<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Sensacyjny zakład
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 17.3.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Stara znajomość

Raffles kazał lokajowi klubu Alabama podać sobie palto. Zdziwiony był, że wbrew zwyczajowi Charly Brand nie czekał na niego. Posłał służącego aby oświadczył baronowi Brandowi, że lord Stamford zamierza wrócić do domu.
Lokaj wrócił i oświadczył mu, że baron Brand znajduje się w towarzystwie lorda Warninghousa i że niezadługo przyjdzie.
Lord Lister usiadł w fotelu i oczekując swego przyjaciela, zapalił papierosa.
Łamał sobie głowę nad tym, gdzie słyszał uprzednio nazwisko Warninghous. Przejrzał listę członków klubu: nazwisko to nie figurowało na liście.
— Hallo — kiwnął poufale na lokaja. — Słyszałem, że dziś gości w klubie sir Warninghous.
— Tak jest — odparł lokaj z ukłonem — jest gościem lorda Crampsten.
— Kto to jest?
— Zdaje się, że lord Warninghous jest właścicielem wielkich magazynów Warninghous i Ska na Piccadilly Street.
— Ach tak przypominam sobie... Dziękuję wam.
W tej chwili zjawił się Brand z jakimś jegomościem, liczącym około lat sześćdziesięciu, silnie i zdrowo zbudowanym.
Raffles podniósł się.
— Nazywam się Warninghous — rzekł nieznajomy. — Miałem zaszczyt poznać dzisiaj pańskiego przyjaciela barona Branda i korzystam z tej okazji, aby poznać pana, lordzie Stamford... przyznaję, że w tym jedynie celu przybyłem do klubu Alabama. Chciałbym z panem pomówić... Raffles miał wrażenie, że nieznajomy chciał powiedzieć daleko więcej..
— Czy rozmowa ta jest pilna?
— Konieczna — odparł sir Warninghous. Dlatego jedynie naraziłem się w moim wieku na późne pójście spać... Nie chciałem przed tym przerywać rozmowy pańskiej z tymi panami. Byłbym panu wdzięczny, gdyby zechciał mi pan poświęcić godzinę czasu.
Raffles zdjął futro i wraz z obu mężczyznami wrócił do salonu.
— Podniecił pan moją ciekawość — rzekł lord Lister. — Musi pan mieć prawdopodobnie coś ciekawego do powiedzenia.
— Tak jest, bardzo wiele zależy od tej rozmowy.... Znam pana od najwcześniejszej młodości.
Każdy inny w miejscu Rafflesa zadrżałby ze strachu. Raffles uśmiechnął się i ukłonił uprzejmie. Obojętnym ruchem strącił popiół z papierosa.
— To ciekawe. Jestem szczęśliwy gdy widzę kogoś, kto znał mnie w czasach mej młodości. Niestety jest takich niewielu...
— Przypomina pan sobie niezawodnie starego Warninghousa... Musi pan coprawda mocno cofnąć się wstecz. Ma pan obecnie trzydzieści dziewięć lat.
Raffles uśmiechnął się powtórnie i rzekł:
— Skąd tak dokładne dane o moim urodzeniu?
— Pamięta pan prawdopodobnie małe miasteczko Winchester położone niedaleko zamku pańskich ojców.
— Pamiętam.... mieszkali tam znajomi moi z lat dziecinnych. W miasteczku tym zazwyczaj załatwiałem sprawunki. Był to najszczęśliwszy okres w moim życiu.
Twarz Rafflesa, zazwyczaj ostra, złagodniała.
— Jeśli pamięta pan o sprawunkach, przypomni pan sobie niezawodnie malutki sklepik Jamesa Warninghousa. Prawie co dzień kupował pan cukierki w małym sklepie naprzeciw kościoła.
— Tak jest... przypominam sobie dokładnie. Byłem ogromnie łakomy i każdego otrzymanego pensa wydawałem na słodycze. Bardzo przepraszam sir Warninghous, że nie poznałem pana odrazu... Przez trzydzieści dwa lata przewinęło się przed mymi oczyma tylu ludzi, że twarze z czasów mej młodości zostały przez nich całkowicie wyparte.
— W tym czasie zajmowałem się również aktami stanu cywilnego. — ciągnął dalej Warninghous. Dlatego też, gdy ojciec pański oznajmił mi o przyjściu na świat syna, ja spisywałem pańską metrykę... Stąd dokładne dane o dacie urodzenia.
Raffles zaśmiał się.
