<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Przygody Tomka Sawyera
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wyd. 1933
Druk „Floryda“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. The Adventures of Tom Sawyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
Rozwiązanie zagadki

W małem miasteczku nie było jednak takiej radości owego spokojnego popołudnia sobotniego. Harperowie i ciotka Polly, w wielkim smutku i wylewając obfite łzy, przywdziali żałobny strój. Niezwykła cisza ogarnęła miasteczko, którego coprawda nigdy nie można było nazwać hałaśliwem. Mieszkańcy załatwiali swoje sprawy przygnębieni i małomówni, wzdychając często.
Popołudnie sobotnie, wolne od szkoły, było jednak dla dzieci ciężarem. Bawiły się niechętnie, bez zapału, i wkrótce przestały.
Backy Thatcher włóczyła się przez całe po południe smutna po opustoszałym dziedzińcu szkolnym, czując wielką żałobę w duszy i nie mogąc w niczem znaleźć pocieszenia. Powiadała sobie:
— Ach, gdybym przynajmniej miała tę gałkę miedzianą, którą mi dał! Ale nie mam nic, coby mi go przypominało!
I stłumiła ciche łkanie. Potem przystanęła, mówiąc do siebie:
— To było w tem miejscu, Ach, gdyby to się mogło wrócić! Jużbym mu tak nie odpowiedziała, za nic w świecie! Ale on zginął i nie zobaczą go już nigdy, nigdy, nigdy!
Ta myśl tak ją przygnębiła, że odeszła, zalewając się rzewnemi łzami.
Zjawiła się gromadka chłopców i dziewcząt, uczestników zabaw Tomka i Joego. Przystanęli, zaglądali przez sztachety i z największym szacunkiem rozmawiali o tem, co robił Tomek, kiedy go widzieli po raz ostatni, o tem, jak Joe wypowiedział kilka napozór nieznaczących słów (teraz dopiero okazały się one proroczemi!) wskazywali dokładnie miejsce, gdzie stali wówczas zaginieni chłopcy, i dodawali przytem uwagi w rodzaju:
— Ja stałem właśnie tutaj, gdzie teraz, a on stał tam, gdzie ty, tak samo blisko mnie, i uśmiechał się zupełnie tak samo, jak ty teraz. I nagle, przeszedł mię jakiś dreszcz, ach, to było coś strasznego! Nie wiedziałem wtedy, co to ma znaczyć, ale teraz już wszystko rozumiem!
Potem zaczął się spór, kto widział zmarłych po raz ostatni. Niejeden chciał sobie oczywiście przywłaszczyć ten smutny zaszczyt i przedstawiał mniej lub bardziej wiarogodne dowody i zeznania świadków; gdy jednak ostatecznie ustalono, kto naprawdę widział ich ostatni i kto z nimi ostatni rozmawiał, wówczas szczęśliwych zwycięzców otoczyła jakaś aureola wyższości; z podziwem i zazdrością spoglądały na nich inne dzieci.
Jakiś chłopiec nie mając żadnego innego powodu do dumy, oświadczył nagle, pyszniąc się swojem wspomnieniem:
— Wiecie, Tomek Sawyer zbił mnie kiedyś! Ale był to za słaby powód do sławy. Większość chłopców mogła się poszczycić tem samem, przez co wartość takiego odznaczenia zmalała bardzo.
Gromadka ruszyła dalej, snując ciągle z jednakowym podziwem i szacunkiem wspomnienia o zmarłych bohaterach.
Nazajutrz, po skończonej nauce w szkółce niedzielnej, dzwon odezwał się jakimś posępnie uroczystym tonem, nie tak, jak zwyczajnie. Niezwykła cisza panowała tej niedzieli. Żałobne dźwięki harmonizowały z ciszą i zadumą, które spowijały całą naturę.
Mieszkańcy miasteczka schodzili się do kościoła, zatrzymując się w przedsionku, aby poszeptać o wydarzeniu. W samym jednak kościele nie rozmawiano, i tylko szelest sukien pań, zmierzających do ławek, przerywał ciszę.
Nigdy jeszcze kościół nie był tak natłoczony, jak tego dnia.
