Raj utracony (1902)/Pieśń VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor John Milton
Tytuł Raj utracony
Data wyd. 1902
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Bartkiewicz
Tytuł orygin. Paradise Lost
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PIEŚŃ VII.

Zstąp do mnie z Nieba, Uranio,[1] jeśli
Takie istotnie twe imię; za głosem
Twym boskim idąc, wzniosłem się nad szczyty
Olimpu, wyżej niż skrzydła Pegaza
Unoszą. Wzywam istoty, nie nazwy.
Boś nie z dziewięciu Muz, nie zamieszkujesz
Olimpu: w Niebie urodzona, wprzódy
Nim się zjawiły góry, nim spłynęły
Źródła, tyś Wiecznej Mądrości słuchała.
Mądrość twą siostrą, z nią razem śpiewałaś
Pieśni przed Ojcem Przedwiecznym, którego
Upodobanie zyskały. Przez ciebie,
Gość ziemski do sfer niebieskich wzniesiony,
Empiryjskiemi powiewami śmiałem
Oddychać; tyś je dla mnie łagodziła.
Sprowadź mnie teraz z równem bezpieczeństwa
Do przyrodzonych mi ziemskich żywiołów,
Abym, jak niegdyś Bellerofon[2] śmiały,
(Chociaż on z niższych sfer Nieba) nie zleciał

Ze skrzydlatego dzikiego rumaka
Na Alejańskie pola, by się błąkać
Tam opuszczony. Tylko mi połowa
Niedośpiewana została, lecz w węższych
Granicach dziennej i widomej sfery;
Stojąc na ziemi, nie ponad bieguny
Uniesion, pewniej głosem śmiertelnika
Będę opiewał, nie niemiejąc, ani
Nie chrzypnąc, choć mi tu śpiewać przychodzi
W złych czasach i wśród języków złośliwych.
Gdym ociemniały, zewsząd otoczony
Niebezpieczeństwem, samotnością, jednak
Nie sam, bo ty mnie w nocnych snach nawiedzasz,
Lub gdy poranek barwi wschód purpurą.
Kieruj mym śpiewem nadal, Uranio!
I daj słuchaczów godnych, choć niewielu;
Ale odemnie oddal barbarzyńską
Wrzawę Bachusa i jego czcicieli,
Potomstwo owej zgrai, co rozdarła
Piewcę trackiego w Rodopie:[3]tam lasy
I skały, zdjęte zachwytem, słuchały,
Dopóki hałas dziki nie zagłuszył
Harfy i śpiewu; nawet nie zdołała
Muza obronić swego syna. Ty więc
Nie opuść tego, co cię czci i wzywa,
Boś ty niebiańska, a tamta czczą marą.
Opowiedz, boska, dalszy przebieg rzeczy,
Kiedy Rafael, uprzejmy Archanioł,
Ostrzegł Adama, by go straszny przykład
Nauczył, jak się chronić przeniewierstwa,

Aby, co w Niebie odstępców spotkało,
Nie spadło w Raju na Adama, albo
Na jego plemię, gdyby przekroczyli
Jedyny nakaz: nietykanie drzewa
Wyłączonego. A to posłuszeństwo
Tak łatwe pośród tylu rozmaitych
Owoców smacznych, które mogą nawet
Najwybredniejsze gusta zadowolić!
Adam i jego towarzyszka Ewa
Z wielką uwagą, podziwem, zadumą
Opowiadania słuchali o rzeczach
Tak osobliwych a tak wzniosłych, które
Ich wyobraźni siłę przechodziło:
Nienawiść w Niebie i wojna toczona
Tak blisko miru Bożego i wiecznej
Błogości! Lecz złe niebawem wyparte,
Jak potop spadło na tych, z których wyszło,
Nie mogąc mieszać się ze szczęściem wiecznem.
Wkrótce więc stłumił Adam niepokoje,
Jakie mu wzrosły w duszy, i bezgrzeszny
Zapragnął poznać to, co bliżej mogło
Jego dotyczyć: jaki tego świata,
Nieba i ziemi początek? dla czego,
Kiedy i z czego stworzony? co było
W Edenie, co za granicami jego
Wprzód nim zasięga swą pamięcią Adam?
Jak ten, co ledwo ugasił pragnienie,
Już na bieżący strumień zwraca oczy,
Szmer jego nowe w nim pragnienia budzi —.
Tak Adam znowu gościa zaczął pytać:

»Wielkie i w naszych uszach pełne cudów
Opowiedziałeś sprawy, bardzo różne
Od spraw naszego świata, z Nieba dany
Nauczycielu, byś nas ostrzegł wcześnie
Przed tem, co mogło stać się zgubą naszą
Przez niewiadomość, bo umysł człowieka
Nigdyby tego osiągnąć nie zdołał.
Bezgranicznemu Dobru wielkie dzięki
Winniśmy za to; Jego ostrzeżenie
Wdzięcznie przyjmujem z uroczystym ślubem
Niezmiennie pełnić Jego świętą wolę,
Jako cel życia. Lecz gdy już raczyłeś
Nam ku nauce łaskawie udzielić
Tych wiadomości o rzeczach nadziemskich,
Które choć w części wiedzieć powinniśmy,
Gdy się tak Boskiej Mądrości wydało,
Zechciej na teraz zstąpić nieco niżej,
I opowiedzieć rzeczy, których wiedza,
Być może, równą korzyść nam przyniesie.
Jaki początek Nieba wysokiego,
Ozdobionego temi ruchomemi
Niezliczonemi ogniami, i tego
Powietrza, które, lekkie, wszędzie wnika,
Kwitnącą ziemię zewsząd obejmuje?
Co Stworzyciela w jego świętym bycie,
W spokoju poprzez wieczność nieskończoną,
Skłoniło do tak późnego stwarzania
W Chaosie? A gdy zaczął budowanie,
W jakim dokonał go czasie? Jeżeli
Wolno to wiedzieć, racz nam wytłómaczyć.

Pytamy nie dla śledzenia tajemnic
Jego wiecznego państwa, ale raczej
Dla tem większego wielbienia dzieł boskich,
Gdy je dokładniej poznamy. A wielkie
Światło na niebie ma jeszcze przed sobą
Znaczny tor, chociaż już się na dół chyli;
Wstrzymaj je swoim dzielnym głosem, może
Usłyszy, zwolni bieg swój, by z ust twoich
Dowiedzieć się o swojem pochodzeniu,
I o Natury całej narodzinach
Z niewidzialnego Chaosu. Lub jeśli
Gwiazda wieczorna i księżyc pośpieszą,
Noc przyprowadzi Ciszę, by cię słyszeć,
Sen się czuwaniem stanie, lub wygnany
Będzie, dopóki nie ukończysz pieśni,
Lub póki cię świt ranny nie odwoła.«
Tak Adam błagał dostojnego gościa,
A Anioł boski odrzekł mu łagodnie:
«I tej twej prośbie, tak skromnie stawionej,
Zadość uczynię; choć, by opowiedzieć
Dzieła Wszechmocnej ręki, czy wystarczy
Mowa Serafa, czy ją umysł ludzki
Ogarnąć zdoła? Ale ci udzielę
Takich objaśnień, jakie pojąć zdołasz,
A ja słowami określić potrafię
Na chwałę Stwórcy i na powiększenie
Szczęścia twojego; takie polecenie
Dano mi z góry, bym w pewnych granicach
Czynił zadosyć twojemu pragnieniu
Wiedzy; poza tem, co powiem, nie pytaj

I nie przypuszczaj, ażebyś własnemi
Mógł pomysłami odkryć tajemnice,
Które Pan świata Wszechwiedny, Wszechmocny,
Osłonił nocą, jakiej nikt na ziemi,
Ni w Niebie, nigdy przeniknąć nie zdoła.
Ale i tak wam dość się pozostaje
Do poznawania. Wiedza jest jak pokarm:
Z umiarkowaniem jeść trzeba, a wiedzy
Zasięgać tyle, ile umysł zniesie:
Przeładowanie natychmiast zamienia
Mądrość na głupstwo, jak pokarm w zgniliznę.
«Wiedz zatem, że gdy spadł z Nieba Lucyfer
(Tak zwany niegdyś, że wśród wojsk Aniołów
Jaśniejszem światłem błyszczał, niźli gwiazda,
Co nosi jego imię wśród gwiazd grona),
Z płomieniącemi legiami swemi
Runął przez otchłań do Piekła, a wielki
Syn Boży wrócił zwycięski, na czele
Aniołów, Ojciec Wszechmocny Przedwieczny
Ze swego tronu, ujrzawszy ich tłumy,
Takiemi słowy przemówił do Syna:
««Nakoniec zwiódł się wróg zazdrością zdjęty;
Sądząc, że wszyscy jak on buntownicy,
Chciał z ich pomocą nas pozbawić tronu,
Pochlebiał sobie, że siłą zdobędzie
Tę niedostępną, wysoką warownię,
Stolicę Bóstwa Najwyższego: wielu
Oszukał; dla nich już tu miejsca niema,
Ale daleko większa część, jak widzę,
Została wierną. Niebo, jeszcze ludne,