— Jestem dumny z tego, że mnie przypadło w udziale zanotowanie tego wielkiego zdarzenia.
— Och nie przesadzajmy, sir Warninghous. — Jest to zwykły i normalny fakt.
— Nie codzień przychodzą na świat tak wyjątkowe, tak utalentowane istoty, jak pan, lordzie Lister.
Raffles zdziwił się, że stary zna to nazwisko.
— Idzie pan zbyt daleko — przerwał. W życiu mym nie zrobiłem nic, żeby sobie zasłużyć na taką opinię.
— Mógłbym wyliczyć pańskie czyny, które całkowicie usprawiedliwiają moją opinię.... Przypominają mi one postępki zwolenników nieszczęsnej królowej Marii Stuart. Walczyli oni w imię prześladowanej i nieszczęsnej królowej, jak pan walczy w imię biednych i uciemiężonych w naszym niesprawiedliwym społeczeństwie. Dlatego też przychodzę prosić pana o pomoc.
Raffles wyciągnął rękę do swego starego kupca i rzekł:
— Nikt dotąd nie apelował bezskutecznie do mnie gdy chodzi o pomoc w słusznej sprawie... W jaki sposób mogę panu pomóc?
— Dziękuję panu lordzie Lister. Wiedziałem, że nie zwrócę się do pana napróżno.
— Czemu nie przyszedł pan do mnie?
— Nie znałem adresu.
— Proszę, oto moja karta wizytowa — rzekł Raffles. — Na przyszłość wolę zawsze rozmawiać u siebie w domu. Jeśli to panu odpowiada, możemy udać się tam natychmiast.
— Nie chcę panu zajmować zbyt wiele czasu.
— A więc proszę mi powiedzieć o co panu idzie. Jeśli domysły moje są słuszne, znajduje się pan w trudnej sytuacji majątkowej, potrzeba panu pieniędzy.
— Tak jest... nie mam grosza wskutek niegodziwości pewnego łotra. Mam córkę miłą i dobrze wychowaną, która przed dziesięciu laty wyszła za mąż za młodego kupca, którego wziąłem do siebie jako wspólnika. Źli przyjaciele sprowadzili go na śliskie drogi: zaczął pić i prowadzić okropny tryb życia. Nie wiedziałem o niczym, ponieważ córka moja kryła to przede mną. Tylko dzięki przypadkowi odkryłem parę dni temu całą prawdę. Miałem zapłacić grubszą sumę za nabyty grunt. Udałem się do Banku, gdzie dowiedziałem się z przerażeniem, że na koncie moim figuruje zaledwie parę tysięcy funtów sterlingów, podczas gdy z moich książek wynikało, że mam przeszło pół miliona. Zięć mój przez szereg lat fałszował podpisy i zużył na swoje niecne hulanki pieniądze, które zdobyłem ciężką pracą. Ale nie na tym koniec. Ze wszystkich stron napływają weksla z moim podpisem, oczywiście sfałszowanym. Na domiar złego zięć wyznał mi wczoraj, że stracił poważne sumy na giełdzie. Za tydzień będę musiał pokryć około 10.000 funtów, gdyż inaczej stanie się nieszczęście. Z rozpaczą myślałem, że w całym Londynie nie znajdę człowieka, któryby zechciał pomóc mi w tej tragicznej sytuacji.
Jedynie pan może mnie wyratować! Błagam pana, niech pan pożyczy mi tę sumę, a oddam ją panu wraz z procentami, gdy tylko zarobię.
— Krótko mówiąc, sir Warninghous, kiedy trzeba panu tych pieniędzy?
— Za trzy dni.
— Ile?
— 13.000 funtów sterlingów.
— Czy to wszystko? Lepiej wymienić odrazu sumę cokolwiek wyższą, aby wystarczyła na wszystko... Widzę jednak, że jest pan dziś zmęczony... Odłóżmy dalszy ciąg naszej rozmowy na jutro. Wypalimy jeszcze papierosa i porozmawiamy o innych rzeczach.
Łzy zabłysły w oczach starca.
— Nie wyobraża pan sobie, jaki ogrom wdzięczności wypełnia moje serce — rzekł wyciągając do Rafflesa obie ręce.
— Zostawmy to... Przypominam sobie teraz, że czekolada, którą kupowałem u pana, była doskonała i że pewnego dnia buchnąłem panu jej trochę, ponieważ nie miałem pieniędzy.
— To nie wygląda na ciebie — wtrącił się do rozmowy Charley Brand.
