Saltarello

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Krzemiński
Tytuł Saltarello
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SALTARELLO.


Stanisław Krzemiński.jpg


W czasach, gdy literaturę nawołują do wesołości, trochę nieliterackiego smutku; na słowicze trele — zgrzyty: złoży się harmonja. A zgrzytów nie braknie: niedoli wszystkich nie zliczyć, smutkom się nie opędzić. Od wieków już wije się szlachetniejsza cząstka ludzkości w myślach i cierpieniach nad światem, od wieków wytwarza doskonalszą formę dla lepszej treści i szuka doskonalszej treści dla lepszej formy, i od wieków rozbija się o to właśnie, co ukochała, co podnieść, rozpromienić, zbawić by pragnęła. Na obszarach bytu ogólnego ciągłe mroki i jęki, i szczęśliwymi są tylko ciemiężcy i głupcy. Droga myśli przez ten świat krzyżową jest drogą. Ile wycierpieć musi rozum w mocowaniu się z ciemnotą, nędzą i występkiem, z tą trwałą rzeczywistością świata — pojąć mogą i odczuć tylko ci, którzy młodości swojej nie spędzili w pasterskiej Arkadji osobistego szczęścia, ale duszy młodej zostawili boską jej swobodę: pozwalali jej rwać się do słońca prawdy i sprawiedliwości, a po znoju odpoczywać pod gwiaździstem niebem ideałów, wyższych jeszcze nad prawdę i sprawiedliwość. Myślenie takie to męczeństwo, tem sroższe, im większą niemotą artystyczną dotknięte, bo sztuka męki nawet na rozkosze przetwarzać umie — to jej sztuka.
Wiek dzisiejszy jest od poprzedników swych nieszczęśliwszym, bo ma więcej światłości i prawdy w umysłach, dotkliwiej zatem odczuwa ciemnotę i fałsz w rzeczywistości gnębiącej umysł. Im więcej dostrzega człowiek tego dobra, które być by mogło, a nie jest, tem jaśniej też widzi przekleństwo własnej swej natury. Ta natura staje się dla niego palącą Dejaniry koszulą. Zadanie postępu w doskonałości, nie rozum dziś formułuje, ale rozpacz. Umysły błądzą w zaklętem kole: do nowej treści potrzeba nowej formy, a formy nowej nie będzie bez nowej treści — i tak wiecznie: brak zawsze jednej danej do wynalezienia niewiadomej, która może być dopiero wypadkową wszystkich.
Gdybyż myśl mędrca mogła być wprost już twórczą formą rzeczywistości! Ale formę taką z człowieka tylko brać można: bez człowieka pełnego, żywego, żyjącego — nic. Człowiek – myśl potyka się wiekuiście o człowieka –  rzeczywistość; marzenie szuka materji i siły. Temu, kto tylu odkryć i wynalazków już dokonał, najtrudniej jest odkryć samego siebie.
Kto go ma szukać, tego człowieka przyszłości? Uczony, filozof, statysta, polityk gabinetowy, państwowiec, któremu idzie tylko o podatki i zewnętrzny policyjny porządek? Zanim nauka lub filozofja działać zacznie, człowiek stoi już gotowy, w latach, i żądzach swoich już dojrzały. Trzeba dojrzałość uprzedzić. Tylko praca nad młodością może nie opłacić się goryczą i zwątpieniem, ale praca rzetelna, nie ta, co się dziś wychowaniem rodu ludzkiego nazywa. Nie ma bardziej lekceważonego i zaniedbanego zadania, nie ma sprawy okrutniej na wichry losu puszczonej, nad dzisiejsze wychowanie: nadęta blaga, pijana gnuśność lub grzeszne krótkowidztwo. O trzodę chlewną, o woły opasowe i cielęta dbamy wytrwałej, racjonalniej niż o człowieka. Szkoły na całym Zachodzie są jednym wielkim humbugiem, o ile mają kształcić ludzi, a nie same tylko umysły. Nie przyświeca tym trudom kształcącym żaden blask ideału moralnego. Trud sam jest bez miłości, a przecież życie wszelkie z miłości tylko i w miłości poczynać się może. Państwo chowa jedynie posłusznych żołnierzy do cywilnych i wojskowych swych armji. Rodzice kochają dzieci swe tylko przez siebie, a siebie w dzieciach. W iluż to domach rodzicielskich dziecko uczy się nieprawości myślą i sercem, przywyka do występku, wtłacza się w małość i marność, karleje i nikczemnieje? W domu czy w państwie, w państwie czy w szkole, zawsze, zawsze wyciągamy ręce do cienia.
Ratunek tylko w szkole przyszłej, tej, która będzie kiedyś, gdy jej pozwolą być dla samej siebie, dla człowieczeństwa i ludzkości, nie dla państwa. Z takiej samodzielnej szkoły będzie już musiało wyjść i wyjdzie słowo potężne dla przyszłości świata. Szkoła taka będzie pracownią odrodzenia, świątynią modlitw, polem zdobyczy największych i przybytkiem najwyższych też uciech. Daleko jeszcze do niej — daleko...
Ale to nic. Wiara w jutro powinna być szczęściem dnia dzisiejszego. Smutnym zostawił Lessing modlitwę: „Idź dalej niewidzialnym krokiem swoim, idź dalej, wiekuista Opatrzności! Nie pozwalaj mi wątpić, żeś jest, dlatego tylko, iż cię dotykalnie nie widzę. Nie pozwalaj mi rozpaczać nawet wtedy, gdy zdawać mi się będzie, że w twym pochodzie zwracasz się wstecz“.

Warszawa.Stanisław Krzemiński.



Upominek - ozdobnik str. 146.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Krzemiński.