Może zapełnić swe obszerne państwa,
A tej świątyni wysokiej należną
Zapewnić służbę i święte obrzędy.
By nieprzyjaciel jednak się nie cieszył
Ujmą spełnioną, i głupio nie mniemał
Że mi zaszkodził i wyludnił Niebo,
Mogę nagrodzić stratę poniesioną,
Jeśli jest stratą ten, co się sam stracił,
W tej chwili stworzę świat inny, z jednego
Człowieka całe plemię niezliczone,
Tam będą mieszkać, nie tu, aż stopniami
Zasługi sami sobie do sfer Nieba
Otworzą drogę, długiem posłuszeństwem
Wypróbowani; i stanie się Ziemia
Niebem, a Niebo Ziemią, naszem państwem
Jednem, radością i zgodą bez końca.
Teraz, Potęgi niebiańskie, użyjcie
Swobody, wczasu, a Ty, moje Słowo,
Jednorodzony Synu, przez którego
Wszystko to sprawię, rzeknij, wraz się stanie!
Z tobą posyłam moc swoję i Ducha,
Co wszystko garnie pod cień swej opieki.
Idź! rozkaż głębi; niech będą granice
Ustanowione dla nieba i ziemi;
Głębia bez granic, bo ja jestem, który
Sam nieskończoność zapełniam; a przestrzeń
Nie pusta, chociaż nieograniczony,
Jam się usunął bez aktu dobroci,
Która dowoli stwarza, lub nie stwarza.

Traf i konieczność nie mają przystępu
Do mnie: co ja chcę, to jest przeznaczeniem.»»
«Tak rzekł Wszechmocny, i wraz Jego Słowo,
Synowska Boskość czynem zamieniła.
Bo czyny boskie są natychmiastowe,
Prędsze niżeli czas, ruch, lecz dla człeka
Potrzebna czynność mówienia z tą miarą,
By je pojęcie ziemskie mogło schwytać.
«Wielki był tryumf i wesele w Niebie,
Gdy usłyszano taki dekret boski,
Śpiewano głośno chwałę Najwyższemu,
A ludziom przyszłym pokój, dobrą wolę.
««Chwała niech będzie Temu, co karzącą
Prawicą słusznie wypędził bezbożnych
Z przed swoich oczu i z mieszkania świętych.
Chwała niech będzie i cześć Temu, który
W mądrości swojej zarządził, by dobro
Ze zła wzrastało, a gdy na wygnanie
Skazał szkodliwe duchy, lepszym rodem
Zapełni pustą przestrzeń, aby stamtąd
Rozpostrzeć dobroć swoję na bezmiary
Światów bez końca i wieków bez końca!»»
«Tak chór Aniołów. Tymczasem Syn Boski
Do swego dzieła wielkiego przystąpił,
W wszechmoc odziany, w promiennej koronie
Nieskończonego majestatu Boga,
Świecąc mądrością, miłością niezmierną,
I pełnym Ojca swojego obrazem.
Dokoła jego rydwanu stanęły
Tłumy Cherubów, Serafów, Niebieskich

Potęg i Książąt, Cnót, Duchów skrzydlatych,
Wozów skrzydlatych ze zbrojowni Boga.
Tam ich od wieków stoją miryady
Między górami dwiema śpiżowemi,
Pojazdy zdobne, w zaprzęgu, gotowe
Na uroczysty dzień w Niebie, a teraz
Przybyły same z siebie, w nich był żywy
Duch na usługi Panu swemu. Niebo
Szeroko bramę wieczną otworzyło,
Złote zawiasy harmonijnym dźwiękiem
Rozbrzmiały w koło, czyniąc wolne przejście
Królowi Chwały, co szedł w swem potężnem
Słowie i Duchu nowe stwarzać światy.
Stali na krańcu Nieba, i widzieli
Niezmierną, pustą i głęboką przepaść.
Wrzącą jak morze, ciemną, czczą i dziką;
Szalone wichry wznosiły bałwany
Wielkie jak góry, szturmujące Niebo,
Jak gdyby biegun z środkiem zmieszać chciały.
««Wy, zapienione fale! ucichnijcie,
I ty, Otchłani, zamilcz!»» rzekło Słowo
Wszechtwórcze, ««koniec tej rozterce!»»
I uniesiony na Cherubów skrzydłach
W blasku Ojcowskim zstąpił do Chaosu.
Do świata, który postanowił stworzyć.
Chaos usłuchał rozkazu: za Słowem’
Postępowali Anieli w świetlanym
Pochodzie, pragnąc oglądać tworzenie
I cuda jego potęgi. Stanęły
Wartkie rydwanu koła; On wziął w rękę

Cyrkiel złocisty, w skarbcu bożym wiecznym
Przygotowany do mierzenia świata
I wszystkich rzeczy stworzonych na świecie,
Postawił jedne nogę cyrkla w środku,
Drugą obrócił wkoło czarnej głębi
Ogromnej, i rzekł: ««Dotąd, nowy świecie,
Rozciągaj szranki, to są twe granice.
Twój obwód!«« Tak Bóg tworzył Niebo,
Tak ziemię, puste, niekształtne tworzywo.
Gęste ciemności okrywały przepaść,
Lecz nad wodami rozpostarł Duch Boży
Zapładniające skrzydła, tchnął ożywczą
Siłę i ciepło życia w płynną massę,
Osadził na dno piekielne zaczyny,
Czarne i zimne, nieprzyjazne życiu;
Tworzył i łączył jednorodne ciała,
Inne rozdzielił w rozmaite miejsca,
A między niemi rozciągnął powietrze,
I ziemię na jej środku w równowadze
Stałej zawiesił. ««Niech się stanie światło!««
Rzekł Bóg, i zaraz światło eteryczne,
Najpierwsze z rzeczy, ich treść jasna, czysta,
Wynikło z głębi, z rodzinnego wschodu,
Przez mgłę powietrzną przenikać zaczęło
Z promieniącego obłoku, bo słońca
Nie było jeszcze; przebywało wtedy
W namiocie chmury. I ujrzał Bóg światłość,
Że była dobra. I światłość przedzielił
Według półkuli od ciemności: światło
Dniem nazwał, ciemność Nocą. Stał się wieczór