— Masz rację, drogi Charley. Już wówczas zdradzałem swoje przyszłe skłonności. Jeślibym więc obliczył procenty, składane od wartości owej czekolady, w ciągu trzydziestu dwuch lat, utworzyłaby się dziś z tego bardzo poważna suma. Pozwoli więc mi pan dzisiaj naprawić dawną krzywdę. Jestem, jak pan widzi, pańskim dłużnikiem, sir Warninghous.
Porozmawiawszy jeszcze nieco o młodości Rafflesa, podnieśli się i opuścili Klub. Była godzina druga w nocy.
Trzymając się pod rękę Raffles i Charley przebiegali ulice Londynu.
— Jako twój sekretarz i kasjer muszę cię ostrzec, że cały nasz płynny kapitał stanowi suma 7.500 funtów, znajdująca się w Banku Angielskim. Nie wiem w jaki sposób wytrzaśniesz dla swego przyjaciela 15.000 funtów?
Raffles zatrzymał się i uderzył go przyjaźnie po ramieniu
— Mój przyjacielu, nie zastanawiam się nigdy nad sposobami zdobycia gotówki. Wiem, że jeśli chcę, zdobędę tyle ile trzeba.
— Ale jak? Pomyśl o sumie: toż to majątek.
Przechodzili obok nowowybudowanego domu. Raffles obejrzał go i zatrzymał się nagle.
— Hola, czy nie widzisz, że tu właśnie tkwi ukryty majątek? Czyste złoto!
— Gdzie? — zapytał Charley Brand ze zdziwieniem.
— Tutaj — odparł lord Lister, biorąc kamień do ręki.
Charley miał wrażenie, że przyjaciel jego za dużo wypił. Uśmiechnął się i rzekł z zakłopotaniem:
— Pozwól sobie powiedzieć, że to jest zwykła dachówka.
— Tak jest. Nawet bardzo mocna, angielska dachówka, wyrabiana w Szkocji. Zechciej wziąć jedną z nich. Ja uczynię to samo.
Ludzie, którzy ich mijali, spoglądali na nich ze zdziwieniem. Wyglądali jak gdyby wracali do domu pod dobrą datą. Charley ze wstydem odwracał głowę. On również przekonany był, że jego przyjaciel był porządnie wstawiony.
Nazajutrz rano Raffles i jego przyjaciel czytali gazety.
— Szkoda, rzekł Charley — Gazety od kilku tygodni nie piszą o tobie. Poprostu nie mam co z nich wycinać i od dłuższego czasu moja kolekcja artykułów o tobie nie powiększyła się ani o jotę.
— Sprawia mi to niesłychaną przyjemność — rzekł Raffles, składając gazetę. — Lubię antrakty... Należy umieć się oszczędzać. Codzienność jest wrogiem zainteresowania... Masz najlepszy przykład z miłością. Kobieta interesuje cię aż do chwili, gdy ją zdobędziesz.
— Możliwe — odparł Charley. — Mógłbym ci jednak dowieźć, wielki Rafflesie, że kobiety są równie niezbędne jak papierosy dla palacza. Kocha się je zawsze tak samo.
— Hipp, hipp, hura! — Rzekł Raffles — proponuję wypić za twoje zdrowie.
— Dziękuję, wolę poczekać do wieczora... Powiedz mi lepiej, jak wygląda sprawa twego przyjaciela, sir Waminghousa. Jeszcze dziś boli mnie ręka od dźwigania dachówek po nocy.
— Zły znak... Musisz uprawiać więcej sportu. Mam zamiar bowiem wysłać cię dziś wieczór, abyś mi przyniósł większą ich ilość.
— Niech mnie Bóg ma w swojej opiece. — Przeraził się Charley. — Mam nadzieję, że nie mówisz tego na serio? Może zaproponujesz mi jeszcze przyniesienie belek, stropów drzwi i okien? Może chcesz sobie z tego materiału wybudować sam willę?
— O nie... Tym nie mniej nie zwolnię cię z obowiązku przyniesienia mi dachówek.
— Po jakie licho są ci one potrzebne?
— Powiedziałem ci... Mam zamiar dać temu biedakowi Warninghousowi 15.000 funtów.
— W dachówkach?
Charley Brand spojrzał na swego przyjaciela wzrokiem, w którym malowała się obawa o jego zmysły.
— Czy wyobrażasz sobie, że przyniosę aż tyle dachówek, że wartość ich wyniesie 15.000 funtów szterlingów?
