Portrety literackie (Siemieński)/Tom II/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Franciszek Morawski
Pochodzenie Portrety literackie
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1867
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


XVIII.

Powyższe poglądy i roztrząsania utworów Morawskiego nie obejmują jednak znacznéj części jego płodów, bądź rozrzuconych po różnych peryodycznych publikacyach, bądź spoczywających w tece. Najciekawszą częścią jego pism byłyby Pamiętniki, gdyby je był zostawił. Na nieszczęście nie zostawił żadnych, prócz kilku ustępów drukowanych w Przyjacielu Ludu, w Przeglądzie, w Pokłosiu, jak: O pobycie Karpińskiego w Warszawie, jak: Śnadanie u jenerała Dąbrowskiego, lub: Co się działo w wojsku naszém po bitwie pod Lipskiem?. — Ustępy te pełne życia, pełne rysów z natury zdjętych i nowych szczegółów do charakterystyki osób i historyi, zaostrzają smak i każą tém więcéj żałować, że Jenerał, umiejący tak zachęcać innych do spisywania swoich wspomnień, sam tego uczynić nie chciał. Dość mu było tylko to, co opowiadał, np. o W. Ks. Konstantym, rzucić na papier, a zostałaby nieporównana charakterystyka dziwactw tego impetyka. Ci, co mieli sposobność słyszeć opowiadającego Jenerała, pamiętają różne ustępy, między innemi jak W. Książe przyjechawszy z Wiednia do Warszawy i przywiózłszy z sobą muzykę do mszy św., kazał mu we 24 godzin wiersze do niéj ułożyć, — i Morawski rad nierad musiał się do rozkazu zastosować; lub zajście z jenerałem Sierakowskim, które się skończyło na tém że W. Książe rozpłakawszy się, uściskał go; — lub znowu jakaś dowcipna odpowiedź Morawskiego, którą rozbroił gniéw W. Księcia i uwolnił tym sposobem podoficera, skazanego do wymiatania wychodków. Do téj kategoryi anegdot należy przygoda jenerała Antoniego Potockiego, który kupiwszy sobie śliwek, wsypał je do kapelusza stosowanego i tak spotkany z gołą głową na Krakowskiém Przedmieściu, wzięty był przez W. Księcia za pijanego. — Opowiadał nareszcie, jak W. Książe niecierpiał Dybicza, i gdy raz nadeszła wiadomość o wielkiém jego zwycięztwie nad Turkami, on aresztował praporszczyka Pritwitza za to tylko, że był siostrzeńcem Dybicza. Mnóstwo podobnych rysów i anegdot dostarczyłoby wybornego komentarza do piętnastoletnich rządów W. Księcia Konstantego, dotąd prawie przez nikogo nie skreślonych w ten sposób, żeby w nich się odbijała fizyonomia ówczesnego społeczeństwa. Talent pisarski Morawskiego, dar obserwacyi, a przytém sumienność i ścisłość w przedstawianiu tego, na co patrzał, — a mógł wiele i z blizka widzieć, zajmując wysokie wojskowe stanowisko, niemniéj mając wstęp do najwyższych towarzystw, który sobie niepospolitemi zdolnościami, dobrém wychowaniem, zacnym sposobem myślenia i wdzięczny postacią torował, — wszystko to zgoła dawało mu przywiléj odmalowania tych czasów Księstwa Warszawskiego i Królestwa. Jest czego żałować, że tego nie podjął, tylko bogactwo swoich spostrzeżeń i wiadomości rozsypał w listach, — dał ułamki, całości nie objął. Kiedy dziś pisanie pamiętników stało się modą, i nie jeden rwie się do nich, chociaż nie ma żadnego tytułu do zainteresowania nas, ze względu na zajmowaną podrzędną pozycyę, lub zamknięcie się w małém kółku pewnego grona ludzi lub powiatu, tem większy cięży obowiązek na tych, co zbliżeni do źródła spraw, i do głównie działających osób, mogliby powiedzieć wiele rzeczy nowych i ważnych — a pokryli je milczeniem; lub jeżeli wspomnienia swoje powierzyli pismu, odsyłają ich publikowanie późnym pokoleniom. Nieprzeczę, mogą być niektóre względy delikatności dla osób i rodzin żyjących, nakazujące tę ostrożność; atoli z drugiéj strony mam to przekonanie, które mógłbym świeżemi przykładami poprzeć, że zbyt spóźnione ogłoszenia pamiętników i dokumentów, nieprzynoszą téj korzyści, jakąby przyniosły ogłoszone w porę. Jeźli fałszywy sposób widzenia nabroiwszy wiele złego, wyda cierpki owoc — już nieczas go prostować, chyba, żeby tém większy wzbudzić żal, że się błądziło w ciemnościach.
