Przygody na okręcie „Chancellor“/XXIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Przygody na okręcie „Chancellor“
Podtytuł Notatki podróżnego J. R. Kazallon
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1909
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Ilustrator Édouard Riou
Tytuł orygin. Le Chancellor: Journal du passager J.-R. Kazallon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXIX.

7 grudnia. Okręt ciągle się zagłębia. Morze podmywa już bocianie gniazdo. Wystawka i przód okrętu skryły się pod falami, jeszcze tylko trzy maszty sterczą nad wodą. Tratwa już jest gotową i naładowaną wszystkiem, co ocalić zdołano. Na przodzie zbudowano rusztowanie, na którem ma stanąć maszt, podtrzymywać go będą liny, przywiązane ze wszystkich stron do pokładu, żagiel małego masztu przyczepiony do rei, może nas popchnie ku lądowi. Kto wie zresztą czy to, co się nie udało »Chancellorowi«, słaba klejonka z desek może dokona. Nadzieja jest tak silnie wkorzenioną w serca ludzkie, że spodziewamy się jeszcze... Siódma rano... Mieliśmy już wsiadać, kiedy nagle okręt tak szybko zatonął, że cieśla i ludzie, zajęci na tratwie, musieli przeciąć linę, ażeby nie być pociągniętymi w otchłań.
Straszliwy niepokój ogarnął wszystkich, albowiem właśnie w chwili, kiedy okręt tonie, ostatnia deska ratunku oddala się od nas. Dwóch majtków i uczeń, straciwszy zupełnie głowę, rzucili się w morze, napróżno starając się walczyć z falami. Wkrótce ujrzeliśmy, że nie dopłyną do tratwy i nie powrócą na okręt, mając przeciwko sobie wiatr i fale. Robert Kurtis okręcił się sznurem i rzucił na ich ratunek. Próżne wysilenie! zanim zdołał do nich dopłynąć, trzej nieszczęśliwi, których dotąd jeszcze widzę, jak bronią się przeciwko zatonięciu, znikli, wyciągając ku nam ramiona. Roberta Kurtis wyciągnięto zupełnie ogłuszonego przez uderzenie pływającego szczątka masztu. Daoulas jednak i majtkowie przy pomocy długich sztuk drzewa, któremi wiosłowali, starali się powrócić na okręt. Po cało godzinnym wysiłku, który nam się wiekiem wydawał, po godzinie, podczas której morze zaczęło zalewać platformy, tratwa oddalona zaledwie o dwa węzły, przybiła do okrętu. Daoulas rzucił linę bosmanowi i przywiązano ją do szczątków wielkiego masztu. Niema ani chwili do stracenia, albowiem gwałtowny wir formuje się nad zapadającym się okrętem i kulki powietrza coraz więcej ukazują się na morzu.
— Wsiadać, wsiadać! — zawołał Robert Kurtis.
Andrzej najprzód dopomógł pannie Herbey, potem sam dostał się szczęśliwie na pokład wraz z ojcem. Po upływie kilku chwil wszyscy wsiedli, wszyscy, oprócz kapitana Kurtisa i starego majtka O’Ready. Robert Kurtis, stojąc na bocianiem gnieździe, nie chce porzucić okrętu, dopóki ten nie zniknie mu z oczów, jest to jego obowiązek, jego prawo. On kocha tego »Chancellora«, dowodzi nim jeszcze, przykro mu więc rozstać się z nim. Irlandczyk został na przedniem gnieździe.
— Siadaj stary — woła na niego kapitan.
— A czy to już okręt tonie? — zapytał uparciuch z najzimniejszą krwią w świecie.
— Przecież widzisz, że woda dosięga już szczytu masztów.
— A więc siadajmy — odrzekł O’Ready, któremu woda do pasa już dostawała i kiwając smutnie głową, wskoczył na tratwę. Robert Kurtis chwilę jeszcze pozostał na bocianiem gnieździe, spoglądając naokoło, potem ostatni porzucił swój statek.
Rył już wielki czas. Odcięto linę i tratwa zwolna się oddaliła. Wszyscy spoglądaliśmy w stronę tonącego okrętu. Najprzód zniknął szczyt przedniego masztu, potem wierzchołek wielkiego masztu skrył się pod wodą i wkrótce nie pozostało nic z pięknego »Chancellora«.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy.