Pani Bovary/Część trzecia/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Flaubert
Tytuł Pani Bovary
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1878
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwika Kaczyńska
Tytuł orygin. Madame Bovary
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Po nastąpionym czyimkolwiek zgonie zwykle następuje jakiś rodzaj osłupienia, tak trudno jest pojąć to przyjście nicości i weń uwierzyć. Pomiarkowawszy jednak jej sztywną nieruchomość, Karol rzucił się na nią wołając:
— Żegnam cię! żegnam!
Homais i Canivet wyprowadzili go z pokoju:
— Miarkuj boleść twoją!
— Tak jest, mówił wydzierając się, będę rozsądnym, nic złego nie uczynię. Ale puśćcie mnie! chcę ją widzieć! to żona moja!
I zalewał się łzami.
— Płacz, biedny mój przyjacielu, rzekł aptekarz, daj wolny bieg naturze, to ci ulgę przyniesie!
Zesłabły jak dziecię, Karol dał się sprowadzić na dół do sali jadalnej, a pan Homais powrócił do siebie.
Na placu zaczepił go niewidomy, który zawlókłszy się aż do Yonville’u znęcony maścią antiflogistyczną, zapytywał każdego przechodnia gdzie mieszka aptekarz?
— W samą porę się wybrał! jak gdybym mało miał do roboty! Przyjdź później!
I wbiegł szybko do apteki.
Miał do napisania dwa listy, musiał przyrządzić napój uspokajający dla Bovarego, wymyśleć prawdopodobne kłamstwo dla ubarwienia wypadku otrucia, i zredagowania do dziennika roueńskiego, nie licząc jeszcze mnóstwa osób, które na niego czekały dla otrzymania wiadomości, a gdy wszyscy Yonvillanie wysłuchali historyi o arszeniku, którego przez pomyłkę użyła zamiast cukru do kremu waniliowego, Homais powrócił jeszcze do Bovarego.
Zastał go samego (pan Canivet już odjechał); siedział w fotelu przy oknie, wpatrując się błędnym wzrokiem w kwadraty posadzki.
— Potrzebaby teraz, przemówił aptekarz, oznaczyć godzinę obrzędu.
— Po co? jakiego obrzędu?
A po chwili dodał jąkając się i z pewnym rodzajem przerażenia:
— O nie! nie! ja chcę ją zatrzymać; któż mi tego zabroni?
Homais, nie wiedząc co na to odpowiedzieć, wziął karafkę z etażerki i podlał wazoniki geranium.
— O! dziękuję ci, panie Homais; dobrym jesteś!...
Nie dokończył, zdławiony nadmiarem wspomnień jakie mu ten ruch aptekarza przywiódł na pamięć.
Aby go rozerwać, Homais uznał za stosowne napomnąć o pielęgnowaniu kwiatów: rośliny potrzebowały wilgoci. Karol skłonił głowę na znak potwierdzenia.
— Zresztą, piękne dnie teraz nastaną.
— Ach! westchnął Bovary.
Aptekarz, nie wiedząc już z jakiej beczki wychodzić, odchylił powoli firaneczki z okien.
— Oto pan Tuvache przechodzi.
Karol powtórzył machinalnie:
— Pan Tuvache przechodzi.
Homais nie śmiał mu już wspominać o rozporządzeniach pogrzebowych; ksiądz dopiero zdołał go do tego nakłonić.
Nieszczęśliwy zamknął się w swym pokoju, wziął pióro, i spłakawszy się rzewliwie, napisał.
Chcę aby ją pochowano w jej ślubnej sukni, w białych trzewikach, w wieńcu na głowie. Włosy niech ma rozpuszczone na ramionach; będą trzy trumny, jedna dębowa, druga mahoniowa, trzecia ołowiana. Niech mi nikt nic nie mówi: będę miał potrzebną siłę. Z wierzchu ją przykryją wielkim całunem z zielonego aksamitu. Ja tak chcę. Tak uczyńcie.“
Ci panowie zdumieli się bardzo nad romansowemi pomysłami Bovarego, i aptekarz poszedł a mu powiedzieć:
— Ten aksamit wydaje mi się rzeczą zgoła zbyteczną. Zresztą, koszt...
— Cóż to pana obchodzi? oburzył się Karol. Daj mi pan pokój! Nie kochałeś jej! Idź pan sobie precz!
Duchowny wziął go pod ramię i wyprowadził do ogrodu. Mówił mu o znikomości rzeczy ziemskich. Bóg jest wielkim, miłosierdzie Jego nieskończone; należało się poddawać bez szemrania Jego wyrokom, dziękować mu nawet za wszystko.