Wracając do Morawskiego, a mianowicie jego pamiętników, tyle obiecujących, mam to przekonanie, że w tym rodzaju byłby literaturę naszą zbogacił najszacowniejszym dziełem.
Jak on ten rodzaj pisania pojmował, można się przekonać z jego listów do Kajetana Koźmiana, w których ciągle nakłania go do spisywania pamiątek życia i radzi trzymać się potocznego stylu, niepomijania anegdot zawierających częstokroć najwybitniejsze rysy i barwy obyczajowe, tém cenniejsze, im każdy rok więcéj je zaciera. Tacytowski sposób pisania historyi, do którego widział Koźmiana skłonnym, wymagałby oprócz znajomości swego czasu, jeszcze i źródłowych studiów, bardzo niedostępnych do epoki upadku Polski; wreszcie studia takie byłyby zbyt wielkim ciężarem dla starca wstępującego w ósmy krzyżyk — forma więc pamiętnikowa, niczém niekrępująca, lepiéj odpowie potrzebie, a oraz dogodzi smakowi czytelników lubiących gawędzenie o starych czasach. Usłuchał namów tych Koźmian i wziął się do spisywania swoich wspomnień, będących dziś wielce szacownym skarbem tradycyi ojczystéj.
Tak tedy czynność Morawskiego nie ograniczała się na swoich własnych pracach; przyjaciół, których talent i charakter wielbił, ciągle pobudzał do nowych dzieł, poddawał pomysły, utrzymywał w ochocie, prostował, przyganiał, podnosił, i cieszył się cudzym utworem, jeżeli zyskał jego uznanie, więcéj, niż najudatniejszym własnym płodem. Nigdy cienia zazdrości z czyjegoś powodzenia lub sławy — przeciwnie entuzyazm lirycznego uniesienia, tryumf radującego się serca, że duch narodu zdolnym jest tworzyć dzieła, dające mu nieśmiertelność. Kiedy mu wpadł w ręce Krasińskiego: Dzień dzisiejszy, nieposiada się ze szczęścia, i pisze: „Myślą nieba, dorosłem sercem całą ludzkość objąłem, czytając te święte wyrazy.“ Co za lot po morzu czasów, z najdalszéj przeszłości w najdalszą, bo przez Boga zapowiedzianą przyszłość. Zdaje mi się że nie człowiek do człowieka, ale Czimborasso woła na Alpy i Himalaje: buchnij wulkanami, ruń na wrogów, zawal łomami zwalisk! Śpiące pod tylu zbrodniani lawy podziemne zbudźcie się, zatrząśnijcie ziemią i cały ten świat szeroki przewróćcie na nicę! Może na drugą stronę przewrócony, coś lepszego urodzi. Powiesz że to już kilkakrotnie Krasiński wyrzekł; ale wybuch serca nowy, ale zastosowanie nowe, ale siła, piorun — wszystko nowe! Ta sama wprawdzie myśl, ale coraz potężniejsza, zolbrzymiała. Wreszcie dla Francuzów i świata, pomysły te zupełnie będą nowemi. Jest to ziarno rzucone, które w tysiące się rozrodzi. Pięknaż to rzecz geniusz, piękniejsza, gdy na tak świętéj postępuje drodze.“
