Przez kraj wód, duchów i zwierząt/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Filochowski
Tytuł Przez kraj wód, duchów i zwierząt
Podtytuł Romans podróżniczy
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
CZŁOWIEK, KTÓRY BYŁ WSZYSTKIEM.

Pociąg parł naprzód, na spotkanie zbliżającej się burzy. Południe znagła pociemniało. Widnokręgi, dotąd w słońcu, w zbożach i w przezroczystym niebie jakby rozpylone, odsunięte w nieuchwytną dal, teraz zbliżały się, ostre już i sine, wyraźną zarysowane pręgą.
Niebawem w blaszane dachy wagonu i w szyby zastukał ziarnisty deszcz. Wzdłuż toru, żółtym gościńcem, kiecki naciągnąwszy na głowy, pod wiatr szły kolorową grupą baby i dziewuchy, na tle burzy tak rodzajowe w barwie i w geście, iż rzekłbyś, że wyszły z ram obrazów, by, jako rzeczywistość, pójść w życie, w świat. Nad złotym jeszcze niedawno dniem burza rozpięła granatową gęstą chmurę. W tem potęgującem się ściemnieniu groza była i urok niesamowity.
Jedyny współtowarzysz mój, jakiś masywny kolejarz, wielkie chłopisko z obliczem, którego barwa zwierzała się o zamiłowaniu olbrzyma do wyskoku, na dźwięk pierwszych kropel deszczu wstrząsnął się, był, jak gdyby poczuł na sobie chłód ulewy, poczem sięgnął za siebie, skąd wyglądała potężna butla z nadużytą już treścią.
— Leje! — szepnął w tonie wyrzutu, ustami przywierając do szyjki szkła. — Leje! Bo ja to jestem wodnik prawdziwy.
— Czemu wodnik? — pytam przez grzeczność, zapatrzony w ocierające się o okna widoki (o, czemuż nie jestem zezowaty, bym mógł jednocześnie z obu stron konsumować wrażenia)!
— Niby czemu? Bo nie znoszę wody. Jakem się upił po raz pierwszy przed dwudziestu pięciu laty, tom dotąd jeszcze nie otrzeźwiał. Jak tu otrzeźwieć, jeżeli człek trzy razy dziennie dobrze musi sobie dziobnąć.
I zamilkł. Ale ja wiem, że nie na długo, że przy pierwszej sposobności westchnie, szepnie coś do siebie — może słówko otuchy — poczem znów wargami dopadnie szklanego ujścia butelki. Przy pierwszym grzmocie, czy też przy pierwszym promyku słonecznym, jeżeli niebo się wypogodzi, on o swojej czynności nie zapomni. Od dwóch godzin, to jest od chwili, kiedym wsiadł do pociągu truskawieckiego, okazja do łyczka, do hauściku nadarzała się co kilka chyba minut. Najwięcej tematu dostarczał upał.
— Ufff, gorąąąco — warknie góra ciała i cmoknie szkło, — Taki już ze mnie suchotnik.
— Czyżby? — dziwię się szczerze, z szacunkiem oglądając rozrost i szerokość ramion rzekomego gruźlika.
— To znaczy, że zasycha mi w gardle. Muszę pić. Wiadomo, taki letnik jak ja...
— Jak to letnik?
— Tak to. W lecie pijam nie mniej, niż zimą. Pocóż miałbym pić więcej? — pytał przekornie, nie mnie chyba, bom mu się nie sprzeciwiał. — Całkiem nie widzę potrzeby. Taki już ze mnie równik.
— Aż równik? — powtarzam machinalnie.
— A tak. Pijam bowiem zarówno w dzień, jak w nocy, zarówno w zimie, jak w lecie. Równość — to moja naczelna zasada.
Przez chmury prześlizgnął się zielony wąż ognia. Za chwilę szyby okna dźwięknęły.
„Równik” wykonał gest zgorszenia i sięgnął za siebie.
— Burza — oświadczył w tonie rewelacji. — Dobrze, że jestem taki woźnica, iż zawsze z sobą wożę sznapsa. Bo czy to człowiek wie, co go czeka? Jeszcze przed kwadransem pogoda, jak miód, a teraz, masz tobie, strzela.,. Śmierci się nie obawiam, ale też i nie jestem specjalnie zainteresowany w tem, by rozstawać się z życiem. Wogóle proszę uważać mię za osobistość bezinteresowną.
— W samej rzeczy?
— Niech pan sam powie — zawołał woźnica, przysuwając się do mnie. — Czy pijaństwo to taki dobry interes? Gdzież tam, mówię panu. Ale pić mogę zawsze, taki już jestem nieprzemakalny. Bo w życiu to bywa tak,
— Niby jak? — sennie podtrzymuję djalog.
— Toż mówię: tak. Tak albo inaczej, ale zawsze bywa. Kiedyś miałem duże nawet przedsiębiorstwo. Fiuuuu! Poszło! I dziś jestem jak ten nie przymierzając bezwodnik węgla.
Posępnie opuścił dymiącą głowę.
— Cóż to za dziwna przenośnia...
— Zupełnie zwykła. Bezwodnik węgla, ponieważ wody nie znoszę, a ten interes, który straciłem, to był właśnie skład węgla,

— Trrruskawiec! — wrzasnął konduktor, gdy pociąg zatrzymał się na gwarnej jakiejś stacyjce.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Filochowski.