gości dzisiejszych. A spojrzenia ich zwracały się zgodnie w jedną stronę.
Szedł z twarzą bladą i suchą jak płótno i sztywnymi baki, a w gołej jamie tych włosów zaciskały się wargi tak, że ust wcale widać nie było. Wszystko gięło się przed nim, — mijał z pogardą. A gdy się do niej przysiadł, stężała w trwodze. Wyciągnął rękę, pochyliła się do niej.
»Wszyscy to czynili, — rzekł sucho, — ilu ich tu widzisz. Zaś ty musisz: nie dla siebie tylko... Bacz, by na twarzy nie czytano przerażenia: szakale patrzą. Uszu przychyl, oczy spuść: — dziecko twoje...
»Jezu!«
»Milcz.«
Błysły mu oczy czerwonym odbiciem płomieni. I splunął w ognisko.
»Wszyscy mi tu kwoli czynią dla swoich tam przyczyn, o które nie dbam: głodu, ambicyi, czy kobiet. Więc i o twoje błahe przyczyny nie stoję. Wszyscy mi tu nie tylko kwoli czynią, ale i po myśli. Znużyły się dusze w niemoc zamyślenia nad sobą, w trwogę przed tem, w nienawiść tego: pesymizmem zwą; — i to także!
I usłyszy śmiech nizki, na wargach zaciśniętych nie widny, w piersiach tylko głęboko rozdygotany.
»Ale tyś najmłodsza, duszą nie znużona. Przetom do ciebie przysiadł. I bacz, — szeptem mówię: »budzi się dusza młoda ku przeznaczeniu swemu«.
Przysunął się bliżej, ustami do ucha chylił.
»Pogodę zła daruję, owoc szczęścia w drżące dłonie dam — za jedno tylko: za poniechanie prawdy uczuć i myśli: własnych wyłącznie, tych przed sobą jedynie, o których i tak nikt nigdy nie wie«.
»Wykląć się?! «
»Nie za siebie tylko. Nie o twoje błahe szczęście idzie. Nie o twoją duszę stoję.«
»Przypominam! — dobyło się z niej w oddechu głębokim. — Życie stanie, — w bezruch dusz, powiadali.«
Wówczas on porwał się z ziemi i zapalił się gniewem w oczach czerwonych przed tą łuną ognia.
»Nie wieszże przed jakiemś ty ogniskiem?! « Nie mówiłć stary?! Nie poiłem ja cię tu w trosce ratownej? Gdziebądź uciekniesz: w sobie masz ten napój żądzy szczęścia i dosytu.
I ujrzy go wówczas dopiero w jego postaci własnej, oczom ludzkim skrytej...



Biegnie po bezdrożach dymnych. A za nią, porwawszy się z przed ogniska pędzą kołem szerokiem chmary szakalów. Mniemała, że przed się pomyka, rychło wszakże czuć jęła, że w koliste bezdroża gnają ją przed sobą w mgle i oćmie te ślepia okrągłe o zielonych wybłyskach naszczekujące wciąż: »dziecko! dziecko twoje!«
Gdy nagle usłyszy koło siebie skrzypienie piskliwe, gdzieś, nieopodal w tej ciemni.
»Krew!... Krew!... — skarży się wokół niej i skoli ta strzyga niewidna. — Za mną chodź, — szepcze — wywiodę, wyczuję! Skrzydła popalili, ciało pohańbili, duszę roztargali, dno serca obnażyli: niem ja czuję! Chodź za mną. Wywiodę... Patrz, — jest! Jest jeden!«
Widzi przed sobą tamtego — z przed ogniska, z za płomieni rozwiewu: z przepaską bandaża na głowie i plamą krwi skrzepłą, co się przez nią na czoło przesączyła. »Sama wiązałam« — przypomina.
A on:
»Podobnaś! Dziwnieś ty mi podobna«...
Machnął ręką ciężką: odtrącił precz wspomnienia.
»Patrz! — podjął myśl inną, — żądza dosytu u jednej kobiety ilu ludzi poniżyła! Zmarniał przy niej, jadu sięgnął duch strażniczy; marnieje przy niej, jadem cudzych dostatków truty, i ród jej własny... I ja ległem przy jej ognisku po dwudziestu latach wielkiego znużenia. Nękiem obcej krwi ołowianej lat dwadzieścia truty, tu między nimi innej obcości jad chłonę. I tak między dwoma duchami obczyzny za młodą swą duszą wstecz patrzę, młode me siły swoim ludziom oddałem doszczętnie, młode nieuczucie na hańbę posłali w odwdzięce. Sam ja!... czekający wciąż.