Obok służby wojskowéj zabierającéj tyle czasu, późniéj, obok kłopotów i zatrudnień gospodarskich, zawsze znachodził czas nietylko samemu pracować, lecz jeszcze należeć do jakiéj literackiéj pracy o połączonych siłach. Widzieliśmy jak w nowo utworzoném Królestwie interesował się sceną narodową, i należąc do towarzystwa Iksów (XX), światłemi krytycznemi uwagami wpływał na smak publiczności i na dobrą grę aktorów; jak ówczesne pisma peryodyczne płodami swemi zasilał; jak żywy brał udział w pamiętnéj walce klasyków z romantykami, — jak następnie wspierał leszczyńskiego Przyjaciela Ludu, Przegląd Poznański, wydawany przez Jana i Stanisława Koźmianów; Pokłosie, Dodatek do Czasu, niemniéj inne pisemka, w dobrym kierunku rozszérzające oświatę między wiejskim ludem. Nie uchodziły uwagi jego i dawne, rękopiśmienne prace, wymagające ogłoszenia dla zapełnienia luk w piśmiennictwie; wskazywał je, poddawał. W jednym liście do Jędrzeja Koźmiana tak się odzywa w téj materyi:
„Byłeś w Warszawie; — żałuję żem nie miał czasu pisać ci przed twoją tam podróżą. Trzebaby koniecznie zajrzéć do rękopismów pozostałych po Osińskim. Winniśmy to jego przychylności dla nas, jego talentowi i interesowi krajowemu. Pomnij że już tyle prac poginęło; Matuszewicza, Kruszyńskiego, kasztelana Rzewuskiego i tylu innych. Trzeba o wydaniu zbioru ich choćby przez jaką dozwoloną asocyacyę pomyśleć, bo szkoda niepowetowana. Tyś jako tam mieszkający, i namiętny zbiéracz, powinien tém się zatrudnić, dać piérwszy popęd i uorganizować tenże; bo bez tego próżne zrywanie się i wysiłki. Jeżeli po prostu chciałbyś je tylko do Piotrowic zabrać, to się nic nie uda, i jeszcze uważać to gotowi jako egoistyczne dążenie. Trzeba w każdéj gubernii miejsce na taki zbiór obmyśleć.“
Nigdy prawie Morawski nie lubił sam występować z podobnemi pomysłami, a chociaż był ich autorem, zaszczyt inicyatywy zostawiał innym. Jakże w tém niepodobny do owych projektowiczów, co budzą się z projektem, zwołują narady, układają programa, agitują, zapowiadając wielkie rezultaty, aby nazajutrz z nowym się obudzić, — a wszystko ku wielkiéj chwale człowieka, dniem i nocą zajętego szczęściem publiczném, o czém, ma się rozumiéć, jeżeli nie piszą szeroko gazety, to czwarta ich stronnica pewno nie milczy. Morawski wolnym był od téj słabości. Przekonany, że w cichości najlepiéj rzeczy się robią, podobnie jak cicha jałmużna najprościéj dostaje się do nieba; w rozmowach, w listach poufnych, najwięcéj pomysłów swych zostawił, które, mimo że im zbywało na publice, nie mniéj dostawały się do ludzi, pobudzały do użytecznych przedsięwzięć, a często modyfikowały lub prostowały skrzywione kierunki. Można powiedzieć, iż żaden ruch, żadna dążność nie była dlań obcą, lubo się do niéj bezpośrednio nie mieszał; w czém przypomina Jouberta, przyjaciela Chateaubrianda, który śród największego waru wielkiéj rewolucyi, umiał dla głębszych swych pomysłów i zdań jednać zwolenników i przygotowywać zastęp ludzi mogących przodkować społeczeństwu i nadać mu równowagę. Joubert tylko dla siebie pisał maksymy, — dla drugich miał żywe słowo pogadanki.