Karol wybuchnął bluźnierstwem.
— Ja nienawidzę waszego Boga!
— Duch buntu mieszka jeszcze w tobie, synu mój, westchnął duchowny.
Bovary był już daleko. Chodził wielkiemi krokami wzdłuż muru, pod szpalerem, zgrzytał zębami, i posyłał w niebo spojrzenia obarczone przekleństwy, lecz ani jeden listek się nie poruszył.
Drobny deszczyk zaczął padać. Karol mając piersi obnażone, uziąbł wreszcie; powrócił do domu i usiadł, w kuchni.
O szóstej godzinie zaturkotało na placu: to Jaskółka przybywała. Karol oparłszy czoło o szybę, patrzył bezmyślnie jak podróżni wysiadali jeden po drugim. Felicya położyła mu w salonie materac; położył się na nim i usnął.

Jakkolwiek filozof, pan Homais szanował umarłych. Nie chowając też urazy do biednego Karola, przyszedł wieczorem aby czuwać przy zwłokach. Zabrał z sobą trzy księgi i pugilares do robienia notatek.
Zastał już księdza Bournisien; dwie wielkie gromnice paliły się w głowach łóżka, które wysunięto z alkowy.
Aptekarz, któremu ciężyło milczenie, niebawem wyraził ubolewanie nad „tą nieszczęsną młodą kobietą, ” na co ksiądz odpowiedział że pozostawało już tylko modlić się za nią.
— Jednakże, zarzucił Homais, z dwóch rzeczy jedna: albo umarła w stanie łaski (jak się wyraża Kościół), a w takim razie nie potrzebuje naszych modlitw; albo też przeszła do wieczności w grzechu (takie jest podobno wyrażenie duchowne), a wtenczas...
Ksiądz Bournisien przerwał mu oświadczając szorstko, że w każdym razie należało się modlić.
— Lecz, powiedział jeszcze aptekarz, ponieważ Bóg zna wszystkie nasze potrzeby, na co się przydać może modlitwa?
— Jakto? oburzył się duchowny, modlitwa! Więc pan nie jesteś chrześcianinem?
— Za pozwoleniem! rzekł Homais. Uwielbiam chrystyanizm. On pierwszy wyswobodził niewolników, zaprowadził w świecie moralność...
— Nie o to chodzi! Wszystkie teksty...
— Och! och! co się tyczy tekstów, zajrzyj do historyi, księżuniu; wiadoma rzecz iż je poprzekręcali Jezuici.
Tu wszedł Karol, i przystąpiwszy do łóżka, odsunął powoli firanki.
Emma miała głowę na prawe ramię pochyloną. Kąt ust jej, które były otwarte, robił wrażenie czarnego otworu w dolnej części twarzy; wielkie palce u obudwu rąk spoczywały niezgięte w dłoniach; rodzaj białawego pyłu osiadał na rzęsach, oczy poczynały się przysłaniać lekką tkanką, podobną do pajęczyny. Prześcieradło zapadło na niej od piersi do kolan, podnosząc się następnie na palcach wyprostowanych stóp; a Karolowi zdawało się że ją przygniatał ciężar olbrzymi, masy jakieś nieskończone.
Zegar kościelny wybił drugą godzinę. Słychać było szum rzeki płynącej u stóp tarasu. Ksiądz Bournisien od czasu do czasu nos głośno ucierał, a Homais’ego pióro skrzypiało po papierze.
— No, kochany przyjacielu, rzekł do Karola, idź już ztąd, ten widok serce ci rozdziera.
Po odejściu Karola, aptekarz i ksiądz powrócili do swoich przerwanych rozpraw.
— Czytaj pan Voltaire’a! mówił pierwszy; czytaj Holbach’a, czytaj Encyklopedyę.
— Czytaj pan Listy kilku portugalskich żydów! mówił drugi; czytaj Racyę Chrystyanizmu, przez Nicolas’a, dawnego sędziego!
Zapalili się, obadwa byli rozczerwienieni; dowodzili razem nie słuchając się wzajemnie; Bournisien zgorszony był takiem zuchwalstwem; Homais podziwiał taką głupotę, i niedalekimi już byli od powiedzenia sobie wzajemnych obelg, gdy Karol ukazał się znowu. Ciągnął go tu bolesny a nieprzeparty urok. Co chwila wchodził na górę.