Początkowo w całym kościele zapanowało zupełne milczenie, w chwili zaś, gdy weszła ciotka Polly z Sidem i Mary oraz rodzina Harperów, wszyscy w ciężkiej żałobie, — cała gmina wraz z pastorem powstała z uszanowaniem i wszyscy czekali stojąc, aż dotknięte żałobą osoby usiadły w pierwszej ławce.
Znowu zapanowała powszechna cisza, wśród której słychać było tylko czasami stłumione łkanie. Potem pastor rozpostarł ręce i zaczął modlitwę.
Wszyscy odśpiewali chórem przejmujący psalm, poczem nastąpiło kazanie na temat: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot“.
Pastor odmalował w swych słowach tak wspaniały obraz cnót, chwalebnego zachowania i niezwykłych uzdolnień zaginionych chłopców, że wszyscy, widząc przed oczyma duszy te wizerunki, uczuli wyrzuty sumienia na myśl o tem, jak uporczywie przymykali zawsze oczy na te niepospolite zalety i dopatrywali się w nieszczęsnych chłopcach samych tylko wad i błędów. Duchowny przypomniał kilka wzruszających wydarzeń z życia chłopców, które wspaniale dowodziły łagodności i szlachetności ich charakterów. Wszyscy przekonali się teraz, jak piękne i zacne były czyny zaginionych, i z rozpaczą uświadamiali sobie, że za życia chłopców wydawały im się najgorszemi psotami, zasługującemu tylko na baty. W miarę tego uczuciowego opisu, wszyscy słuchacze czuli się coraz bardziej wzruszeni, aż wreszcie nikt nie mógł już zapanować nad swemi uczuciami i jeden chór bolesnego szlochu połączył cały kościół, a nawet sam duchowny dał upust swoim uczuciom i załkał na kazalnicy.
Jakiś szmer powstał nagle na galerji, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi: w chwilę później zaskrzypiały drzwi kościoła: pastor odjął chusteczkę od zapłakanych oczu i — znieruchomiał. W kierunku jego wzroku pomknęła wnet druga para oczu, potem trzecia, aż wreszcie wszyscy, jakby tknięci jedną siłą, odwrócili głowy i wlepili osłupiałe oczy w trzech nieboszczyków, maszerujących gęsiego środkiem kościoła: na czele Tomek, za nim Joe, na końcu zupełnie ogłupiały Huck, niby kłębek poruszających się łachmanów. Chłopcy byli ukryci na nieużywanej galerji, gdzie wysłuchali własnej mowy pogrzebowej!
Ciotka Polly, Mary i Harperowie rzucili się na przywróconych im cudem chłopców, dusząc ich, zasypując pocałunkami i wznosząc ku niebu dziękczynne modły. Huck stał przez ten czas na uboczu, z niemądrą miną, zakłopotany, nie wiedząc co z sobą począć i gdzie się ukryć przed oczyma tylu ludzi, z których nikt go nie witał. Po chwili wahania spróbował wymknąć się chyłkiem, ale Tomek spostrzegł to, pochwycił go i zawołał:
— Ciociu Polly, to nieładnie! Ktoś musi się ucieszyć i z tego, że widzi znowu Hucka.
— I stanie się t k! Cieszę się szczerze, że oglądam znowu tego biednego sierotę! zawołała ciotka, ale pieszczoty jakiemi go zasypywała, wystarczyły w zupełności, aby się czuł jeszcze bardziej zakłopotany, niż poprzednio.
W tej chwili kapłan zawołał potężnym głosem:
— Chwała Panu, od którego płynie wszelkie błogosławieństwo! Śpiewajcie! Z pełnego serca!
Wszyscy zaśpiewali. Potężny hymn rozbrzmiał w wielkim napływie uczucia, a pirat Tomek Sawyer rozglądał się dumnie po dzieciach, które patrzały na niego z zazdrością, i uznał w duchu, że była to najwspanialsza chwila w jego życiu.
Kiedy „okpiona“ gmina rozeszła się do domu, każdy przyznawał, że chętnie dalby się jeszcze raz tak okpić, byle usłyszeć wzamian ów piękny hymn, tak podniośle odśpiewany.
Tomek otrzymał tego dnia tyle razów i pocałunków — zależnie od kierunku uczuć ciotki Polly — ile nie dostawał dawniej przez cały rok. I nie wiedział sam, czy jedno czy drugie, wyraża lepiej jej wdzięczność wobec Boga i miłość do niego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: Marceli Tarnowski.