Pokrewne poezyi malarstwo miało w nim także miłośnika i znawcę. W jego pojęciu naród, pragnący żyć pełnią ducha, nie powinien zostawiać odłogiem pola sztuk pięknych, mających taki wpływ cywilizacyjny. Nie myślał on téż o wzbudzeniu sztuki, bo ta najlepiéj kiedy jest usposobienie po temu, sama się budzi, — ale spotkawszy piérwszy jéj samodzielniejszy objaw, zainteresował się nim, pragnąc bodaj cząstką poetycznego tchnienia podzielić się z artystą.
W liście do Jędrzeja Koźmiana tak opowiada bytność swoję w pracowni Suchodolskiego w Warszawie, z datą roku 1846. Suchodolski wtenczas był alfą i omegą naszego malarstwa.
„Byłem téż u Suchodolskiego i widziałem jego nowe prace. Trzeci, odmienny nieco zrobił obraz śmierci Czarnieckiego. Zmiany są dobre, a twarz Czarnieckiego najwięcéj zyskała. Tyle mu mówiłem przy pierwszym obrazie, że więcéj poezyi daje końskim głowom niż ludzkim, że teraz nadał dostatecznie wyrazu Czarnieckiemu, a niedość jego koniowi, co poprawić chce i musi. Zrobił także giermka Czarnieckiego z koniem hetmańskim na oddzielnym obrazku. Opowiedziałem mu tę scenę z poematu twego ojca, i bardzo mu się podobała; tak dalece nawet, że gdyby mu była wprzódy znajomy, byłby ją wystawił pędzlem. Szkoda, że wiedząc iż maluje Czarnieckiego, nie byłeś u niego dla dania mu niektórych myśli. Wart, aby z nim dużo o jego sztuce mówiono. Z tejże saméj części naszych dziejów wystawił Kordeckiego broniącego Częstochowy. Kompozycya piękna, to jest całość i szczegóły, wystawność celniejszych osób, grupowanie, myśl każdéj grupie dana, rozmaitość scen, a przecież z jednością przedmiotu zlewająca się naturalnie. W jednéj tylko rzeczy, jak mu mówiłem, uchybił, to jest, że nie wystawił saméj kryzys szturmu, chwili wahania się zwycięztwa, co wzbudzałoby w patrzącym bojaźń o los twierdzy, i tém bardziéj podnosiło interes, wyższe duchowe w widzu życie; lecz obrał chwilę oczywistéj już prawie przewagi nad Szwedami. Zarzucają mu, że muzyki w czasie szturmu nie umieścił w wieży, jak podanie mówi, i Matki Najświętszéj nie ukazał nad świątynią w obłokach; lecz mnie się zdaje, że wówczas wszystkie osoby trzebaby na osóbki drobne, na pszczółki zamienić; chyba, gdyby obraz mógł mieć wielkość browaru piotrowickiego. Malarz zawsze bardziéj jest ściemnionym od poety. Ten z wiersza na wiersz przelatując, krocie mil ubiedz może, wiele lat zająć — malarz zaś musi ograniczyć scenę działania i jednę tylko chwilę uchwycić. Suchodolski ma swoje błędy, zwłaszcza w kolorycie i co do kompozycyi — przecież niedość go cenią, a zwłaszcza niedość kupują. Możni powinniby choć po jednéj scenie historycznéj najsławniejszego z swych antenatów obstalować. Wolą kocz wiedeński, olbrzymie zwierciadło, diamenty dla Jejmości, a dla Jegomości coś gorszego jeszcze. Jakże artysta ma nabierać ducha i kochać się w sztuce, która go nawet wyżywić nie może?“
I nie o samém malarstwie, o całéj literaturze powiedzieć się da to samo. Na wszystko u nas znajdzie się fundusz, tylko nie na książkę, nie na malowidło. Przecież miłość nauk, urok poezyi, nie jest dla nas żadną nowością; nie wychodzimy ze stanu dzikiego, żeby tylko kochać się w błyskotkach i niemi wartość swoją podpierać — a jednak, jednak.... zawsze jedna piosneczka; śpiewają ją białe łabędzie, jak i szare wróble świégocą.
