Prusak Belizaryusza

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Prusak Belizaryusza
Pochodzenie Nowele z czasów oblężenia Paryża
Wydawca Staraniem S. Szczepanowskiego i A. Potockiego
Data wydania 1898
Druk Drukarnia C. K. Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Antoni Potocki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




PRUSAK BELIZARYUSZA.



Oto opowiadanie, które słyszałem w tym tygodniu w szynkowni w Montmartre. Ażeby je dokładnie powtórzyć, musiałbym posiadać żargon przedmiejski pana Belizaryusza, jego wielki fartuch stolarski i wypić dwa albo trzy hausty tego dobrego wina białego z Monmartre, które zdolne jest nadać akcent paryski nawet Marsylczykowi. Wtedy, jestem pewien, uczulibyście dreszcz w waszych żyłach, tak jak ja go uczułem, słuchając w wesołej kompanii opowiadania Belizaryusza, strasznej, a prawdziwej historyi.


Było to na drugi dzień po ogłoszeniu zawieszenia broni. Moja żona wysłała mnie z dzieckiem na przechadzkę w stronę Villeneuve-la-Garenne w związku z małym barakiem, który posiadaliśmy tam na brzegu rzeki i o którym nie mieliśmy żadnej wiadomości od początku oblężenia. Nie bardzo byłem zadowolony z tego spaceru z malcem. Wiedziałem, że znajdziemy tam Prusaków, a ponieważ nigdy jeszcze nie spotkałem się z nimi oko w oko, bałem się, żeby nie wyszła ztąd jaka historya. Ale matka uparła się przy swoim projekcie:
— Ależ idź! ależ idź! przynajmniej dziecko odetchnie trochę świeżem powietrzem.
Poszliśmy więc obaj wprost przez pola.
Nie wiem, czy był zadowolony dzieciak, zobaczywszy, że są jeszcze drzewa i ptaki i że może brodzić po błotnistej roli. Co do mnie, nie czułem się dobrze, bo za wiele spiczastych kasków było widać na drodze. Od samego kanału aż do wyspy nie spotkaliśmy nic innego. A! zuchwalcy! Trzeba się było powstrzymywać, żeby nie rzucić się na nich.
Ale już nie mogłem opanować swego gniewu, kiedy wszedłszy do Villeneuve, ujrzałem wszystkie nasze ogrody stratowane, drzwi pootwierane i tych bandytów, którzy się w nich rozgościli, wołających na siebie przez okna, suszących swoje wełniane trykoty na naszych żaluzyach, na altanach. Szczęście, że dziecko było przy mnie — ilekroć ręka mi zaswędziła, myślałem sobie, patrząc na nie::
— Uspokój się, Belizaryuszu! strzeż się, żebyś nie ściągnął nieszczęścia na smarkacza.
To tylko wstrzymywało mnie od zrobienia głupstwa. Teraz zrozumiałem, dlaczego matka chciała koniecznie, żebym wziął chłopca ze sobą. B arak, do którego szedłem, znajdował się na skraju okolicy, po prawej stronie, na wybrzeżu. Znalazłem go wypróżnionym od dołu do góry, tak samo, jak inne. Ani jednego sprzętu, ani jednej szyby. Nic, tylko kilka wiązek słomy i na kominku ostatnia noga jakiegoś dużego fotelu. Na każdym kroku czuć było obecność Prusaków, ale nie dostrzegłem ich nigdzie. Jednak posłyszałem, że się coś porusza w suterenach. Miałem tam mały warsztacik, przy którym zabawiałem się w niedzielę robieniem chomontów. Kazałem dziecku czekać, a sam zszedłem na dół.
Drzwi stały otworem, wszedłem. Olbrzymia postać żołnierza Wilhelmowego podnosi się z kupy wiórów i zbliża się ku mnie z oczyma wytrzeszczonemi, sypiąc przekleństwa, niezrozumiałe dla mnie. Zdaje mi się, że to bydlę obudziło się w złym humorze, bo po pierwszem odezwaniu się mojem, Prusak począł wyciągać szablę.