Stał się zaranek, dzień jeden. Nie minął
Bez uroczystych obchodów i śpiewów
Chórów anielskich, gdy od wschodu pierwsze
Światło ujrzeli, mrok rozpraszające:
Nieba i Ziemi urodziny. Okrzyk
Radości wzniósł się w próżnym kręgu świata,
Rozbrzmiały harfy złote, z niemi hymny,
Wielbiące Boga w jego dziełach. Stwórcy
Chwałę śpiewali w ten wieczór i ranek.
«I rzekł Bóg: ««Niech się stanie utwierdzenie
Między wodami, i niechaj przedzieli
Wody od wód!«« I Bóg uczynił przedział,
Przestwór płynnego, czystego eteru
Rozpostartego w koło aż do sklepień
Kręgu wszechświata — przedział stały, pewny,
Wód w głębi od tych, co są w górnych sferach;
Bo jako ziemię zbudował, tak cały
Świat: wodą cichą, płynącą otoczył,
Ogromnem morzem kryształowem, jasnem,
Odpierającem burzliwe napaści
Chaosu, aby wciąż spotykanemi
Przeciwnościami rozżarty, nie zniszczył
Całej budowy: i to utwierdzenie
Bóg nazwał Niebem. Tak wieczór i ranek,
Dzień wtóry witał śpiewem chór Aniołów.
« Ziemia stworzona była, ale jeszcze
W łonie wód, jako owoc niedojrzały,
Ukryta; nad jej powierzchnią ogromny
Ocean toczył fale; nie napróżno,
Bo płodotworną, ciepłą wilgocią rozmiękczał

Krąg ziemi, wielką matkę nasycając
Zapładniającym rozczynem. I rzekł Bóg:
««Niechaj się zbiorą teraz wody wszystkie,
Które pod niebem są, na jedno miejsce,
A niech się sucha ukaże!«« Natychmiast
Wyrosły z ziemi góry, jak olbrzymy,
Karki szerokie i nagie wznoszące
W chmury, szczytami sięgające nieba.
A jak wysoko wzdęły się gór grzbiety,
Tak nisko dno wód szerokie, głębokie,
Opadło, tworząc łożysko dla morza.
Tam wody biegły z wesołym pośpiechem,
Wijąc się w kule, nakształt kropli wodnych,
Kiedy się toczą po spylonej ziemi;
A inne rosły w kryształowe mury,
Z pośpiechu, albo w filary, bo szparkim
Falom pośpieszać zlecił rozkaz Boży.
Jak na głos trąby wojska (bo o wojskach
Słyszałeś) biegną pod znane sztandary.
Tak wód gromady, bałwan za bałwanem,
Szukały drogi, spadając szalenie
Z opok, łagodnie spływając w równinach.
Ni im się skała, ni góra oparła:
Wody pod ziemią znajdowały drogę,
Lub wężowato obchodząc dokoła,
Lub w mokrym szlamie żłobiąc łatwo nowe
Łożyska, nim Bóg kazał oschnąć ziemi
Wszystkiej, prócz owej, która wybrzeżami
Dotyka rzek, z nich czerpiąc wilgoć stałą.
Nazwał Bóg suchą Ziemią, a zebranie

Wód nazwał Morzem. I widział, że było
Dobre. I rzekł Bóg: ««Niechaj zrodzi Ziemia
Ziele zielone, dające nasienie,
I drzewo owoc czyniące, a według
Rodzaju swego mające nasienie
Na ziemi w sobie samem.»» Ledwie wyrzekł,
Ziemia, aż dotąd pusta, nieozdobna,
Puściła miękką trawę i zielenią
Miłą okryła swą powierzchnię; wkrótce
Wyrosły zioła z rozmaitym liściem,
I wraz zakwitły, zdobiąc ziemi łono
W przeróżne barwy, i roniąc woń słodką.
Ledwie przekwitły, już krzew winny dźwiga
Gron brzemię, wonny zatacza się melon,
Źdźbła zboża stoją natłoczone w polu;
Krzaki plątają kędzierzawe włosy,
Wreszcie, jak w tańcu, drzewa okazałe
Powstały, szerząc dokoła gałęzie
Pełne owoców, albo nasadzane
Pączkami kwiatów, jakby klejnotami.
Wysokie drzewa uwieńczyły wzgórza,
Krzewy pokryły zaciszne doliny,
Obręby źródeł i długie rzek brzegi.
Ziemia podobną się stała do Nieba,
Mogły w niej mieszkać bogi, lub ją zwiedzać,
Chętnie przebywać w poświęconych gajach.
Choć Bóg nie spuścił dotąd jeszcze deszczu
Na Ziemię, ani do uprawy człeka
Nie było, jednak mgła wilgotna stale
Z gruntu wznosiła się i napawała

Ziemię i każdą na polu roślinę,
Które Bóg stworzył wprzód nim były w ziemi,
I każde ziele wprzód nim na łodydze
Wyrosło. Widział Bóg, że było dobre.
Wieczór i ranek wielbiły Dzień trzeci.
I rzekł Wszechmocny: ««Niech się staną światła
Na rozpostarciu Nieba, niech przedzielą
Od nocy dzienną porę, niechaj będą
Na znak pór roku, zmiany dni i lata;
Aby jaśniały, jako przykazałem,
Na utwierdzeniu Nieba, oświecając
Ziemię!»» Stało się tak, i Bóg uczynił
Dwa wielkie światła (wielkie swym pożytkiem
Dla ludzi), światło większe, by rządziło
Dzień, a mniejsze noc, na przemiany; stworzył
Gwiazdy, umieścił je na utwierdzeniu
Nieba, ażeby świeciły nad ziemią,
Żeby rządziły dzień i noc, ciemności
Odgraniczały od światła. Widział Bog,
Gdy rozpatrywał swoje wielkie dzieło,
Że było dobre. Z ciał bowiem niebieskich
Pierwsze utworzył słońce, wielką kulę,
Ciemną z początku, choć z eterycznego
Pierwiastku, potem ukształtował księżyc
Kulisty, gwiazdy rozlicznej wielkości
I niemi obsiał niebo, jakby ziarnem pole.
Światła część większą przeniósł ze skarbnicy
Swojej obłocznej, i umieścił w tarczy
Słonecznej, którą zrobił porowatą.
Ta nasiąknęła owem płynnem światłem,

Massę promieni zebrawszy, stała się
Wielkim pałacem światła. Jak do źródła
Tu wszystkie inne gwiazdy wciąż przychodzą,
I w złote swoje urny biorą światło;
Tu złoci ranna planeta swe rogi;
A ubarwianiem lub odbiciem wszystkie
Zwiększają szczupły zasób swej jasności,
Co jeszcze mniejszym przez to wam się zdaje,
Że nań patrzycie z dalekiej przestrzeni.
Naprzód na wschodzie zjawił się krąg świetny,
Władca dnia, zaraz horyzont dokoła
Ubrał w promienie jasne, i ochoczo
Rozpoczął drogę przez niebios sklepienie;
O szarym świcie zatańczyły przed nim
Plejady, roniąc wpływ słodki. Naprzeciw,
Z zachodu, z mniejszym blaskiem wpłynął księżyc
Zwierciadło słońca, pełną tarczą czerpał
Od niego światło, w takiem położeniu
Nie potrzebując innego, i zawsze
Tak pozostając do nocy, z kolei
Świeci od wschodu, zwraca się na osi
Wielkiej niebieskiej, i wespół z tysiącem
Tysięcy innych mniejszych gwiazd, króluje
Na półokręgu nieba. Gdy raz pierwszy
Ich jasne światła wzeszły na sklep nieba
I po raz pierwszy zaszły, uroczyście
Wieczór i ranek wieńczyły Dzień czwarty.
Rzekł też Bóg: ««Niechaj płaz wywiodą wody
Obficie płodny, żyjące stworzenie;
Ptactwo nad ziemią niech rozwija skrzydła

Pod wolnem, jasnem nieba utwierdzeniem,
I stworzył też Bóg wieloryba, wszystkie
Stworzenia, co się czołgają, pływają,
Co woda rodzi według ich rodzaju
I wszelkie ptactwo, w przeróżnych rodzajach.
Widział, że było dobre. Błogosławił
Mówiąc im: ««Rośćcie i rozmnażajcie się,
Mórz, rzek i jezior wody napełniajcie,
I ptactwo niechaj się mnoży na ziemi!»»
Natychmiast morza, cieśniny, zatoki
Nieprzeliczonym zarybkiem się roją,
Z płetwami, w łusce błyszczącej pływają
W falach zielonych tak gromadnie czasem,
Że tworzą ławy i tamy wśród morza.
Czasem samotne, znów inne parami
Pasą się trawą morską, mknąc przez lasy
Korali. Inne w wesołej igraszce
Zabłysną w słońcu ubiorem złocistym,
A jeszcze inne w perłowej pokrywie
Czekają na karm mokrą, lub pod skałą
W pancerzu z łuski na swój łup czyhają.
Na brzegu morskim igrają delfiny
Zwinne i foki. Znów inne, budowy
Potężnej, ciężko się toczą przy brzegu,
Albo ocean wzburzają swym ruchem.
Tam lewiatan,[4] największe z żyjących
Stworzeń, na falach leży rozciągnięty,
Niby przylądek, a gdy płynie, zda się
Ruchomym lądem, skrzelami pochłania
I paszczą zionie całe morze wody.

Ciepłe jaskinie, mokradła, wybrzeża
Liczne stworzenia wylęgają z jajek,
Które pęknięciem lekkiem uwalniają
Nieopierzone pisklęta; te wkrótce
Porosłszy w pierze i zdobywszy skrzydła,
Wzgardzają ziemią, i z śpiewem radośnym
Wzlatują śmiało w podobłoczne szlaki.
Orzeł i bocian zakładają gniazda
Na skałach, albo na cedrów wierzchołkach;
Ów rodzaj błąka się po okolicy,
Inne, zmyślniejsze, formują się w kliny,
Świadome pory roku, drogę górną
Torują sobie ponad morza, lądy;
Miejsce zmęczonych zastępują inne,
Mocniejsze w skrzydłach. Tak żóraw roztropny
Co rok w podróży, wiatrami niesiony.
Tam gdzie ich klucze kierują lot chyży,
Od ruchu licznych skrzydeł wiatr się zrywa.
Drobniejsze ptaki skaczą po gałęziach,
Radują lasy rozkosznem śpiewaniem,
Migając barwnem skrzydłem aż do zmroku.
Cichną natenczas: jeden tylko słowik
Urocze pienia szerzy przez noc całą.
Inne na rzekach i jeziorach srebrnych
Kąpią puszyste piersi; dumny łabądź
Zgiąwszy w łuk szyję, skrzydłami białemi
Wpół otulony jak płaszczem, z godnością
Płynie po falach wiosłowatą nogą.
Czasem porzuca wody i w przestrzenie
Średnie powietrza mknie silnemi skrzydły.

Inne po ziemi chodzą: grzebieniasty
Kogut, którego pianie, jak głos trąbki,
Przerywa nocną ciszę, ówdzie drugi,
Z gwiaździstem okiem, ma ogon wzorzysty
Z barwami tęczy. Tak wody rybami,
Powietrze ptactwem, gdy się napełniły,
Wieczór i ranek wielbiły Dzień piąty.
«Szósty, ostatni nastał Dzień Stworzenia,
Witany dźwiękiem harf rano i wieczór:
Rzekł Bóg: ««Niech zrodzi ziemia duszę żywą,
Bydło, zwierzęta nieme i pełzacze
Według rodzaju swego.»» I natychmiast
Posłuszna Ziemia płodorodne łono
Otwarła i świat cały napełniła
Niezliczonemi żywemi tworami
W kształcie i członkach już doskonałemi,
Wzrostu pełnego. Wyszedł z niej zwierz dziki
Jak z legowiska swego; jedne z boru,
Inne z zarośli, krzaków, jaskiń, stepu,
Jak ich obyczaj; parami szło dalej
Bydło na pola i łąki zielone,
Lub pojedynkiem, lub pasło się w stadach.
Obfitowały w strawę płodne niwy.
Nawpół wysunął się z ziemi lew płowy:
Drapie przedniemi łapami, by tylną
Część oswobodzić: jednym rzutem skacze,
Jakby się urwał z więzów, pełza,
Pstrą potrząsając grzywą. Lampart, tygrys,
I ryś, jak krety, kopiąc się, z wzruszonej
Ziemi sypały wzgórki, jeleń szybki

Wysuwał z ziemi gałęziste czoło;
Największy z zwierząt lądowych, behemot,[5]
Z trudem dobywał na wierzch ciężkie członki;
Becząc wełniaste trzody wyrastały
Jak zielsko; wespół ląd i wodę
Zamieszkujące: koń morski, krokodyl,
Łuską okryty; nareszcie wypełzły
Z ziemi owady i robaki wszystkie.
Te szybko trzęsą wachlarzykowate
Skrzydełka, a ich drobne członki strojne
Przepychem lata, suknią nakrapianą
Złotem, purpurą, błękitem, zielenią;
Te jak linie, wyciągnięte, pełznąc,
Siad zostawiają falisty na piasku.
Nie wszystkie małe; z wężowatych rodu
Niektóre dziwnie długie i rozrosłe,
Zaopatrzone w pierścienie do chodu,
W skrzydła do lotu. Tam oszczędna mrówka
Lezie, o przyszłość zabiegliwa, w szczupłem
Ciele ukrywa wielkie serce, może
Za wzór równości sprawiedliwej służyć,
Gdy jej plemiona w gminy się połączą.
Tu się pojawia pszczoła wyrojona,
Co leniwego swego męża żywi,
Z wosku buduje komory i miodem
Zapełnia. Reszta niezliczone tłumy;
Znasz ich naturę, dałeś im nazwiska,
Nie potrzebuję ich teraz przytaczać;
Znany ci także wąż, najprzebieglejszy
Ze wszystkich zwierząt w polu, bywa czasem

Wielki rozmiarem, z wejrzeniem spiżowem
I grzywą straszną, ale nieszkodliwy
Tobie, przeciwnie, rozkazu usłucha.
«Teraz jaśniało niebo w pełnym blasku,
Tocząc się trybem pierwotnie nadanym
Ręką wielkiego Stwórcy. Ziemia strojna,
Lśniła weselem; powietrze i wody
I lądy pełne ptactwa, ryb i zwierząt,
A wszystko lata, pływa, kroczy. Jednak
Coś brakowało jeszcze na dzień szósty:
Celu wszystkiego brakło, arcydzieła;
Istoty, coby niezgięta ku ziemi
I nie zwierzęca, jak inne stworzenia,
Lecz uświęcona rozumem, postawy
Podniosłej, prostej, z czołem rozjaśnionem,
Rządziła resztą z samowiedzą, godna
Przez swą szlachetność obcowania z Niebem,
Ale i wdzięcznie uznająca źródło
Obdarowania swego, tam zwrócona
Głosem, oczami, czcią i pobożnością,
Wielbiąca Boga Najwyższego, który
Zrobił ją panem wszystkich tworów swoich.
Zatem Wszechmocny Wieczny Ojciec, wszędzie
Obecny, tak rzekł w głos do Syna swego:
««Uczyńmy człeka na wyobrażenie
I podobieństwo nasze, przełożony
Niech będzie rybom, ptactwu i zwierzętom,
W morzu, w powietrzu i na wszystkiej ziemi,
Nad wszelkim płazem, który na niej pełza.»»
To rzekłszy stworzył ciebie, o Człowieku!

Ciebie Adamie, z mułu ziemi, tchnąwszy
W oblicze twoje dech żywota, ciebie
Na podobieństwo własne stworzył, to jest,
Na podobieństwo Boga, i zostałeś
Duszą żyjącą. Stworzył cię mężczyzną,
Za towarzyszkę dał niewiastę, aby
Ród wasz się krzewił. I pobłogosławił
Bóg rodzajowi ludzkiemu, i mówił:
««Rośćcie, mnóżcie się, napełniajcie ziemię,
Czyńcie ją sobie poddaną, panujcie
I nad rybami morza, i nad ptactwem
Powietrznem, i nad wszystkiemi zwierzęty,
Co się ruszają naziemi!»» Gdziekolwiek
Bóg cię tak stworzył (nazwa nie oznaczy
Miejsca), przeniósł cię stamtąd, jak wiesz dobrze,
Do rozkosznego tego gaju, tego
Ogrodu, w którym rosną posadzone
Przez Boga drzewa, wzrok i smak nęcące.
Wszystek ten piękny owoc oddał szczodrze
Na żywność tobie; są wszelkie gatunki,
Jakie wydaje ziemia, rozmaitość
Bez końca; tylko nie macie jeść z drzewa
Którego owoc spożyty podaje
Wiedzę dobrego i złego; w dniu, w którym
Będziesz jadł z niego, umrzesz: kara śmierci
Jest oznaczona. Strzeż się więc, i panuj
Nad swoją żądzą, niech cię nie podejdzie
Grzech i śmierć, jego czarna służebnica.
«Na tem ukończył Bóg dzieło stworzenia,
A obejrzawszy, widział, że jest dobre;

Wieczór i ranek spełniły Dzień szósty.
Teraz przestawszy tworzyć, choć bynajmniej
Nie doznający zmęczenia, powrócił
Do Nieba Niebios, swej górnej stolicy,
Aby spoglądać z wysokości tronu
Na świat, dodatek do swego mocarstwa,
Czy dobry, piękny, odpowiadający
Wielkości jego pomysłu. W wyżyny
Wchodził, a wszędzie mu towarzyszyły
Okrzyki szczęścia, dźwięki jednozgodne
Harf stutysięcznych, i śpiewów anielskich.
Ziemia, powietrze ich odgłos rozniosły
(Pamiętasz, boś je słyszał sam); niebiosa
I wszystkie gwiazdy chórem odbrzmiewały;
Stały planety w miejscu zasłuchane,
Gdy tryumfalny ten zastęp szedł w górę.
««Otwórzcie się, wy, wrota wiekuiste,»»
Śpiewano: ««I wy, niebiosa, otwórzcie
Żyjące bramy, wpuśćcie Stworzyciela,
Wracającego od wielkiego czynu
Stworzenia świata w sześć dni! Otwórzcie się
I często nadal otwierajcie, często
Bóg chce nawiedzać mieszkania swych miłych,
Swych sprawiedliwych ludzi, równie licznie
Posyłać będzie skrzydlatych swych gońców,
Zwiastunów łaski niebieskiej.»» Tak śpiewał
Wznosząc się w górę orszak promienisty.
Niebo otwarło świetlane wierzeje,
Do dworu Boga wiecznego wiodące
Szeroką drogą, której pył ze złota,

Bruk z gwiazd, jak gwiazdy drogi mlecznej lśniących,
Którą dostrzegasz w nocy, nakształt pasa,
Obsypanego gwiazdami. Na ziemi,
Teraz w Edenie, nastał wieczór siódmy,
Bo słońce zaszło, mrok, poprzednik nocy,
Szedł z wschodniej strony, gdy na świętą górę
Na szczyt wysoki Nieba, gdzie tron wieczny
Królującego Boga niewzruszony,
Przybył Wszechmocny Syn, i z Wielkim Ojcem
Zasiadł, bo chociaż Ten mu niewidzialnym
Był towarzyszem, był jednak na tronie
(Taki przywilej jest Wszechobecności);
Dziełem stworzenia kierował, bo On jest
Wszystkiego w świecie początek i koniec.
Teraz wypoczął od dzieła tworzenia
I błogosławiąc poświęcił Dzień siódmy.
Lecz nie milczeniem dzień ten obchodzono:
Bez przerwy brzmiały harfy, flet poważny,
Lutnie, organów melodyjne tony,
Lub z strun, lub z złotych drutów dobywane,
Złączone z śpiewem uroczystym chórów.
Z złotych kadzielnic szły wonne obłoki
I osłaniały całą Górę. Chóry
Tworzenia sześć dni opiewały:
««Jehowo! wielkie Twe dzieła, potęga
Twa nieskończona! Czy myśl jaka może
Objąć Cię, język jaki wypowiedzieć?
Twój powrót teraz większy, niż po starciu
Wrogich Aniołów: wtedy Twe pioruny
Głosiły wielkość Twoję, ale stwarzać

Większem jest dziełem niż niszczyć stworzone.
Kto zrówna Tobie, o Królu potężny?
Kto ograniczy Twe państwo? Z łatwością
Odparłeś pychą natchnione zamachy
Duchów odstępców i ich próżne rady,
Kiedy bezbożnie Twej ujmy pragnęli
I odciągnięcia wielu od czci Twojej.
Kto chce Cię zmniejszyć, wbrew swoim zamiarom,
Służy do większej Twej mocy objawu:
Ich zła użyłeś na to, by wytworzyć
Z niego zwiększone dobro. Świadkiem
Nowostworzony świat, to drugie Niebo,
Blisko niebieskiej bramy założone
Na szklistem morzu czystego kryształu,
Wielkości prawie bez miary, z licznemi
Gwiazdami, z których może każda światem
Do zamieszkania przeznaczonym, ale
Ty wiesz każdego świata czas i porę.
Pomiędzy niemi siedlisko człowieka,
Ziemia, dokoła morzem opasana,
Jego rozkoszne mieszkanie. Po trzykroć
Szczęśliwi ludzie i synowie ludzi
Których Bóg wybrał, na swój obraz stworzył,
By tu mieszkali, by go czcili; aby
W nagrodę za to mieli panowanie
Nad jego dziełmi na ziemi, w powietrzu,
Na morzu; aby mnożyli na ziemi
Ród sprawiedliwych i świętych czcicieli:
Trzykroć szczęśliwi, jeżeli poznają,
Jak są szczęśliwi, i wytrwają w dobrem.»»

«Tak Aniołowie śpiewali, a Niebo
Odbrzmiało głośnem Aleluja. Sabat
Tak obchodzono. Spełniłem twą prośbę,
Gdy chciałeś wiedzieć, jak ten świat stworzono,
Jaki początek rzeczy, co się działo
Wprzód nim twa pamięć sięga, by potomność
Mogła to z twoich ust słyszeć. Jeżeli
Jeszcze co wiedzieć chcesz, o ile miary
Pojęć to ludzkich nie przekracza, pytaj.»








  1. Urania, czyli Wenus niebiańska, córka Nieba i Światła, przejmowała ludzi tylko czystą, niezmysłową miłością; tę nazwę nosi także Muza astronomii. Milton ma tu na myśli także poezyę, natchnienie wieszcze.
  2. Bellerofon, syn Glauka, króla Koryntu, otrzymawszy od Minerwy Pegaza, zwyciężył Chimerę, potwór latający w powietrzu. Nadęty powodzeniem, chciał wznieść się do niebios, ale gdy paw, wysłany przez Jowisza, ukłuł jego rumaka, Bellerofon spadł na ziemię i stracił życie. Według innych, Bellerofon nie zabił się, tylko opanowany melancholią, błąkał się po polach Alejańskich w Syryi.
  3. Orfeusz pochodził z Tracyi; — tam i góra Rodope.
  4. Lewiatan, bajeczna ryba, największa z żyjących w morzu; Behemot, wół olbrzymi. Oba zwierzęta opisywane w Talmudzie.
  5. Lewiatan, bajeczna ryba, największa z żyjących w morzu; Behemot, wół olbrzymi. Oba zwierzęta opisywane w Talmudzie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Milton i tłumacza: Władysław Bartkiewicz.