»Na co?!«
»Na krew «, — ozwie się przed nimi.
W tej chmurze ciemnej, w korowodach wśród oćmy nieprzejrzanej zbłąkała się rychło, zgubiwszy ich głosy przed sobą. I wziął ją lęk samotności przed ciemnemi drogi w tumanie. Więc klękła bezradnie, cała w sobie stulona, twarzą w ramionach ukryta.
Aż póki nie poczuje na sobie potrącań gwałtownych i nie rzuci się obejmować kolan starca, chyląc głowę i czoło ku ziemi.
»Nie o tobie ja!« — mruczy starzec nad nią, — nie o tobie przecie! Na twą młodą głowę zmąconemi oczami patrzę, a gromady ich całe widzę. Nad każdą — wszystkie do łez krwawych opłakiwać będą, a wśród wszystkich — każda mi niczem. Bo śmierć, obojętności matka, nie nad dolą tam czyjąś, a nad duszy wspólnej przyszłością dumać mi każe... Nie czepiaj mi się ręki! — patrz zła w pokurczu niedołęstwa jak starość każda... I dokąd mnie wleczesz... Kędyć szaleństwo ciągnie? i jaż to niby prowadzę? W tył powloką, i podobnież ja wieść będę. A mnie te wasze w «tył« i »naprzód« w jedno błędne koło się zamykają wokół trumny mojej... Daj niech spocznę na niej... Idź w przeznaczenie swoje, idź!... Wszystko samo się wyniszczy, samo wypiele...«
A gdy się od tych słów jak od przekleństwa oburącz zasłoni i podniesie wzrok — ujrzy hyenę u trumny, szkieletem prawie widnym, jakby popielną próchnicą tylko przysypanym i jej głuche zamącone oczy cmentarnego wejrzenia.



Szła ślepa wciąż, te zielonawe wybłyski szakalich ślepi widząca jeno naokół. Póki w tych korowodach wśród ćmy tajemnic nieprzejrzanej nie ujrzy ludzi jak cieni, zszeptujących się ze sobą z cicha; potem gromady ich całe, wreszcie tłum wielki jak chmurę. A w rozchwiei głów, dla wzroku w plamy zatartych, w morzu twarzy niewidnych — gdzieś, hen, jak świeca jasna: Wandy oblicze blade. Lecz oto przed te tłumy wyskoczy on z karabinem w ręku. »Mam jeden!« — krzyknie. A którzy bliżej sarkną wzgardliwie, tłum za nimi szumi, jak morze. Te groźne pomruki i rozchwieje gromady, powietrze skier i płomieni pełne rozdarły przed nią wszystkie tumany uczuć w jasność zachwytu: — wyrzuciły się ramiona ku górze i zaklaskały ręce szalone.
A oni sarkną.
»W śmierć ty nas owczą, na zatracenie!« 
»Kolejno pójdziecie: ,jako te kamienie, jeden za drugim...’ Też ja wam wprost jakby z książki: wedle wieszcza czynię, — rzucił im z pogardą.«
»Za kamieni kupę?«  ...
»Ku czemu was matki rodziły, nie wiedzą pewno same.« Ledwie przypomną, dlaczego na świat wydały; wspomną z marzeniem, lub chichotem. A im kobietom, co — w jakie nas życie miotnęły? Ku czemuście wyrośli, wiecie sami dziś. A do czegoście zdolni, wiem ja. Ja jeden wiem, co życia bezruch na bezduchach płodzi: jakie dzieci te matki rodzić zdolne. I ku czemu? Nim się matki wasze dowiedzą, ku czemu was rodziły, tę im psotę czynię, że się zwiedzą przypadkiem, iż zrodziły... bohaterów! — wyrzucił im jakby z ręki pogardliwej przy zębów zacisku.
Zgubi go na chwilę z przed oczu w głowy opuszczeniu, a gdy go wzrokiem nad tłumem szuka — ujrzy hyenę włochatą i jej pysk wprzódy rozziewany, teraz w kłach wybłysku rozwarty pod ołowianych oczu twarde zapatrzenie.