Widzieliśmy jenerała interesującego się staremi książkami, rękopismami, wydawnictwem, malarstwem — późniéj znowu, gdy owionął nas zapał do archeologii, widzę go z jaką uwagą pogląda na każdy zabytek przeszłości, szczególniéj jeżli go znajduje na obcéj ziemi. W r. 1856 dla poratowania zdrowia był w Karlsbadzie, potem pojechał kąpać się w morzu na wyspę Rugię, zkąd za powrotem tak pisał do Stanisława Koźmiana o swoich archeologicznych poszukiwaniach, mieszając jak zwykle wesoły żarcik.
„Latając po lądzie i morzu, wróciłem nareszcie do domu, i wypaliwszy fajeczkę, zabieram się do pisania do Ciebie. Wszyscyśmy zdrowi przywlekli się w progi lubońskie, za zwiększonem przecież gronem familijnem. Przywieźliśmy małpeczkę, źródło niewyczerpane zabawy dla dzieci, a nawet dla starszych, dla wsi całéj. Dzieci pewne, że i ty nie wytrzymasz, i galopem przybiegniesz poznać się z tym cudem świata, i jeżeli szczęście ci posłuży, zaprzyjaźnić się z nim na dobre..... W Putbus zajmowały mię najwięcéj zbierane tradycye o Światowidzie, najsłynniejszym ze wszystkich, lecz mało bardzo dowiedzieć się mogłem. Wszystkie pamiątki zatarł germanizm, czas i chrześcijaństwo. Najwięcéj przecież zniszczył, wysuszył, zamordował z wszystkiego szydzący protestantyzm, co tylko jakąkolwiek było wiarą. Szukałem w Stralzundzie grobu Poniatowskiego, ulubieńca Karóla XII, a stryja króla Stanisława, lecz przez tak krótki czas dopytać się go nie mogłem. Dowiedziałem się wprawdzie i z opowiadania i z ksiąg, o innych osobliwościach, o których wolałbym niewiedzieć, że w mieście pomerańskiem Kamin w kościele ś. Jana pokazują dotąd następne relikwie: pantofel Matki Najświętszéj złotem wyszywany; bat, którym Zbawiciel popędzał osiołka swego przy wjeździe do Jerozolimy — bęben, przy którego odgłosie Izraelici przeszli przez morze Czerwone, i tabakierkę św. Piotra z trochą cudownéj tabaki! Takie to są ślady téj drobnostkowéj monakalnéj religii. Prawda, wszystko jest dobre co naprawia, ulepsza pewne dusze; lecz dla wielu znowu dusz może być szkodliwe, bo budzi reakcyę. W religii wszystko powinno być górne i wielkie, wszystko unosić. Jest to nadto święty kapitał, aby go roztrwaniać na monetę zdawkową.“
Powróciwszy z Putbus, jenerał napisał artykuł o Światowidzie, i wiersz bardzo silny w tymże przedmiocie. Owa małpka wspomniana na wstępie listu, była powodem uciechy dla wszystkich, ale najwięcéj pono dla jenerała, który jako bajkopisarz, tyle o zwierzętach napisał, i lubił je bardzo. Przy wejściu do jego pokoju stała ogromna klatka z liczną rodziną kanarków, często tak szczebioczących, że choć drzwi były zamknięte niepodobna było w pokoju jenerała rozmawiać. Psów w Luboni było zawsze co nie miara. Większych brytanów nie wpuszczano; siadywały więc przed oknami swego pana, wyglądając, rychło twarz ich chlebodawcy wychyli się. Przy stole dwa lub trzy pieski kręciły się wciąż; jenerał karmił je przy każdéj potrawie. Brytan Karo, miał przywilej wchodzenia podczas obiadu, ale musiał pod bocznym stołem siedzieć, gdzie łapał rzucany mu chleb. Dynastya Karów nigdy nie wygasała; gdy jeden zdechł, inny na jego miejsce następował. Z psami tysiączne zawsze figle wyprawiano; czasem były one nawet powodem jenerałowi do dowcipnych wierszy. Zdarzyło się, iż syn jego, będąc w Szmiglu na popasie, widział jak chciano topić biedne szczenie, uratował je od śmierci i zabrał ze sobą do domu. Szczenie wyrosło na psa wcale nieosobliwego; jednak pieszczono go przez pamięć na jego początek, i przezwano niewiadomo dla czego Tekelmanem. W parę lat potem na imieniny syna, napisał jenerał Tekelmanowi wiersz następujący, uwiązawszy mu go u szyi:

Niech i ja także dzień tak miły święcę,
Szczęknę z radości i ogonkiem kręcę;
Bo jakże nie mam w dniu tak drogim skakać,
A raczéj w rzewnéj wdzięczności zapłakać!