W jednej chwili krew uderzyła mi do głowy. Cała żółć, która zbierała we mnie od godziny, uderzyła mi do głowy... Wyrwałem śrubę z warsztatu i uderzyłem nią... Wiecie, towarzysze, że Belizaryusz ma ciężką rękę zazwyczaj; ale tego dnia, zdawało się, że piorun Boga miałem w pięści... Po jednem uderzeniu mój biedny Prusak zaraz uciszył się i rozciągnął jak długi. Myślałem, żem go tylko ogłuszył. Aha! tak! udała mi się sztuka! nawarzyłem sobie piwa!
Ja, który nigdy w mojem życiu nie zabiłem nawet jaskółki, poczułem się głupio, wobec tego dużego ciała, leżącego przedemną... Ładny blondyn! na honor! z małą bródką, kręcącą się swawolnie, jak wiórki jesionowe. Nogi mi się trzęsły, kiedym patrzał na niego. Tymczasem malec nudził się tam na górze, usłyszałem, jak wołał mnie z całej siły:
— Ojcze! ojcze!
Prusacy przechodzili drogą — widać było ich nogi i szable przez okienko w piwnicy. Nagle przyszła mi straszna myśl do głowy.
— Jeżeli wejdą, dziecko zgubione... obu nas zamordują.
Opamiętałem się, nie drżałem więcej.
Cisnąłem prędko Prusaka pod warsztat, przykryłem go wszystkiem, co tylko mogłem znaleźć: deskami, trocinami, wiórami i pobiegłem po małego na górę.
— Chodź!
— Ojcze, co się stało?... czegoś taki blady?
— Chodź! chodź!
Powiadam wam, że kozacy mogliby mnie w tej chwili potrącać, przewracać, nie opierałbym się wcale. Zdawało mi się ciągle, że idą, że krzyczą na nas. Raz usłyszałem tentent nadbiegającego galopem konia: myślałem, że upadnę z przerażenia. Ale za mostami zacząłem trochę przychodzić do siebie. W Saint Denis zebrało się dużo ludzi. Nie było obawy, ażeby nas złapali w takim natłoku.
Teraz znowu zacząłem myśleć o naszym baraku. Prusacy, znalazłszy tam swego towarzysza zabitego, przez zemstę zdolni byli wszystko spalić, nie mówiąc o tem, że rybak Jaequot, jako jedyny Francuz, który pozostał w okolicy, może mieć grube przykrości od nich za tego trupa w bliskiem sąsiedztwie z jego domem. Doprawdy! nie wypadało ratować się z biedy w podobny sposób.
Powinienem był uprzątnąć go gdzieś przynajmniej. W miarę, jak zbliżaliśmy się do Paryża, tem więcej myśl ta mię dręczyła. Poprostu wstyd mi było, żem zostaw ł Prusaka w piwnicy.
Kiedyśmy doszli do okopów, nie wytrzymałem już i powiedziałem do malca:
— Idź do domu, mały! ja muszę jeszcze wstąpić do gospody w Saint Denis.
Ucałowałem go i zawróciłem się na miejscu. Serce biło mi porządnie! Ale to mniejsza! czułem się spokojniejszym, bo dziecka ze mną nie było.