Stawał przed zwłokami aby im się lepiej przypatrzeć, i tonął w tej kontemplacyi, która przestawała być bolesną, tak była głęboką.
Przypomniał sobie wszystkie słyszane historye o katalepsyach, o letargach, o cudach magnetyzmu; zdawało mu się że gdyby tylko chciał gorąco, potrafiłby ją wskrzesić. Raz nawet pochylił się ku niej i z cicha zawołał: „Emmo! Emmo!” Od mocnego odetchnienia jego zadrżał płomień gromnic.
O świcie przybyła starsza pani Bovary. Karol witając ją zalał się nowym potokiem łez. Staruszka próbowała, podobnie jak aptekarz, robić mu niektóre uwagi co do pogrzebowych wydatków. Uniósł się tak dalece że zamilkła, i z polecenia jego poszła nawet zaraz do miasta kupować wszystko czego było potrzeba.
Karol sam został przez całe południe. Bertę zaprowadzono do pani Homais; Felicya była na górze z panią Lefrançois, przy umarłej.
Wieczorem przyjmował odwiedziny. Wstawał, ściskał za rękę nic przemówić nie mogąc, poczem siadali wszyscy w półkole przed kominkiem. Z twarzą zastosowaną do okoliczności, zakładali nogę na nogę, i kiwali nią, wzdychając od czasu do czasu głęboko, a każdy nudził się niepomiernie; nikt jednak pierwszy odchodzić nie chciał.
Homais powróciwszy o dziewiątej wieczorem — ciągle go teraz widziano na placu — przyniósł z sobą zapas kamfory, benzoesu i ziół aromatycznych, oraz naczynie z chlorkiem dla zniszczenia szkodliwych miazmatów. Właśnie Felicya, pani Lefrançois i mama Bovary kręciły się koło Emmy, kończąc ubieranie zwłok, i zapuściły długą sztywną zasłonę, która ją przykryła aż do atłasowych trzewiczków.
Felicya zanosiła się od płaczu.
— Ach! moja biedna pani! moja biedna pani!
— Patrz tylko na nią, mówiła wzdychając oberżystka, jaka jeszcze ładniutka! Przysiągłbyś że zaraz wstanie.
I pochyliły się, żeby jej wieniec włożyć na głowę.
Potrzeba było unieść trochę głowę; wtedy potok czarnego płynu buchnął z ust umarłej.
— Ach! mój Boże! suknia! uważajcie! wykrzyknęła pani Lefrançois. Pomóż nam pan? — mówiła do aptekarza. Czy się pan boisz?
— Ja! bać się? odparł wzruszając ramionami. Właśnie też! Nie takie ja rzeczy widywałem w szpitalu, kiedym się uczył farmakopei! Poncz robiliśmy w sali dyssekcyjnej! Nicość nie przeraża filozofa; nieraz nawet powtarzam że mam zamiar ciało moje zapisać szpitalom, aby jeszcze po śmierci służyć nauce.
Proboszcz przyszedłszy, zapytał jak się ma pan Bovary, a otrzymawszy odpowiedź aptekarza, powiedział.
— Nic dziwnego, cios jeszcze zbyt świeży!
Wtedy Homais winszował mu że nie był narażony, jak wszyscy, na utratę ukochanej towarzyszki; zkąd wywiązała się rozprawa o bezżeństwie księży.
— Albowiem, dowodził aptekarz, nie jest rzeczą naturalną aby się mężczyzna obchodził bez kobiet! Widziano zbrodnie...
— Ależ, mój panie! wykrzyknął duchowny, jakże chcesz aby człowiek żyjący w małżeństwie zachował tajemnicę spowiedzi?
Homais potępiał spowiedź. Bournisien jej bronił: rozwodził się nad restytucyami jakich nieraz się stawała powodem. Przytaczał różne anegdoty o złodziejach, którzy nagle uczciwymi ludźmi zostali. Wojskowi, przystąpiwszy do trybunału pokuty, uczuli łuski spadające im z oczu. We Fryburgu był pastor...
Aptekarz spał. Dusząc się w ciężkiej atmosferze śmiertelnego pokoju, ksiądz Bournisien otworzył okno, co przebudziło jego towarzysza.
Może, tabaczki! rzekł podając mu tabakierkę. To orzeźwia.
Zdaleka słychać było przeciągłe psów szczekanie.
— Jak psy wyją! rzekł aptekarz.
— Utrzymują że psy czują trupa, odrzekł duchowny. Tak jak pszczoły: wylatują z ula, jeżeli w domu kto umrze.