»Chodź! uchodź od nich precz! Nie leź w tę ich robotę. Wandę ja znałam, na pokucie znałam... Widzisz: desperacya to twoja, ten z dzieckiem w myślach frasunek, zgłuszony gromadnych spraw zamętem przecie na dnie duszy kobiecej żył najbardziej. Takie my już z natury. I tak cię one frasunki grozą przypomnień i rozpaczy błyskiem wprost mi w ręce nawiodły — po ciemności. A Wandę znałam, pod kluczem znałam. Nieraz jej mówię: »Za mężczyznami lazłaś pani w to: wiesz, czy nie wiesz. Każda z nas kobiet wszystko, co robi, to przez tych drani tylko. A same my: to albo za mąż się dać, albo... się. Tyle tylko potrafimy z siebie«... A i ty nie leź do nich! Oni właśnie na takie, jakby zaczajeni: która nie wie, kędy w życie, a odważna z siebie. Podjudzą, do białego żaru rozpalą i kamieniem cisną, gdzie im trzeba. Napatrzyłam ja się tych sokołów, gdy w sępy po klatkach zamienione tuczą wątrobę wspomnień... Że też nie trafili na podjudzoną sokolicę, na samicę zbestwioną, która mścić się zechce, jak to kobieta: na sobie, że otrzeźwiała, na nich, że zawiedli, — i w klatkę zamknięta, sama sępem w ich wątrobę wspomnień sięgnie... Hu!... źleby było!...
A ty nie drżyj! I nie trzep się tak ramionami, nie wyciągaj rąk błagalnie. Tu ci nikt ręki nie poda. Nie bój się, nikt!
»Przypominam!« — odpowiedziała oddechem głębokim. — Stary mówił: Nikt ręki nie poda!...
I zapadła twarzą w dłonie.
Wtedy tamta pod ramię ją ujmie i wiedzie gdzieś przed się.
»A głupiaś ty mi! Każda z nas im ma krew cieplejszą, tem na karyerę głupsza. To żeś ty odbiegła ogniska polskiego szczęścia. I kędy? Dokąd? Z dzieckiem w brzuchu! — A ty myślisz, że tylko oni szczęścia chcą: burżuje? Każda nędzota, każde ścierwo ostatnie ma jeszcze dyabła swego, któremu rade odda za ono ostatni szmat duszy. Tylko że u nich ładu, składu, porządku pięknego w chęciach więcej; a smutek ich damul w łóżkach, gdy próżne, — piękny, bardzo bo piękny! A tu u nas: niebo z piekłem się zmieszało, chęci się kłębią jak to wężowisko, a smutki nasze zwą się: zbrodnie.
— »Kto ty?! — krzyknie teraz dopiero i wyrwie się jej z rąk.
»Ja ,Mańka, Kalosz’!« Pani baronowej siostra starsza. Mleczna siostra. Jedną mamkę ssiemy. Chu-udą! A obie spasłe... Nie bój się śmiechu mego. Choć gruby. Nie bój!
I wtedy dopiero ujrzy jej postać własną, oczom dotychczas skrytą...
»Nie uciekniesz, ja cię zgonię... Wiedźmyć w duszę zaszczepiano: na sabatach byłaś uchem! Nie wyciągaj tedy ramion: tu nie pięknych smutków pora, tu nie białych damul łoże: tu już nasze desperacye i chichoty nasze! — Tu już na się wzięta dola!... Własna — twoja — biedna — dola!... Dola!... Dola!... Stój! Wmig cię zgonię. Bądź co w uda swe okraczę, kieckę w skrzydła, na ramiona! wyżej pępka, wyżej zadu i — huu! śmigam w lot nieścigły... Ich się nie bój: to szakale! moje kotki, me pieszczochy: »Kizi-kizi, goście mili! przyjacioły, druhy ludzi«... Pójdźże pestko dyabła twarda! Ja wyłuskam cię z gorsetek. Precz te szmaty! wont atłasy!... Białe kurczę, z pod skorupki. Mięsa mało, pierza wiele. Gładkaś. Ciepłaś. Słodka w szyi. Łaskotliwa pod pazurem. Mnie się trzymaj kurwy starej. Ja się znam na drogach ciemnych, nie przerazi mnie pogarda: nas przekleństwo wichrem miecie w najciemniejszych dróg rozkosze: — na sabaty! na sabaty!... Już szakale w lot się mają: jak pochodnie z nami wzlecą oczu ognie ich zielone. — Daj, namaszczęć, byś latała. Łydy prężne, stopy kocie... Już zabłysły ślepki skore? Skórka w dreszczach, włos się jeży... Wezmąć, wezmąć dzikie dreszcze, jak te wieżyc sabatnice pod piorunem nieba grozy: Bogu, ludziom, dyabłu sprzeczne!...
» Kto? — targnie się ciałem, uczuwszy się pochwyconą za ramiona i ręce wraz.
A ona hen z oddali już:
»Oficery grzeczne« .




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Berent.