Serce (Amicis)/Chory nauczyciel

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Chory nauczyciel.
25. sobota.

Wczoraj, po wyjściu ze szkoły, poszedłem odwiedzić mego nauczyciela, który jest chory. Za wiele pracuje i dlatego chory. Pięć godzin lekcji dziennie, i to z takimi jak my łobuzami, do tego jeszcze godzina lekcji gimnastyki i dwie godziny w szkole wieczornej, to znaczy za mało spać, jeść dorywkami tylko i wytężać siły od rana do nocy, co mu też zrujnowało zdrowie, tak mówi moja matka.
Zaczekała mama na mnie w bramie tego domu, a ja poszedłem sam na górę. Na schodach spotkałem tego czarnego brodacza, Coattiego, co to zawsze swoim uczniom grozi, a nigdy ich nie karze. Spojrzał na mnie srogimi oczyma i jak lew ryknął swoim grubym głosem odpowiadając na moje powitanie. Mimo tego żartu jednak nie roześmiał się wcale. Ja za to śmiałem się jeszcze pociągając dzwonek na czwartym piętrze; ale spoważniałem natychmiast, kiedy służąca wprowadziła mnie do ubogiego, wpółciemnego pokoju, w którym leżał mój nauczyciel. Leżał na niewielkim łóżku żelaznym, był blady, z zarośniętą brodą. Kiedym wszedł, podniósł rękę do czoła, żeby lepiej widzieć, i zawołał swoim miłym, przyjaznym głosem:
— Henryk!
Poszedłem do łóżka, a on mi rękę chudą na ramieniu położył i rzekł:
— Dobrze, dziecko! Dobrze, żeś przyszedł odwiedzić twego biednego nauczyciela!
Jak widzisz, nie tęgo się miewam, mój drogi Henryku! A jakże tam idzie nauka w szkole? Jak się mają koledzy twoi? Wszystko dobrze, co? i beze mnie... Obywacie się doskonale, nieprawdaż, bez swego starego nauczyciela?
Chciałem odpowiedzieć, że nie, ale przerwał:
— Daj spokój, daj spokój! Wiem i tak, żeście mi życzliwi...
I westchnął. Spojrzałem na kilka fotografii, wiszących na ścianie. Spostrzegł to i rzekł:
— Widzisz, to wszystko moi uczniowie, którzy mi dali swoje portreciki, od lat dwudziestu przeszło... Dobre chłopczyska. To moje najmilsze pamiątki. Jak będę umierał, ostatnie moje spojrzenie będzie dla tych malców, wśród których ubiegło mi życie. Ty także dasz mi swój portrecik, prawda, jak skończysz elementarną szkołę?
Sięgnął do stolika przy łóżku, wziął pomarańczę i dał mi ją do ręki.
— Nie mam cię poczęstować czym innym — rzekł. — Taki oto poczęstunek chorego...
A ja patrzyłem na jego twarz bladą i miałem serce ściśnięte smutkiem, sam nie wiem czemu.
— Słuchaj, chłopcze — zaczął po chwili znów mówić — spodziewam się wygrzebać jakoś z tej choroby. Ale gdybym się nie wygrzebał, uważasz, to przykładaj się bardziej do arytmetyki, bo to twoja słaba strona. Przezwycięż się, przemóż. Tylko o pierwsze przemożenie się chodzi na razie, bo tobie nie zdolności brak, ale skupienia myśli, wpatrzenia się w przedmiot, że tak powiem...
Tu odetchnął głęboko; znać było, że cierpi.
— Gorączkę mam — westchnął — że ledwo już żyję... Pamiętajże dziecko! Arytmetyka, zadania arytmetyczne, do tego się ostro zabrać musisz! Nie uda się pierwszym razem? Odpocznij — i znowu je za łeb! Nie uda się i drugim razem? Znowu odpocznij i — do nich! A spokojnie, a wytrwale, a bez niepotrzebnego pośpiechu, bez nabijania sobie głowy... Idź. Pokłoń się mamie. A nie drap się już na te schody... Zobaczymy się w szkole. A jakbyśmy się już nie zobaczyli, wspomnij czasem twego nauczyciela z trzeciej, który cię kochał.
Na te słowa rozpłakałem się. A on:
— Przychyl głowę...
Przychyliłem głowę do poduszki, pocałował mnie we włosy. Potem rzekł jeszcze:
— Idź! — i odwrócił twarz do ściany.
A ja zbiegłem, jak wiatr, ze schodów, tak mi było pilno uściskać matkę moją.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.