— Nie wyobrażam sobie, abyś tyle mógł znaleźć w całym Londynie.
— Diabli wiedzą, co masz na myśli!
— Pozwól mi tylko coś obliczyć — lord Lister wziął do ręki ołówek. — Waga jednej dachówki wynosi sześć funtów... Potrzeba mi więc... 120 funtów wynosi 20 dachówek... 120 funtów złota przedstawia wartość około 200.000 funtów szterlingów. Ponieważ mamy już dwie dachówki, będziesz musiał aż do wieczora dostarczyć mi jeszcze osiemnaście.
— Też zajęcie! Czy naprawdę muszę pójść na ulicę i wziąć z pierwszej lepszej budowli 18 dachówek?
— Tak właśnie będziesz musiał postąpić,
— A gdzie się je ułoży?
— W moim biurku.
— W twoim biurku? Pytam poraz ostatni: co masz zamiar z nimi zrobić?
— Ależ Charley twoje zadanie polega tylko na przyniesieniu dachówek.
— Dobrze, będziesz je miał! Po raz pierwszy w życiu słyszę, aby z dachówek wyrabiano złoto.
— Well, nauczę cię tej sztuki... Jeszcze jedną funkcję ci polecę. Wczoraj został zawarty dziwaczny zakład pomiędzy mną, a lordem Parkinsem o naszego kochanego Baxtera.
Charley wzdrygnął się.
— Nie lubię tego człowieka — rzekł. Razi mnie to nazwisko.
— Wiem o tym — odparł Raffles z uśmiechem. — Masz śmieszne przesądy na temat policji. Wydaje ci się, że jedyna ich myśl to walka z przestępcami mojego pokroju. Mylisz się: Policjant też jest człowiek i myśli przedewszystkim o pensji, własnym bezpieczeństwie i awansie... O przestępcach myśli wtedy, jeśli nie może wymigać się od pracy.
Raffles zapalił papierosa.
— Wracając do rzeczy — rzekł — Chcę doprowadzić do tego, aby lord Parkins przegrał.
— Czy mogę wiedzieć o coście się założyli?
— Oczywiście: powiedziałem, że Raffles mógłby z łatwością kazać zaaresztować inspektora policji Baxtera w samym Scotland Yardzie. Od dwuch lat usiłuje on bezskutecznie schwytać niebezpiecznego ptaszka Johna C. Rafflesa. Pragnę chwilowo odwrócić role.
— Goddam! — krzyknął Charley Brand. — Nie odważysz się przecież na takie szaleństwo.
Ironiczny uśmieszek pojawił się na wargach Rafflesa.
— John C. Raffles potrafi dokonać jeszcze trudniejszych rzeczy. — odparł; — A teraz ubieraj się i idź. Przyniesiesz ze sobą dwie belki metrowej długości o średnicy ośmiu centymetrów.
— Oho! — odparł Charley — Przeczułem odrazu, że to się tak skończy.
— Potrzeba mi dalej — ciągnął Raffles — kilku desek dwumetrowej długości, paczki sznura, młotka, piły i klepek.
— Czy chcesz tu urządzić warsztat ślusarski?
— Coś w tym rodzaju — mruknął Raffles — przynieś mi tymczasem tom encyklopedii zawierający literę „G“. Chcę zobaczyć tam pewne szczegóły gilotyny.
Charley znowu podskoczył.
— Czy nie zamierzasz zgilotynować Baxtera?
— Nie mam tego zamiaru. Mój nóż będzie drewniany. W ten sposób nie można zabić nawet najsłabszego zwierzęcia. Wystarczy jednak dla Baxtera...
— Po raz pierwszy w mym życiu otrzymuję od ciebie tak dziwne zlecenia — rzekł Charley na odchodnym — Czy nie lepiejby było udać się do lekarza? Aby zbadał twe nerwy?
— Zmykaj! — krzyknął Raffles, rzucając za nim encyklopedię.
Charley zrobił wspaniały krok za drzwi.
Raffles począł na kartce papieru kreślić gilotynę. Gdy w dwie godziny później towarzysz jego powrócił, Raffles zdjął marynarkę i rzekł:
— Dobrze, żeś wrócił. Będziemy mogli wziąć się zaraz do roboty: Gdzie podziałeś materiał?
— W piwnicy.
— Pomożesz mi. Zobaczysz, że sam jeden skonstruuję gilotynę.
Lord Lister zeszedł z Charleyem do piwnicy i pochwalił jakość przyniesionego materiału.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.