Kiedy wróciłem do Villeneuve, już się zaczynała noc. Domyślacie się, że wytrzeszczałem dobrze oczy i szedłem noga za nogą. Okolica wydawała się dość spokojną. Barak stał zawsze na swojem miejscu, het na dole, we mgle. Na wybrzeżu rzeki widać było jakiś długi, zwarty szereg — to Prusacy zbierali się na apel. Wyborna chwila, ażeby znaleźć dom pustym. Posuwając się wzdłuż ogrodzenia, spostrzegłem ojca Jacquot, zajętego rozciąganiem swoich sieci w podwórzu. Wbiegłem do naszego domu. Widocznie nie wiedziano jeszcze o niczem. Zszedłem do piwnicy, szukając drogi po omacku. Prusak ciągle jeszcze leżał pod wiórami, ale dwa szczury zajęte już były obrabianiem jego hełmu. Ogarnęło mnie straszne przerażenie, kiedy poczułem, że przykrycie jego głowy się porusza. Na chwilę przypuszczałem, że nieboszczyk odżył... ale nie!... Głowa była ciężka, zimna. Przykucnąłem w kąciku i czekałem, aż wszyscy posną, ponieważ ułożyłem sobie plan w głowie, żeby wynieść ztąd trupa i wrzucić do Sekwany...
Nie wiem, czy skutkiem sąsiedztwa nieboszczyka, ale bardzo smutnym wydał mi się tego wieczoru pobyt Prusaków. Co chwila słychać było głośne trąbienie, powtarzające się trzy razy po trzy: ta! ta! ta! Istne skrzeczenie ropuch! Nie, przy takiej muzyce nie chcieliby zasypiać nasi szeregowcy...
Przez pięć minut słyszałem brzęczenie szabel po ziemi, pukanie do drzwi; następnie żołnierze weszli na podwórze i zaczęli wołać:
— Hoffman! Hoffman!
Biedny Hoffman leżał spokojnie pod kupą wiórków. Ale za to ja najadłem się strachu!
Co chwila oczekiwałem, że się drzwi otworzą i że Prusacy wejdą do piwnicy. Wziąłem szablę nieboszczyka i siedziałem nie poruszając się, i powtarzając sobie w duchu:
— Jeżeli wymkniesz się ztąd szczęśliwie, mój kochany, postawisz wspaniałą świecę świętemu Janowi Chrzcicielowi w Belleville.
W końcu, nawoławszy się napróżno Hoffmana, moi lokatorowie weszli do domu. Słyszałem człapanie ich dużych butów po schodach, a za chwilę cały barak chrapał, jakby jaki wiejski zegar wieżowy. Na to tylko czekałem, ażeby wyjść z kryjówki.
Urwisty brzeg rzeki był zupełnie pusty, światła we wszystkich domach pogaszone. Dobra sprawa! Wracam prędko do piwnicy, wyciągam mego Hoffmana z pod warsztatu, stawiam go, przerzucam sobie przez plecy, jak posłaniec torbę... Ależ ciężki był rozbójnik!... Przytem jeszcze obawa, naczczo od samego rana. Myślałem, że nie będę miał siły dojść. Na samym środku wybrzeża, wydało mi się, że ktoś za mną idzie. Oglądam się — niema nikogo.
To księżyc wschodził...
Idąc, powtarzałem sobie:
— Uważaj, lada chwila warta będzie strzelać!
Dla dopełnienia przyjemności okazało się, że woda w Sekwanie była bardzo niska. Jeżeli rzucę go tuż na brzegu, ugrzęźnie i będzie leżał jak w misce... Schodzę do rzeki... idę coraz dalej... wody ani znaku... Dłużej nie mogłem już wytrzymać... Zdawało mi się, że mam wszystkie członki połamane. W końcu, sądząc, że już odszedłem dość daleko, rzucam mój pakunek... Masz tobie! zaczyna grzęznąć!... Ani sposób ruszyć go z miejsca. Pcham, pcham, no! dalej!...
Na szczęście zerwał się wiatr zachodni. Sekwana zaczęła przybierać. Słyszę, jak mój machabeusz rusza się wreszcie z miejsca. Szczęśliwej drogi! przełknąłem garść wody i pośpiesznie zacząłem powracać na brzeg. Kiedy przechodziłem przez most w Villeneuve, widać było coś czarnego na środku Sekwany. Zdaleka podobne to było do łodzi — to mój Prusak płynął z prądem wody od strony Argenteuil.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: Antoni Potocki.