Pamiętam bowiem o tym strasznym figlu,
Który los zdradny gotował mi w Szmiglu,
Gdziem miał już zginąć — a tyś się użalił,
I od tych srogich Niemców mię ocalił.
Co — jak z ust mego słyszałem to dziadzi,
I psyby polskie powytępiać radzi.
Może, iż za to ukarać mię chciano.
Że jak w psich dziejach stoi napisano:
Jeden z mych przodków śród hundsfeldskich łanów
Najwiecéj pono pozjadał Germanów.
Licznych on psiarni był w ówczas hetmanem
I ztąd go zwano wielkim Tekelmanem.
Lecz wszystko w świecie gaśnie i upada:
Znikła już pamięć wielkiego naddziada;
A ja, wnuk przez cię litośnie przyjęty,
Przychodzę kornie twoje lizać piety,
Wdzięczność twéj wiernéj psiny ci wynurzyć.
I całe życie na dwóch łapkach służyć.

Ze wszystkich koni, jakie miał w stajni swojéj jenerał najwięcéj lubił Wilczatę, starą klacz, któréj chorobą nieraz martwił się, a gdy zdechła, omal, że nie płakał za nią.
„Najboleśniejsza dla mnie — pisze w jednym liście — Wilczata moja zdycha. Żaden arab nie rozstawał się ze swoim koniem tak smutny, jak ja z nią. Żal mi jéj jako

Staréj sługi i w szkapie przymioty bogatéj,
Bo wreszcie, cóż ja będę znaczył bez Wilczatéj?
Po Wilczatéj mię znają, kiedy po obiedzie
Stare Jeneralisko na wizytę jedzie.
Po Wilczatéj mię znają, kiedy z Karym w parę
Odwożą do spowiedzi moje grzechy stare.
Wlokłem się marząc sobie że gdy zejdę z świata,
Aż do grobu mię moja odwiezie Wilczata.
Tak się to z losem ludzkim wiążą losy szkapie...

Dokończ — bo ja z żalu nie mogę....“
Drobnostki to są, lecz przez nie właśnie przegląda człowiek, nie ów od święta, urzędowy, publiczny, lecz jakim był w codzienném zachowaniu się. Jak każda wyższa indywidualność, tak i Jenerał miał w sobie taki zapas życia, że niém wszystko, co się skupiało około niego obdzielał, ożywiał; ztąd najprozaiczniejsze zatrudnienia, najpowszedniejszy tryb domowy, miał pewien wdzięk, jakąś odrębność od tego, co gdzie indziéj się widzi. Dusza poetyczna nawet w stanie spoczynku swego, jeszcze promieni się. Przeciwnie dzieje się około suchych serc, zamkniętych w sobie; nic się do nich nie zbliża, bo nie czuje siły przyciągającéj; a to co bliskiém jest, martwieje. Cisza, ład symetryczny, wilgotny chłód, woń stęchlizny, zazwyczaj cechują taką pustynię, gdzie mogą mieszkać najzacniejsze osoby — ale poezya życia nigdy nie zagląda....
Bez poezyi życia, niewiem nawet jak można mieć pretensyę nazywać się poetą?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.