Homais nie zbijał tych przesądów, bo zasnął był powtórnie.
Ksiądz Bournisien, silniejszy, przez jakiś czas jeszcze poruszał ustami, potem niezwłocznie, schylił głowę na piersi, wypuścił swoją grubą czarną księgę i zaczął chrapać.
Siedzieli tak, jeden naprzeciwko drugiego, z brzuchem naprzód wystawionym, twarzą wydętą i pochmurną, po tylu sprzeczkach zjednoczeni jednakową ludzką słabością, tak samo nieruchomi jak trup, którego pilnowali, a który także spać się zdawał.
Karol wszedłszy, nie obudził ich. Było to po raz ostatni. Przychodził ją pożegnać.
Aromatyczne zioła dymiły jeszcze, i kłęby niebieskawej pary łączyły się przy oknie z mgłą z zewnątrz wchodzącą. Kilka gwiazd świeciło na niebie, i noc była dosyć ciepła.
Wosk z gromnic spadał dużemi kroplami na prześcieradła. Karol wpatrywał się w nie, nużąc wzrok blaskiem ich żółtego płomienia.
Zagięcia morowe drgały na atłasowej sukni, białej jak promień księżyca. Zmarła nikła pod nią, i Karolowi zdawało się że, wylewając się na zewnątrz, jednoczyła się niewyraźnie z otaczającemi ją przedmiotami, z nocą, z wiatrem który powiewał, z wilgotnemi woniami, które się w powietrzu unosiły.
To znowu, widział ją w ogródku w Tostes, na ławeczce pod cierniowym płotem, lub na ulicach Rouenu, lub na progu domu, w podwórzu folwarku Bertaux. Słyszał wesołe śmiechy drużbów tańczących pod jabłoniami, pokój przejęty był wonią jej włosów, a suknia jej szeleściła pod jego ręką ze szmerem iskier elektrycznych. Była to ta sama suknia!
Stał tak długo, przypominając sobie w ten sposób wszystkie utracone szczęśliwości, jej postawę, jej ruchy, dźwięk jej głosu. Po jednym żalu, przychodził drugi, bez końca, jak fale wzbierającego potoku.
Zdjęła go straszna ciekawość: powoli, końcami palcy, drżąc cały, podniósł zasłonę okrywającą ukochane zwłoki. Lecz natychmiast wydał okrzyk zgrozy, który tamtych obudził. Odprowadzili go na dół, do sali.
Potem Felicya przyszła powiedzieć że prosił o promień włosów umarłej.
— Utnij go! odparł aptekarz.
A gdy dziewczyna się wahała, przystąpił sam, z nożyczkami w ręku. Ręka mu tak drżała że ukłuł skórę w kilku miejscach na skroni. Wreszcie, pokonywając wzruszenie, zaciął kilka razy na chybił trafił, co powyszczerbiało ten pyszny płaszcz ciemny.
Aptekarz wraz z księdzem powrócili do swych odnośnych zajęć, podrzemując od czasu do czasu, o co się wzajemnie oskarżali po każdem przebudzeniu. Natenczas ksiądz pokropywał pokój wodą święconą, a Homais sypał chlorek na posadzkę.
Felicya przygotowała była dla nich na komodzie butelkę wódki, ser i duży placek. Około czwartej rano, aptekarz upadający ze znużenia, powiedział:
— Prawdę rzekłszy, chętniebym się posilił!
Duchowny także nie był od tego; poszedł odprawić mszę, i niebawem powrócił; poczem zjedli i napili się, żartując po trochu, chociaż nie mieli z czego, zapewne pobudzeni tą bezmyślną wesołością, która zwykła nas ogarniać po smutnych posiedzeniach; a przy ostatnim kieliszku, ksiądz powiedział do aptekarza, uderzając go po ramieniu:
— Jeszcze się kiedyś porozumiemy!
Na dole spotkali przybywających stolarzy. Wtedy Karol, przez całe dwie godziny znosić musiał męczarnię odgłosów młota uderzającego o deski. Potem złożono Emmę do trumny dębowej, którą wpakowano do dwóch drugich; lecz ponieważ ołowiana okazała się być za nadto obszerną, musiano zatykać szpary wełną z materaca. Gdy nakoniec trzy wieka zostały przypasowane, zabite, zalane, wystawiono trumnę przed drzwi; otworzono dom, i ludzie zaczęli się schodzić.
Przyjechał i ojciec Rouault. Zemdlał na placu, zobaczywszy czarny kir.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Flaubert i tłumacza: Ludwika Kaczyńska.